Polskie agrolotnictwo w Sudanie: „Przebazowania część 2…”

Gawron na pustynnym lądowisku, fot. źródło: Lesław Karnst

Zapraszamy do lektury kolejnych odcinków cyklu portalu dlapilota: "Polskie agrolotnictwo w Sudanie", przybliżającego wyzwania codzienności setek pilotów wykonujących na przestrzeni prawie 42 lat prace agrolotnicze w tym afrykańskim kraju.

Temat opracował na podstawie m.in. własnych doświadczeń Lesław Karst, Prezes Warszawskiego Klubu Seniorów Lotnictwa.Praca polskich agrolotników w Afryce składała się nie tylko z przelotów nad polami. Składało się na nią wiele różnych etapów i wydarzeń, pokonywania różnych trudności i problemów mieszkaniowych, klimatycznych i innych uwarunkowań  lokalnych  przeważnie  szczęśliwych ale również  tragicznych.


Jednym z typowych i trudnych fragmentów pracy w Afryce były przebazowania samolotów. Najpierw z Polski przez Morze Śródziemne do Egiptu a potem po zakończeniu pacy na kolejny kontrakt w Sudanie-tym razem przez Pustynię Nubijską. Te przeloty wymagały pewnego doświadczenia i czasami obfitowały w różne niespodzianki a nieraz kończyły się też zniszczeniem sprzętu i nawet ofiarami wśród załóg. Poniżej relacja z jednego z takich szczęśliwych przebazowań.

Niniejszym publikujemy drugą część relacji mgr inż. Zygmunta Mazana – pilota doświadczalnego PZL Okęcie, wielokrotnego kierownika  kontraktów w Afryce, a później dyrektora ZUA i dyrektora technicznego ULC.

W 1977 r do Egiptu poleciały pierwsze 4 samoloty PZL-106 A Kruk. W bazie agrolotniczej Benha, przeprowadzano ich próby w klimacie tropikalnym aby potwierdzić możliwość ich eksploatacji w Afryce i zastąpienia Gawronów. Inż. Mazan był członkiem ekipy prowadzącej te próby. Poza próbami wykonywał tez różne przeloty na potrzeby kontraktu w tym przebazowania do Sudanu.

                                                WYPRAWA NA PUSTYNNY SZLAK, część 2

Po 2h 30' lądujemy na lotnisku pustynnym przy Station 10 (Stacja nr 10). Są tu beczki z benzyną i olejem. Lotnisko ma swoją historię. Tędy w czasie II wojny światowej odbywały się przerzuty samolotów dla armii angielskich w Egipcie i Indiach. Mechanicy tankują i przeglądają samoloty, mnie natomiast ogrania jakiś dziwny niepokój. Niepokoją mnie nieruchome sępy stojące wokół i przyglądające się nam chciwie, niepokoi mnie głównie niewyraźny horyzont i jakaś przytłaczająca cisza.

Coś wisi w powietrzu. Czy aby nie ” habub” czyli burza piaskowa. Nie mam w tym zakresie doświadczeń. Koledzy uspokajają mnie, że tu tak zawsze. Nadchodzi wartownik i pracownik kolei jednocześnie. Zaczynam rozmowę. Zna trochę angielski. Pytam co myśli o pogodzie, a on spokojnie, że za pół godziny będzie burza piaskowa. Szlag by to trafił, zrywam się jak oparzony, błyskawicznie kończymy tankowanie  i kołujemy na start. Teraz już nie ma wątpliwości, powietrze staje się jakieś gęste  i nieruchome. Wokół widać wspaniałe widoki palm nad wodą, jakieś lepianki.   To fatamorgana, autentyczna. Startujemy w ostatniej chwili, widać już z daleka zbliżający się wał kotłującego się piasku, pod nami dziesiątki mini trąb powietrznych, wydaje się, że piasek zaczyna unosić się do góry. Lecimy wzdłuż zbliżającego się wału pisakowego. Czy zdążymy?

                                                                       Burza piaskowa

Zdążyliśmy wyrwać się z zasięgu burzy , ale wpadliśmy w obszar po przejściu burzy piaskowej. Widzialność spadła do kilkuset metrów, wysokość lotu obniżam do 20-30 m. lecimy nad czubkami palm. Szczęście, że znów zbawczy Nil pod bokiem. 

