Latanie w czasach PRL: Afryka Południowa - Kapsztad

Latanie w czasach PRL: Afryka Południowa - Kapsztad, fot. źródło; BKSL

Zapraszamy do lektury wspomnień opracowanych przez Bydgoski Klub Seniorów Lotnictwa na podstawie relacji pisemnych i ustnych kapitana, pilota Zbigniewa Kwiatka. Cykl przybliża specyfikę i niuanse latania zawodowego, a także aeroklubowego w czasach PRL.


W latach 1984/1987 PLL LOT wykonywał liczne loty czarterowe do Kapsztadu w Afryce południowej z wymianą załóg w Nairobi i Mombasie (Kenia). Nie była to łatwa sprawa w ówczesnym okresie zorganizować takie przeloty. Trudności wynikały przede wszystkim z uzyskania zgód dyplomatycznych na przelot przez terytorium różnych państw Afryki, które często były skłócone ze sobą i reprezentowały różne opcje polityczne.

Były to pierwsze długie rejsy wykonywane "po południku" z północy na południe i nie wiązały się ze zmianą stref czasowych. Przepisy dotyczące czasu pracy i wypoczynku załóg lotniczych uregulowane były Rozporządzeniem Ministra Komunikacji i ogłoszone w Dzienniku Urzędowym zezwalały na 14 godzin pracy w tym 10 godzin lotu w ciągu kolejnych 24 godzin. Przysługujący wypoczynek załóg w warunkach hotelowych po 14 godzinach pracy wynosił 7 godzin i po tym czasie załoga mogła przystąpić do wykonania następnego rejsu. Wszystkie rejsy po Europie mieściły się w 14 godzinach pracy.

Nieco inaczej wypoczynek załóg był regulowany przepisami przy rejsach ze strefową zmianą czasu. Za każde 3 godziny strefowej zmiany czasu załodze przysługiwał 24 godzinny wypoczynek. Liczył się czas astronomiczny nie lokalny. Każda zmiana długości geograficznej 15 stopni na wschód i na zachód równała się 1 godzinie strefowej zmianie czasu. Jak wspominał capt. Zbigniew Kwiatek, często dochodziło do konfliktów pomiędzy załogami, a Dyrekcją PLL LOT w kwestii przestrzegania przepisów. Każde opóźnienie długich rejsów z przyczyn organizacji pracy generowało straty finansowe dla  przedsiębiorstwa i dla załóg. Każdy bronił swoich interesów.


Przepisy często "naciągano”, ale wymagało to nie lada odwagi od załogi, aby przeciwstawić się temu procederowi. Był kiedyś przypadek, że kapitan Zbigniew Welsch wracając z rejsu europejskiego stwierdził, że nad Czechosłowacją kończy się czas pracy załogi 14 godzin i wylądował w Pradze. Załoga i pasażerowie poszli do hotelu na 7 godzin. Kapitan został odsunięty od lotów, został ukarany za przestrzeganie przepisów, ale sytuacja się poprawiła. Kapitan Kwiatek szczególnie wspominał pierwszy dłuższy rejs (wykonany 24 listopada 1983 r.) bez strefowej zmiany czasu do Mombasy w Kenii. Mieli 10 godzin czasu przed następnym lotem, a więc trzeba było  "szybko spać" i trochę zobaczyć miasto. Mombasa, to przede wszystkim duży główny port morski Kenii leżący nad Oceanem Indyjskim. To było dla tego kraju okno na świat.

Przypłynął tam w tym czasie okręt wojenny Stanów Zjednoczonych. Poruszenie i atrakcja w mieście. Setki marynarzy schodziło z okrętu na ląd. Każdy z nich dobrze zbudowany, ostrzyżeni na jeża, w elegancko uprasowanych mundurach, byli obiektem westchnień miejscowych pań. Mieszkali w hotelu niedaleko plaży. W okresie przypływu oceanu woda sięgała aż do hotelu. Podobno to nie była żadna atrakcja, bo tak jest zawsze w okresie większych przypływów oceanu.

