Amerykańska astronautka: żeby polecieć na Marsa, musimy najpierw pobyć na Księżycu
Nie jesteśmy jeszcze w pełni gotowi na lot na Marsa; najpierw musimy udać się na Księżyc i spędzić tam znacznie więcej czasu – uważa amerykańska astronautka Eileen Collins. Pierwsza kobieta dowódca promu kosmicznego przyjechała do Poznania na Festiwal Fantastyki Pyrkon.
W Poznaniu astronautka uczestniczyła m.in. w spotkaniu z udziałem Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego. Oboje dzielili się z publicznością swoimi doświadczeniami i wrażeniami dotyczącymi lotów w kosmos. Eileen Collins brała udział w szeregu misji wahadłowcem: w 1995 r. pilotowała wahadłowiec Discovery, który połączył się z rosyjską stacją kosmiczną Mir. Była dowódcą Columbii w 1999 r., a w 2005 r. dowodziła pierwszym lotem wahadłowca po katastrofie Columbii. W kosmosie spędziła ponad 36 dni.
W rozmowie z PAP astronautka przyznała, że aby z powodzeniem rozpocząć załogową misję na Marsa, najpierw astronauci muszą spędzić dużo czasu na Księżycu. Tam można zweryfikować, zbadać i rozwiązać wiele kwestii istotnych dla lotu na sąsiednią planetę.
– W tym momencie nie jesteśmy jeszcze w pełni gotowi na lot na Marsa. Uważam, że najpierw musimy spędzić znacznie więcej czasu na powierzchni Księżyca. Nauczyć się, jak funkcjonować w tamtejszych warunkach – radzić sobie z pyłem, promieniowaniem, grawitacją, a także z izolacją i opóźnieniami w komunikacji – powiedziała.
Eileen Collins podkreśliła, jak wiele dla załogowych misji na inne ciała niebieskie daje praca, która wciąż toczy się na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS).
– Prowadzimy tam szereg badań mających na celu zrozumienie ludzkiego organizmu. Większość eksperymentów dotyczy biologii człowieka, ponieważ w przyszłości – kiedy wyślemy ludzi z powrotem na Księżyc i dalej, na Marsa – kluczowe będzie utrzymanie ich przy życiu. Może to brzmi banalnie, ale taki jest priorytet – powiedziała.
Wyjaśniła, że lot na Marsa potrwa wiele miesięcy. Dlatego już dziś należy dobrze rozpoznać problemy, z jakimi boryka się ludzkie ciało w kosmosie, takie jak osłabienie serca i mięśni, utrata gęstości kości, przesunięcie płynów czy problemy ze wzrokiem.
– Im dłużej ludzkie ciało przebywa w kosmosie, tym więcej pojawia się komplikacji. Musimy to wszystko dogłębnie zbadać i opracować tzw. środki zaradcze. To właśnie robimy teraz na stacji kosmicznej. Dzięki temu, gdy w przyszłości ruszymy na Księżyc i Marsa, będziemy przygotowani na potencjalne zagrożenia – powiedziała.
Pytana o to, czego najbardziej brakuje jej na Ziemi, wymieniła widoki, jakie ma się, będąc w kosmosie, oraz stan nieważkości.
– Moim zdaniem stan nieważkości to świetna zabawa. Chociaż fakt – pierwszy dzień bywa trudny. Na początku nie jest to przyjemne, bo większość ludzi ma problem z odbijaniem się od ścian czy wpadaniem na innych członków załogi. Poza tym ciągle coś gubisz. Zastanawiasz się: gdzie mój długopis? A on po prostu odpływa, unosi się gdzieś w powietrzu i nie masz pojęcia, gdzie jest. To potrafi być frustrujące – powiedziała.
