Motoparalotnią na Stadionie Narodowym i Śląskim - jak to zrobić?

Motoparalotnia na Stadionie Śląskim

O specyfice latania na motoparalotniach, startach w zawodach, codziennych treningach, a także lataniu wewnątrz stadionów Narodowego i Śląskiego, z członkiem polskiej kadry narodowej, Pawłem „Lojakiem” Kozarzewskim, rozmawia Marcin Ziółek.

Marcin Ziółek: Zacząłeś latać zaledwie kilka lat temu, a liczba osiągnięć i trofeów w zakładce „wyniki” na Twojej stronie internetowej nie mieści się już na ekranie. Można powiedzieć, że odkryłeś przepis na sukces w zawodach…
 
Paweł „Lojak” Kozarzewski:
Mój przepis na sukces jest bardzo prosty, lataj zawsze "swoje" nie ryzykuj na maxa, przywieź zawsze jakieś punkty. Lepiej zebrać z konkurencji połowę punktów niż zaryzykować i zaliczyć zero. Od początku mojej przygody z lataniem zawodniczym zawsze wyznawałem tą zasadę, grosz do grosza i w większości przypadków przynosiło to bardzo dobre rezultaty. Zawsze starałem się latać na swoje możliwości i nie ryzykować wyzerowaniem się z konkurencji. Dwukrotnie zaryzykowałem by popisać się przed innymi pilotami i w pierwszym przypadku lądowałem awaryjnie w kukurydzy, w drugim nie doleciałem do lotniska, w obydwu przypadkach straciłem pewne pierwsze miejsce w zawodach Pucharu Polski.

MZ: Oprócz rywalizacji w mistrzostwach masz na swoim koncie dosyć nietypowe osiągnięcia, jak np. wykonywanie lotów wewnątrz stadionów Śląskiego i Narodowego. Jaka była skala trudności tych przedsięwzięć?
 
PK:
Pierwszy był PGE Narodowy i przygotowania do tego projektu zajęły prawie 1,5 roku, zgody bezpieczeństwa, zarządu spółki itd. Najwięcej czasu czekaliśmy na dostępność płyty Narodowego, która np. była wolna 3 dni w ciągu całego roku, wolne terminy kolidowały z naszymi zawodami, w końcu udało się zgrać nasz termin z dostępnością płyty, ale trafiliśmy na najgorsze warunki pogodowe jakie można sobie wyobrazić, na zewnątrz deszcz i prawie 8 m/s.



Wiatr wpadał przez bramy komunikacyjne i tym samym były spore rotory wewnątrz dopiero pod koniec dnia wszystko się na tyle uspokoiło, że mogliśmy polecieć wewnątrz we dwóch na raz. PGE Narodowy był trudniejszy technicznie, nie mieliśmy tyle miejsca ile oferował Stadion Śląski. Ponadto niezbędny był demontaż liny tyrolki górskiej oraz podniesienie mikrofonu, który zwisał z dachu. Do drugiego projektu nie przygotowywałem się mocno, pojechałem obejrzeć obiekt miesiąc wcześniej, zabrałem skrzydło, oceniłem warunki techniczne, wszystko napawało optymizmem.

Na PGE Narodowym do oceny kierunku wiatrowych użyliśmy maszyny do produkcji baniek mydlanych. Na Śląskim mieliśmy kilkanaście balonów napełnionych helem, które rozwieszone były w różnych miejscach na stadionie, 3 z nich były przyczepione do żyłki nawiniętej na wędkę, na środku stadionu wypuszczaliśmy je do góry by ocenić jak się przemieszcza powietrze na granicy dachu i czy są tam duże rotory. Tego w tym projekcie obawiałem się najbardziej i chyba moment wylotu ze stadionu był najbardziej stresującą chwilą w obydwu projektach, obawiałem się momentu wyjścia ze spokojnego powietrza w bardzo turbulentne. Latam na skrzydle, które jest miękkopłatem więc o podwinięcie nie trudno. Finalnie nie było źle. Wykonałem dwa wyloty i dwa powroty spiralą do środka.|



W obydwu projektach pogoda była kluczowa, w Warszawie nie była tak łaskawa jak w Chorzowie, ale udało się pogodzić i zrealizować obydwa projekty. No może Chorzów nie był do końca gościnny bo około godz. 20:00 po lotach nocnych zaczął padać deszcz.

MZ: To były z pewnością spektakularne dokonania i niewiele osób mogłoby się tego podjąć. Jakie kolejne bariery chcesz pokonać w tym sporcie?
 
PK:
Aktualnie pracuję nad kilkoma kolejnymi projektami, które na pewno zrobią szum w środowisku lotniczym i nie tylko, z natury wolę chwalić się efektami pracy po wykonanym projekcie niż przed nim. Tego typu przedsięwzięcia aktualnie sprawiają mi więcej satysfakcji niż latanie sportowe. Mogę się do nich przygotować, jeśli warunki są niesprzyjające mogę przesunąć akcję na kolejny dzień.