Na koniec września 1985 r. cała załoga capt. Zbigniewa Kwiatka poleciała z Warszawy do Frankfurtu, a następnie samolotem Lufthansy poleci dalej do Nairobi, skąd mieli wykonać 2 rejsy do Kapsztadu na podmianę załóg rybackich. Kenia leży po obu stronach równika. Półkula północna i południowa. Po wschodniej stronie kraju na półkuli południowej granica sięga do Oceanu Indyjskiego. Liczne parki i rezerwaty przyrody. Nairobi, stolica kraju liczy około 3 mln mieszkańców i jest największym miastem na wschodzie Afryki. Lotnisko było położone na wysokości 1650 metrów nad poziom morza.

1 października 1985 r. wykonali pierwszy rejs na trasie Nairobi - Kapsztad. Przelatując nad Tanzanią wszyscy podziwiali Kilimandżaro, który ośnieżony w promieniach porannego słońca prezentował się wspaniale. Lecąc nad kontynentem Afryki można dostrzec tereny słabo zaludnione i piaszczyste - pustynie. Dolatując do granicy Republiki Południowej Afryki nie trzeba było mieć mapy, bo teren zmieniał się radykalnie. Wielkie zielone farmy, wiecznie zielone lasy, nad którymi przemykały małe samoloty, zapewne farmerskie.

Stolicą RPA jest Pretoria z siedzibą rządu, ale w Kapsztadzie znajduje się siedziba parlamentu. Miasto jest malowniczo położone, można powiedzieć amfiteatralnie, leży na zachodnim cyplu na południu RPA nad Oceanem Atlantyckim. Na pierwszy rzut oka załogę uderzyła sterylna czystość i porządek. Zwykle przystanek autobusowy świadczy o kulturze mieszkańców. Nie widać było żadnych graffiti, niedopałków papierosów, wyrzuconych biletów itp. Ktoś żartując powiedział, że chyba obowiązywał tam zakaz palenia papierosów.


W tym czasie w Polsce pisano bardzo dużo o apartheidzie, jako doktrynie skrajnej segregacji rasowej. Wszyscy byli  ciekawi, jak to wygląda w rzeczywistości. Chyba to był już schyłek apartheidu, bo po przyjeździe do hotelu w recepcji hotelowej byli obsługiwani przez uroczą blondynkę i czarnego, jak heban eleganckiego recepcjonistę. To od razu dało do myślenia, że prasa w Polsce kłamie. Do następnego rejsu mieli trochę czasu, więc postanowili wybrać się  na mały spacer z przedstawicielem PLL LOT.  Zobaczyli w parku ławki pomalowane na czarno i biało.

Przewodnik wyjaśnił, że to jest już nieaktualne. Dawniej murzyn nie mógł usiąść na białej ławce. W Kapsztadzie zanosiło się na małą awanturę z miejscową kolorową ludnością, która zajmowała atrakcyjne miejsca w mieście mieszkając w slumsach. Miasto zamierzało wybudować tu nowoczesny hotel. Za miastem wybudowało dla przesiedleńców schludne szeregowe pomieszczenia z bieżącą wodą i sanitariatami i dając termin do opuszczenia tego miejsca. Jednak nie wszyscy z tego skorzystali. Przyjechały buldożery i w parę godzin splantowały teren.

W rejsie czarterowym nie zawsze wszystkie miejsca były wykorzystane przez załogi rybackie. Jeżeli były wolne 3-4 fotele, to często zdarzało się, że wykorzystywały je miejscowe władze i dziennikarze. Tak zdarzyło się i podczas tamtego lotu. Przylecieli z nimi dziennikarze z Dziennika Bałtyckiego. Oczywiście ten incydent z przesiedleniem ludności kolorowej nie uszedł ich uwadze. Porobili zdjęcia do artykułu, jak to władze w RPA biją murzynów.

Po dwóch dniach wystartowali do Nairobi, gdzie musieli czekać  3 dni na następny czarter do Kapsztadu. Mając dużo wolnego czasu, postanowili  zobaczyć najbliższy rezerwat przyrody, poznać atmosferę prawdziwej Afryki, gdzie różne zwierzęta żyją na wolności. Dobrzo wiadomo, że Polacy są wszędzie i tak też było w Nairobi. Jedno z biur podróży prowadziła księżna Sapieha, starsza dystyngowana pani. Nazwisko rodu Sapiehów, to patrioci polscy pełniący ważne urzędy w państwie, przewijało się przez polską historię od XV wieku. Wynajęli mikrobus z kierowcą, oczywiście z dużą zniżką, zasobność portfela nie pozwalała na luksusy i pojechali do rezerwatu.