Po 2h45' lotu dolatujemy do Atbary. Na ziemi ogromny napis ATBARA. Stoi samochód, jacyś ludzie machają do nas rękami. Łagodnie zataczam łuk do lądowania.  Po wylądowaniu dowiaduję się, że od kilku tygodni lotnisko jest 5 km na wschód, na nowym miejscu, a tu pozostał tylko napis. Klnę pod nosem ordynarnie i biegiem pędzę do samolotu. Daję również rozpaczliwe znaki pozostałym samolotom, że musimy startować natychmiast, bo od pobliskiej szkoły widać zbliżającą się niby szarańcza chmarę dzieci. Jeśli dopadną samolotów – przepadliśmy. Udało się w ostatniej chwili. Widzialność jest nędzna, kilkaset metrów, znów wywołuję Atbarę przez radio, ale bezskutecznie.

Pomimo tych przeciwności trafiam na lotnisko, ale tu czeka mnie następna przykra niespodzianka – jest nas tylko dwóch, a gdzie trzeci? Pewnie pozostał w poprzednim miejscu. Wracamy we dwóch z powrotem do miejsca z napisem ATBARA, ale tam samolotu żadnego nie ma, wracamy z powrotem i lądujemy na autentycznym lotnisku w Atbarze. Tu wyjaśnia się sprawa, że wraz z przeniesieniem lotniska zmieniono częstotliwość, stąd brak łączności i następne trudności.


                                                        Gawrony nad Pustynią Nubijską

Czekamy na trzeci samolot. Kontroler na lotnisku pociesza mnie, że zaraz przyleci. Rozmawiam telefonicznie z kontrolą lotniska w Chartumie i zawiadamiam ich, że istnieje możliwość, że samolot ten poleciał do Chartumu, a pilot nie zna ani angielskiego ani procedury. Otrzymuję zapewnienie, że zabezpieczą mu bezpieczne lądowanie i zawiadomią natychmiast Atbarę. Ale czas mija, a samolotu nie ma. Teoretycznie skończyło mu się już paliwo. Ustalam z kontrolerem, że za godzinę rozpoczynamy akcję ratunkowo-poszukiwawczą. Podpisuję odpowiednie dokumenty. Kontroler wsiada do samochodu, chce zjeść jeszcze obiad. Wkrótce, nie wierzę własnym uszom, słyszę charakterystyczny głos nadlatującego samolotu. Przecież to poczciwy „Gawron”. Skąd on się tu wziął? Przecież od prawie godziny nie ma już paliwa.

Sprawa wyjaśnia się po wylądowaniu Michała. Otóż po pospiesznym starcie z poprzedniego miejsca z napisem ATBARA, Michał stracił łączność wzrokową z naszymi samolotami, w związku z tym wylądował i zapytał, w którą stronę poleciały „tajary” (samoloty) i Sudańczycy pokazali mu, że na Chartum, to i on wziął kierunek na Chartum. W międzyczasie my wróciliśmy i nie zobaczyliśmy jego samolotu na ziemi. Po około  30 minutach lotu, nie napotykając grupy, Michał zawrócił i już bez kombinowania wylądował na starym lotnisku i czekał na rozwój wydarzeń. Tam też spotkał go kontroler jadący na obiad.


                                                                 Stacja kolejowa 10

Tego dnia nie było już mowy o locie do Chartumu. W Atbarze nie było miejsca w obu „hotelach”, w związku z tym spędziliśmy jeszcze jedną koszmarną noc w budynku lotniska, bez prądu, bez wody, w zapylonym, rozpalonym powietrzu. „Przebazowanie znaną trasą”- przypomniało mi się powiedzenie szefa i nawet już nie byłem w stanie się zdenerwować.

Następnego dnia wszystko poszło gładko. Lądowanie w Chartumie bez przeszkód. Wiedząc o naszych perypetiach, z lotniska zawieziono nas prosto do hotelu „Canary”, gdzie runąłem jak długi na łóżko, które w klimatyzowanym pomieszczeniu wydało mi się wtedy szczytem luksusu i wygody i nawet nie przeszkadzały mi łażące po ścianach karaluchy. Byłem szczęśliwy. Przebazowanie następnego dnia samolotów do bazy w Hassaheisa a następnie do Kosti, gdzie miały pracować, wydaje się dziecinnym spacerem, choć lądowanie na jednej z ulic ruchliwego miasta arabskiego przysparza też dreszczu emocji. Po pięciu dniach pobytu w Sudanie powrót do Kairu nowoczesnym samolotem   Boeing 707 Sudan Airways wydał się  szczytem luksusu.   