– Innym problemem jest przesunięcie płynów w organizmie. Twarz staje się bardzo nalana, „puchnie”, a nogi robią się potwornie chude, co może powodować dyskomfort. Kręgosłup się rozciąga. Niektórzy odczuwają z tego powodu ból – mnie akurat to ominęło, ale część załogi bardzo narzekała na plecy. Musisz po prostu przetrwać ten pierwszy, może drugi dzień, a potem jest już w porządku. Ciało potrzebuje dwóch lub trzech dni, żeby się przyzwyczaić – dodała.
Eileen Collins powiedziała też, że niektórzy astronauci przez dwa–trzy dni nie mogą nic jeść, bo pojawia się u nich „świadomość żołądka”. – Cały czas myślisz o swoim żołądku, boisz się jeść, żeby się nie pochorować. W moim przypadku całe ciało w pełni znormalizowało się po około trzech dniach – powiedziała.
Astronautka przyznała też, że w trakcie misji polegającej na połączeniu wahadłowca ze stacją Mir poznała różnice klimatów i zapachów dzielące amerykański i rosyjski statek kosmiczny.
– Na wahadłowcu pachnie głównie elektroniką – jak w pokoju pełnym pracujących komputerów i sprzętu. Dopiero potem dochodzi zapach jedzenia, kiedy załoga zaczyna posiłki. Moja twarda zasada brzmiała: jeśli otwierasz rację żywnościową, musisz zjeść ją całą. Nie można jej tak po prostu wrzucić do śmietnika, bo zacznie potwornie śmierdzieć. Na szczęście na pokładzie jest stały przepływ powietrza. Na stacji Mir pachniało jak w… wilgotnej piwnicy. Taki zatęchły, wilgotny zapach – nie był nieprzyjemny, po prostu specyficzny. No i było tam cieplej. Rosyjska stacja była cieplejsza i bardziej wilgotna, a amerykański wahadłowiec – suchy i chłodniejszy – powiedziała.
Eileen Collins bardzo lubi film „Apollo 13” z Tomem Hanksem, który grał dowódcę misji, Jima Lovella.
– Uwielbiam ten film, ponieważ niezwykle realistycznie oddaje to, co naprawdę wydarzyło się podczas tamtej misji. Poza tym niesie świetną lekcję: pokazuje, że nawet w skrajnie beznadziejnej sytuacji można znaleźć rozwiązanie i uratować załogę – powiedziała.
Astronautka sama znalazła się w trudnej sytuacji. W 1999 r., tuż po starcie, wystąpiło zwarcie elektryczne, które wyłączyło część systemów sterowania dwoma silnikami głównymi.
– Ćwiczyliśmy dokładnie ten scenariusz w symulatorze, więc doskonale wiedzieliśmy, co robić. Nie bałam się. Pomyślałam wtedy: „Pewnie ludzie w centrum kontroli misji strasznie się teraz zamartwiają, ale ja się nie martwię”. Byłam bardzo pewna naszych umiejętności i tego, że poradzimy sobie z problemem. Jako dowódca miałam jedno główne zadanie: kontrolować, gdzie leci wahadłowiec. Oddałam więc pieczę nad problemem elektrycznym mojemu pilotowi, a sama skupiłam się na swoim zadaniu dowódcy – powiedziała.
Eileen Collins przyznała też, że jest pozytywnie nastawiona do rozwoju turystyki kosmicznej.
– Moim zdaniem to wcale nie odbiera kosmosowi wyjątkowości, a wręcz przeciwnie – podtrzymuje ten cały zachwyt i romantyzm związany z zawodem astronauty. W kosmos będzie latać coraz więcej osób z różnych środowisk, w różnym wieku. To wspaniały kierunek, a turystyka kosmiczna odniesie w przyszłości ogromny sukces. Jestem jej wielką fanką. Sama byłam w kosmosie i wiem, że ludzie po prostu pokochają to doświadczenie. Spojrzenie na Ziemię z góry i zobaczenie, jak piękna jest nasza planeta, wyjdzie nam wszystkim na dobre – powiedziała.
Rafał Pogrzebny (PAP)
rpo/ agzi/