Drogocenne drobiazgi - trymer...

An-2

Nareszcie przerwa w lotach. Żniwa - całe szczęście, że samolotu nie można użyć jako kombajnu, bo pewnie mielibyśmy całe mnóstwo roboty. Lato w pełni. Czas na zasłużony wypoczynek po kilku miesiącach ciągłego latania nad polami. Inżynier mocno przymocował samolot do stojanki i przygotował do dłuższego postoju. Walczymy jeszcze w naszym "pomieszczeniu operacyjnym" tj. budzie - pokrytej przyczepie do traktora, która wcześniej woziła dzieci do szkoły z papierami. Uff koniec.

"Podrzucisz do dyrekcji?" - pytanie mechanika jest raczej potwierdzeniem, że ja to zrobię. Przejeżdżam przecież przez nasze bazowe lotnisko i miejsce pracy "dyrekcji" w drodze do domu - pięknie położone lotnisko w Mirosławicach k. Sobótki.

Trzeba to sprytnie zrobić, żeby nie wdepnąć na jakąś "minę" typu: „polatasz?” „podjedziesz?” „pomożesz?” itp. Czekam jeszcze godzinę tak, aby odwiedzić "dyrekcję" pod koniec dnia, zdać kwity i chodu do domu.

Mirosławice. Teraz szybciutko przy ścianie korytarza do sekretariatu, później do technicznego i tylnym wyjściem na parking. Wszystko idzie zgodnie z chytrym planem. Ostatni etap - ucieczka na parking.

"O z nieba mi spadłeś. Wiem, że masz przerwę, bo dzwoniłem na czarter ... nie wejdziesz nawet? Jest temat, chodź do mnie musimy pogadać…" - głos operacyjnego pozbawia mnie złudzeń co do powodzenia zaplanowanej akcji. Ten temat jest realny i brutalny - tygodniowe zastępstwo kolegi, który leci do Afryki... "Przecież dla ciebie to żaden problem, blisko domu, te kilka lotów...". "Ale planowałem... !!!"

Sytuacja bez wyjścia. Z obrzydzeniem jadę następnego dnia do roboty. A niech tam, polatam te kilka dni - trudno. O tyle dobrze, że mechanikiem antka jest fajny chłopak, z którym pracowałem w zeszłym roku. Pogadamy, polatamy jakoś zleci.

Widok na lądowisku odebrał mi resztki dobrego humoru. Cztery 20-to tonowe przyczepy pozbawiły mnie złudzeń co do "planowanego" zakresu prac na dzień dzisiejszy.

Pierwszy lot. Jakoś dziwnie. Samolot niby leci prosto ale jakoś krzywo. Próbuję "wytrymować" go, ale trymer steru kierunku już jest na maksa. Co jest?!

Po locie idę do ogona. Faktycznie, klapka trymera jest wychylona maksymalnie. Mechanik przygląda się mojemu "dochodzeniu" do prawdy. "Wiesz, ten samolot w zeszłym roku troszkę "huknął", wymieniali mu tutaj na miejscu skrzydło i pewnie nie zrobili niwelacji. Przyzwyczaisz się po kilku lotach."

Jakoś nie mogę się przyzwyczaić. Wpajane mi przez lata zasady poprawnego pilotażu jakoś brały górę nad przyzwyczajeniem się do krzywego latania. Cały czas wciskałem pedał steru kierunku. Po dziesięciu lotach noga mi zdrętwiała, a w następnych ćwiczyłem różne pozycje w kabinie aby lecieć w miarę "normalnie". Inżynier z podziwem i współczuciem obserwował moją walkę z maszyną. Oczywiście przy każdej nadarzającej się okazji musiałem wyrazić swoją "druzgocącą" opinię na temat zaistniałej sytuacji i przekazać wyrazy mojego głębokiego niezadowolenia. Uff - przerwa obiadowa.

Chyba miał dosyć mojego gadania. Zaraz po lądowaniu poleciał do "podręcznego magazynu" - szopy przy stojance, a ja udałem się na zasłużoną zupę z wkładką stanowiącą podstawowy posiłek regeneracyjny pracowników rolnych dopuszczony przez ówczesne ministerstwo finansów do stosowania bez konieczności odprowadzania dodatkowego podatku po przekroczeniu wartości kalorycznej "obiadku" - a tak naprawdę to nie wiem czy dzisiaj nie jest gorzej z tym podatkiem.