Po przebazowaniu kolejnej grupy Gawronów z Egiptu po pięciu dniach w Sudanie wracam samolotem rejsowym do Egiptu. Na lotnisku w Kairze szybko sprawdzają dokumenty i  załatwiam wizę.

ZŁE FATUM ODESZŁO?

Wszystko wyglądało jak w bajce, aż wbiło mnie w pewność, że złe fatum wyniosło się ode mnie. O jakże grubo się myliłem!

W punkcie kontroli sanitarnej w Kairze ni stąd ni zowąd zostałem pozbawiony paszportu i książeczki szczepień, odseparowany wraz z paroma innymi indywiduami arabskimi i wsadzony do karetki z czerwonym półksiężycem. Tam dowiedziałem się, że odbędę kwarantannę w szpitalu. W szpitalu przy lotnisku wyjaśniono mi w trakcie spisywania personaliów, że muszę odbyć 6-ciodniową kwarantannę, gdyż nie mam zaszczepionej żółtej febry. Na moje tłumaczenie, że niedawno wracałem z Sudanu i nikt tego nie żądał wyjaśniono mi, że wymóg taki obowiązuje od trzech dni. Wydany został w związku z masowym napływem obywateli egipskich pracujących za granicą i przybywających do rodzin na rozpoczynające się święta Bajramu.

Sytuacja stawała się niezwykle groźna. Otóż mały szpitalik przy lotnisku stał się miejscem, gdzie zwożono dziesiątki, a może i setki Arabów przybywających z całego świata na kwarantannę. Oczywiście nikt tu nie otrzymywał żadnego łóżka, czy nawet krzesła, nie mówiąc o jedzeniu. Dostępny był tylko kubek, na łańcuchu przy kranie z wodą, z którego każdy pił wodę. Tłumy „zadżumionych” wałęsały się po korytarzach, dziedzińcu i podcieniach. Tu naprawdę istniała duża szansa złapania jakiejś południowej choroby.

Stąd trzeba uciekać jak najszybciej. Zdołałem dorwać się do telefonu. Połączenie z szefem uzyskałem prawie natychmiast, co w tym kraju zakrawa niemal na cud. Szef błyskawicznie ocenił sytuację. Dobra, zaraz tam będę. Przyjechał samochodem sanitarnym i wszedł pewnym krokiem prosto do naczelnego lekarza, ale tyle się dowiedział, że zwolnią mnie, jak dostaną zaświadczenie z ambasady sudańskiej, że byłem tylko w Chartumie. Szef stwierdził, że dostanie takie zaświadczenie, tylko musi spisać dane z mojego paszportu. Pielęgniarka przyniosła mój paszport i szef zaczął dokładnie czytać i coś z niego notować. Po chwili pielęgniarkę odwołano na moment, wtedy szef błyskawicznie schował mój paszport do kieszeni, a mnie zaczęło świtać w głowie co nieco. „Ja zmywam się z twoim paszportem, ty ulotnij się w tłum, zacieraj ślady  i czekaj na noc. Jak zobaczysz, że podjechałem samochodem, dawaj dyla przez płot  i wiejemy, bo będzie źle” – stwierdził szef, porwał moją torbę podróżną i już go nie było.

Do nocy było jeszcze daleko. Zacząłem rozmowę z dosyć sympatycznym Arabem, mówiącym nieźle po angielsku. Wrócił z Arabii Saudyjskiej i od trzech dni siedzi za tymi drutami z dolarami w kieszeni, a za bramą czeka rodzina. Rozżalił się na dobre. Ali – poprosiłem – odciągnij na chwilę te pielęgniarki z biura, chciałbym zobaczyć, co tam mi napisali w książeczce. OK., zaraz to zrobię, znam już obydwie. Dwóch minut potrzeba mi było na znalezienie rubryki, w której zanotowane były moje dane i dokładne zamalowanie flamastrem tego miejsca. Od tej chwili formalnie mnie nie było na kwarantannie.