Kierowca, jednocześnie przewodnik objaśniał, że żyją tam na wolności wszystkie gatunki zwierząt: lwy, zebry, żyrafy, lamparty, nosorożce, słonie, hieny, małpy, i dziesiątki różnych gatunków ptaków.  Trudno było to wszystko zapamiętać. Najwięcej było wszędobylskich małp, można było zobaczyć dostojne stada słoni, leniwe lwy, żyrafy skubiące wierzchołki drzew. Wszystkie gatunki zwierząt koegzystują ze sobą, żadne zwierzę nie atakuje, jak nie jest głodne.

Po raz drugi kapitan Kwiatek leciał na trasie Nairobi - Kapsztad. Po wylądowaniu w Kapsztadzie  była zupełnie inna atmosfera, jak przy pierwszym rejsie. Wszyscy byli jakoś bardzo służbowi – dokładnie sprawdzali wszystkie dokumenty załogi i pasażerów. Kto nie posiadał książeczki marynarskiej lub innego dokumentu potwierdzającego zawód zawracali do samolotu. Kilka osób nie zostało wypuszczonych na zewnątrz. Przywieźli catering dla pasażerów i podłączyli klimatyzację do samolotu.

To wszystko było nie z ich winy. Pojechali do hotelu, bo za 12 godzin czekał ich rejs powrotny. Przed wylotem dowiedzieli się, że powodem tego całego zamieszania był artykuł w Dzienniku Bałtyckim, jak to w RPA biją murzynów. A wydawałoby się, że Gdańsk z pozycji Kapsztadu to daleka prowincja i kto by tam się interesował, co piszą w miejscowych gazetach na temat RPA. Ja widać, ktoś to musiał jednak czytać!


Kpt. Zbigniew Kwiatek ur. się 1 stycznia 1934 r. w Krośnie n/Wisłokiem. Szkolenie szybowcowe rozpoczął w Fordonie k/Bydgoszczy w 1952 roku na szybowcu SG-38 oraz ABC, a następnie w Aeroklubie Bydgoskim. W 1954 roku miał już srebrną odznakę szybowcową i zdany egzamin na instruktora szybowcowego.  W listopadzie 1954 roku rozpoczął służbę, jako szeregowy w 36. Spec-Pułku Lotniczym w Warszawie na Okęciu. Na początku 1957 roku przed upływem 3 lat został przenoszony do cywila. Wrócił do Krosna i dalej intensywnie trenował w Aeroklubie Podkarpackim. Tam zdobył złotą odznakę szybowcową i szkolił pilotów szybowcowych – kandydatów do Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie i Radomiu.



Latał na 16 typach szybowców i wylatał łącznie 1008 godzin 22 minuty i wykonał 1591 startów. W 1965 rozpoczął pracę w PLL LOT. We wrześniu 1965 został skierowany na 6-miesięczne szkolenie jako II pilot na samolocie IŁ-14. W 1967 roku przeszedł szkolenie w Kirowogradzie na samolocie AN-24. Latał na nim do 1972 roku, jako kapitan-instruktor. W grudniu 1972 roku wyjechał w pierwszej grupie pilotów do Moskwy do Szkoły Pilotów Transportowych na przeszkolenie na samolot długodystansowy IŁ-62. Po 2 latach latania, jako II pilot w 1975 roku otrzymał uprawnienia kapitana - instruktora na ten typ samolotu i latał na nim do 1990 roku.


W kwietniu 1990 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych do szkoły pilotów na przeszkolenie na samolot długodystansowy B767. Latał na tym typie jako kapitan do 2000 roku, kiedy odszedł na emeryturę z łącznym nalotem na samolotach 19.173 godziny i 51 minut. Latał pod niebem Europy, Azji, Ameryki Płn. i Płd. Australii. Lądował w 115 portach lotniczych na całym świecie. Latał na następujących samolotach: Piper Cub, CSS 13, Zlin 26, C 106, Junak 2, Junak 3, TS 8 Bies, Jak 18, PZL 101 Gawron, Ił-14, AN 24, PZL 104 Wilga, IŁ 62, B767. Zmarł 14 września 2017 r. w Warszawie i pochowany został w grobie rodzinnym w Krośnie n/Wisłokiem.

Źródło: Bydgoski Klub Seniorów Lotnictwa
comments powered by Disqus