Zdegustowany zajmuję ponownie miejsce w kabinie - cholera znowu będę walczył z tym krzywo latającym urządzeniem. Ale co to!!! Pedał steru kierunku wciśnięty, a moja noga nie obciążona. Co więcej muszę, aby w miarę prosto lecieć "odpuścić" wychylenie trymera. Patrzę na inżyniera. Zero jakiejkolwiek reakcji, zapatrzony przed siebie nie zwraca na mnie żadnej uwagi. Dziwne, bardzo dziwne - czyżby ten samolot zmieniał w locie swoja geometrię?

Po lądowaniu maszeruję do ogona. Do płytki trymera dokręcona jest śrubkami Mx6 część karbowana wiadra ocynkowanego gospodarczego o pojemności 10 litrów. Nastąpiło zdecydowane zwiększenie powierzchni czynnej trymera steru kierunku. Nie można się pomylić - zdewastował wiadro, aby mi ulżyć i nie słuchać mojego gadania - dobroczyńca!. No proszę marudzenie też jest skuteczne.

Super. Zapomniałem o problemie. Co prawda moja wrodzona pasja do poprawnego pilotażu cierpiała, ale noga już mnie nie bolała. Patent sprawdził się w 100%.

Już ostatni dzień lotów. Zostało kilka do południa. Pedantyczny agronom musi jeszcze dosypać kilka woreczków nawozu tu i ówdzie żeby osiągnąć planowaną ilość kwintali z hektara. Taka dłubanina.

Podjeżdża autko. To przecież znajomy sympatyczny inspektor IKCSP. Były lotnik wojskowy. Co go tu przygnało? Byle nie służbowo… Już oczami wyobraźni widzę te "tony" papierów i wieczorny powrót do domu.

Sprawa szybko się wyjaśnia. Czysto kurtuazyjna wizyta z problemem motoryzacyjnym w tle - luzik. Pijemy kawę i wspominamy. Tak naprawdę to musimy ponarzekać jakie to ciężkie czasy. Trzeba latać, wymyślili przeszkolenie na nowego "Kruka" - po co mi to, a do tego zimową porą mam jechać na szkolenie teoretyczne we frazeologii angielskiej i IFR do Rzeszowa. Co prawda zapłacą za delegację, ale w domu można by posiedzieć. Szkolenie za darmo, ale komu chce się włóczyć po hotelach i siedzieć w ławce. Koszmar.

Ok, trzeba się zbierać. Inspektor idzie do autka, ale jego wzrok zatrzymuje się na naszym antosiu. Powoli podchodzi do ogona. Wskazującym palcem sprawdza solidność zamocowania patentu. Przygląda się śrubkom i "wyszukanemu" materiałowi, z którego go wykonano. Jest pod wrażeniem.
Stoimy obok z minami niewiniątek. Cholera trzeba było obrócić samolot silnikiem do przodu.
"Ja tu jestem prywatnie i niczego nie widziałem, inaczej - mnie tu nie było!!! .... jasne?". No pewnie, że jasne.

A z drugiej strony taki nieszkodliwy DROBIAZG, a jak ułatwił życie.

Grzegorz Skomorowski


Powyższy artykuł po raz pierwszy pojawił się na dlapilota.pl 31 października 2011 r. W ramach nowego cyklu, na łamach naszego portalu cyklicznie przybliżamy najciekawsze i najbardziej poczytne teksty z lat ubiegłych.

Źródło: unitedsky.eu
comments powered by Disqus

Komentarze

Panowie, cały ten artykuł, a właściwie opisany patent mechanika (?) i akceptacja pilota (?) to żenada! Słów brakuje!

Mi sie podoba,dzieki. Aby takich wiecej.
Post powyzej`przeciez takie typowe.... nasza narodowa cecha... ponarzekac trzeba` hmm...... moze i trzeba.
Polskich znakow nie mam niestety, wina oprogramowania za Co przepraszam, pozdrowienia
Tomek

Co nato Obserwer?

:) słucham...? Co ja na to w jakiej kwestii ?
Tekst ok, troche nudnawy, ale nawiązujacy do tytulu i pozostający w temacie... No moze dziwi mnie to podejscie, a właściwie, to przeciez takie typowe... szkolenie za darmo, ale jak to nasza narodowa cecha... ponarzekać trzeba.

Brawo,jeszcze brakuje Observera.

chyba Hybora i Silver Mustanga ;-)