Sprawa zaczęła nabierać posmaku sensacji. Zmrok zapadł szybko, po paru minutach cicho zajechał Fiat 125P i zatrzymał się za płotem. Rozejrzałem się błyskawicznie wokół i dałem nurka pomiędzy rząd tui rosnących przy niskim płocie…prosto na dwóch policjantów z psem. W międzyczasie, licząc się z kłopotami ze strony zgromadzonej kilkutysięcznej rzeszy przybyszów wprowadzono na teren straże policyjne. No to koniec.

Od tej chwili policjant nie odstępował mnie ani na chwilę, tłumacząc jakim to dobrem będzie dla mnie ta kwarantanna. Pozornie pogodziłem się z tą myślą i przyznałem mu rację. Niemniej jednak pomyślałem, jeśli ten twój Allach nie natchnie mnie jakąś genialną myślą to nad ranem, jak wszyscy będą spali, dostaniesz bratku kułakiem gdzie trzeba i na pięć minut będziesz w tym waszym arabskim raju (a jako praktykujący onegdaj bokser wiedziałem jak to się robi), a ja przez ten czas będę daleko. Był to jednak plan ostateczny, desperacki i chyba ten ich Allach użalił się nad losem niewiernego, bo stworzył mi wspaniałą okazję do ucieczki…

Otóż około północy zaczęto rozdawać paszporty tym, co zostali zatrzymani trzy dni temu, między innymi mojemu znajomemu Alemu. Postanowiłem wykorzystać okazję i wyjść razem z nimi. Przy bramie czekała na mnie następna niemiła niespodzianka. Wartownik oznajmił, że niebawem przyjdzie doktor Hamal i ponownie sprawdzi zgodność paszportów z listą i dopiero wypuści szczęśliwców za bramę. Nie, mimo wszystko, tej szansy nie wolno przepuścić. Błyskawicznie pobiegłem do budynku szpitala, a potem biegiem z powrotem prosto do rozgorączkowanego oczekiwaniem Alego i odciągając go nieco na bok powiedziałem, że słyszałem, jak doktor rozmawiał z kimś przez telefon i dostał polecenie odebrania z powrotem paszportów i przetrzymania wszystkich do przepisowych 6-ciu dni.

Nie pomyliłem się. Zdenerwowany chłopak nie zastanowił się, że ja prawie nie znam arabskiego, a doktor Hamal przyjmując czyjeś polecenie na pewno rozmawiałby po arabsku, zakrzyknął coś po arabsku do grupy oczekujących z paszportami, ci z kolei chwycili strażnika (nie stawiającego zresztą oporu) i wrzucili go w krzaki (jego osobno i karabin osobno). Rozerwali rachityczny łańcuch zamknięty na kłódkę i wybiegli na ulicę.

Ja oczywiście przypadkiem znalazłem się między nimi. Oczywiście znalazł się taksówkarz, który za paskarską cenę zabrał mnie z „gorącego miejsca” do naszego biura na Heliopolis. Cała ta „zabawa” trwała 13 godzin od 12 w południe do 1 w nocy. Ślady zatarłem chyba skutecznie, bo nikt do mnie nie miał żadnych pretensji, a chyba uchroniłem się przed zarażeniem którąś z południowych chorób.

Tak zakończyły się przebazowania „znaną trasą”. W Sudanie po raz trzeci, tym razem na 9 miesięcy, znalazłem się w 1982 r. jako szef techniczny akcji, ale to już inna historia, może nie tak obfitująca w zmieniające się sytuacje, za to bardziej pouczająca i w efekcie bardziej wyczerpująca.


Czytaj również:
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: "Historia i lata świetności...
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: " Zakres wykonywanych usług agrolotniczych, część 1...
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: " Zakres wykonywanych usług agrolotniczych, część 2...
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: "Zasady otrzymywania kontraktów...
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: "Wyzwania organizacyjne Bazy Agrolotniczej..."
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: "Sprzęt lotniczy użytkowany na kontraktach..."
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: "Przygotowanie ekipy i przebazowania samolotów..."
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: "Zagrożenia zdrowotne i klimatyczne..."
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: "Życie agrolotników w bazach i kontakty polsko sudańskie..."
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: "Utrwalanie pamięci o polskim agrolotnictwie..."
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: „Przebazowania część 1…”
Polskie agrolotnictwo w Sudanie: „65 samolotów na kontrakcie, część 1...”

Źródło: dlapilota
comments powered by Disqus