Na pewno chciałbym ponownie polecieć na Stadionie Śląskim bo wyzwałem do pewnego pojedynku Justynę Święty-Ersetic. Pracuję również nad jednym projektem lotniczym poza granicami naszego kraju. Realizacja wyzwań powoduje, że pojawiają się kolejne i zabawę zaczynamy od nowa z tym, że po każdym projekcie jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenia, które bardzo ułatwiają nam realizację nowych wyzwań.


MZ: Starty w zawodach i treningi zajmują dużo czasu. Chyba nie łatwe jest łączenie ich z życiem zawodowym i osobistym?

PK:
W moim przypadku pogodzenie pracy z lataniem. Zwłaszcza gdy warunku do latania są super a ja muszę siedzieć w biurze i z 32 piętra podziwiać co się dzieje za oknem. Aby latać muszę pracować i tak jestem w dość komfortowej sytuacji ponieważ mój pracodawca przychylnie patrzy na moją pasję, wyjazdy, zawody i dodatkowo wspiera ją finansowo Dla mnie godzenie życia prywatnego z zawodowym i lataniem to najtrudniejsza kwestia. Na razie jakoś daje się wszystko pogodzić.
 
Staram się zawsze znaleźć złoty środek i najlepsze rozwiązanie, ale ten rok jest wyjątkowo trudny gdyż mamy dwie duże imprezy wyjazdowe na drugim końcu świata a ja dodatkowo zakładam rodzinę. Otacza mnie grupa świetnych ludzi, moich przyjaciół, dzięki którym wiem, że każdy problem można rozwiązać. Zawsze mogę na nich liczyć, to bardzo ważne dla mnie gdy jestem na wyjeździe, a na miejscu trzeba coś załatwić.


MZ: Ile musisz trenować aby utrzymywać mistrzowską formę?
 
PK:
Mój plan treningowy podyktowany jest pogodą i pracą. Nie mogę sobie pozwolić na trening zawsze gdy są super warunki, trzeba zapracować by mieć na czym latać. Jeśli jest pogoda to staram się wykonywać loty po pracy lub przed w okresie letnim. Do maksimum staram się również wykorzystywać pogodę w każdy wolny weekend.

MZ: Wyjazdy na zawody to Twoja codzienność. Które z dotychczasowych były dla Ciebie najbardziej wymagające i największym wyzwaniem?
 
PK:
Sezon 2016 i obrona tytułu Mistrza Polski klasy PF1 w Serocku, moim rodzinnym mieście. Współorganizowałem te zawody więc czułem podwójny stres by zawody się udały oraz by obronić tytuł wywalczony w 2015 w Częstochowie. Kosztowało mnie to wiele pracy i wyrzeczeń, ale finalnie wyszło lepiej niż to sobie wymarzyłem, może pogoda nie do końca była taka jak bym chciał. Po zawodach słyszałem wielokrotnie, że były to jedne z najlepiej zorganizowanych zawodów oraz udało mi się dowieźć pudło do końca i zostałem ponownie Mistrzem Polski najliczniejszej klasy PF1 ponadto wygrałem zawody o Puchar Burmistrza Miasta i Gminy Serock w celności lądowania a wisienką na torcie była obecność moich rodziców na ceremonii rozdania medali. Była to tak samo ważna dla mnie chwila jak słuchanie Mazurka Dąbrowskiego na zawodach I kategorii FAI.


MZ: Latając tak intensywnie na pewno masz wiele spostrzeżeń odnośnie użytkowanego sprzętu. Czy współpracujesz z jego producentami i przekazujesz im swoje uwagi odnośnie ewentualnych ulepszeń?
 
PK
: Aktualnie pomagam firmie produkującej najlepsze skrzydła na świecie - Dudek Paragliders z Kowalewa pod Bydgoszczą. Oprócz uwag technicznych staram się wspierać firmy na sprzęcie, których latam marketingowo. Pasjonuję się również fotografią i często robię zdjęcia z powietrza.
 
MZ: Przejdźmy teraz do codzienności. Motoparalotniarstwo staje się coraz popularniejsze i wiele osób właśnie tym sportem rozpoczyna swoją przygodę w lotnictwie. Czego powinni się wystrzegać i na co szczególnie uważać?
 
PK:
Rutyna to największa zmora pilotów, nie tylko tych co latają na motoparalotniach. Raz zdarzyło mi się popaść rutynie i zakończyło się to kontuzją, która wyeliminowała mnie z latania na kilka dobrych miesięcy. Często piloci źle oceniają warunki pogodowe, latają przy bardzo mocnych podmuchach wiatru, w turbulentnym powietrzu. Często również przeceniają swoje umiejętności i wręcz proszą się sami o przygody latając za blisko drzew, przeszkód terenowych czy też nad wodą bez zabezpieczenia.


MZ: Tyle chwil spędzonych w powietrzu zaowocowało zapewne niejedną zabawną historią, która może zainteresować naszych Czytelników…
 
PK:
Przez ponad 5 lat kilka ich było, kąpiel w hiszpańskim jeziorze czy też zgubienie się w powietrzu i odnajdywanie się w terenie czytając znaki drogowe stojące przy drodze. Całe szczęście, że znałem okolicę, w której latałem. No i na początku wiecznie się z tego śmiałem notorycznie brakowało mi paliwa i wracałem autostopem do miejsca skąd startowałem.
 
MZ: Oraz niebezpiecznymi, które z kolei warto przytoczyć ku przestrodze…

PK:
Przypominam sobie dwie najbardziej niebezpieczne. Pierwsza sytuacja gdy dopadła mnie rutyna i po 40 sek lotu na nowym skrzydle poskładałem je tak 3 razy, że spotkałem się z ziemią nie tak jak planowałem, uszkodziłem sobie kręgosłup na szczęście bez powikłań.

Druga sytuacja to zaczepienie skrzydłem o bramkę pomiaru czasu na treningu w Częstochowie. Zakończyło się szczęśliwie dla mnie, uszkodziłem bramkę, rozdarłem skrzydło i ściąłem kilka linek.


MZ: I na koniec naszej rozmowy powiedz, jak można zachęcić młodych ludzi do latania na motoparalotniach? Czy można powiedzieć, że to jest sport dla każdego?
 
PK:
Oczywiście, że jest to sport dla każdego, na kurs można iść nawet w wieku np. 10 lat, jednak dopiero po ukończeniu 15 roku życia można udać się na egzamin i rozpocząć przygodę z samodzielnym lataniem. Górnego limitu nie ma, znam pilota, który w wieku 86 lat rozpoczynał przygodę z lataniem na paralotni. Jeśli ktoś chce doświadczyć wolności, prawdziwej wolności z wiatrem we włosach i szumem wiatru w linkach to myślę, że paralotniarstwo jest najlepszym i najtańszym ze spotów lotniczych sposobem na oderwanie się od ziemi. Motoparalotnia co prawda trochę hałasuje ale daje nam niezależność, nie musimy jeździć w góry lub szukać wyciągarki, wystarczy kawałek równego terenu i możemy latać tam, gdzie tylko nam się podoba.

Jeśli kogoś stać na zakup motocykla to również stać go na sprzęt do latania, te 2 pasje mają zbliżone budżety, sam przesiadłem się z jednośladu na motoparalotnie, w górze nie musimy obawiać się, że ktoś nam wyjedzie na lewoskręcie, fakt, że w powietrzu nie ma kontroli to jednak na naszym niebie jest porządek i uważam, że jest znacznie bezpieczniej niż na drogach.


Gdyby ktoś chciał rozpocząć przygodę z lataniem zachęcam do kontaktu przez facebook.com/lojakpl lub instagram.com/mrlojak chętnie pomogę przy wyborze szkoły i doborze sprzętu do latania.

MZ: Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów.

PK:
Dziękuję.


Paweł „Lojak” Kozarzewski - pochodzi z niewielkiej miejscowości Zalesie Borowe w gminie Serock – powiat legionowski. Swoją przygodę z lataniem rozpoczął na początku 2012 r., a niedługo potem uzyskał Świadectwo Kwalifikacji Pilota Paralotniowego. Po starcie w XV Motoparalotniowych Mistrzostwach Polski oraz I Motoparalotniowych Slalomowych Mistrzostwach Polski 3 sierpnia 2013 został powołany do Kadry Narodowej.

Reprezentował Polskę na I Slalomowych Mistrzostwach Świata we Francji. Uczestniczył w Mistrzostwach Świata na Węgrzech, gdzie wygrał jedną z najtrudniejszych konkurencji nawigacyjnych tych zawodów. Do końca sezonu 2014 startował w większości zawodów rozgrywanych w Polsce. W 2015 roku wziął udział w II Slalomowych Mistrzostw Świata w Legnicy gdzie wywalczył 2 medale, a indywidualnie zajął 4 miejsce. Zdobył również tytuł Mistrza Polski klasy PF1 w XVII Motoparalotniowych Mistrzostwach Polski. 

Najczęściej trenuje w swoim rodzinnym Zalesiu, ale lata nad całym powiatem legionowskim, Zalewem Zegrzyńskim oraz sąsiednich powiatach. Jest również pilotem Toruńskiej Grupy Falco, która zrzesza najlepszych pilotów sportów mikrolotowych w Polsce. Zwycięzca Plebiscytu Cumulusy 2016 na 10-najlepszych sportowców lotniczych 2016.

Źródło: dlapilota
comments powered by Disqus