Drogocenne drobiazgi - pośpiech...

Lotnicze drobiazgi/ fot.Paweł Kralewski

Pośpiech jest złym doradcą. To stare powiedzenie, ale jakże aktualne. Spieszymy się wszędzie, a deficyt czasu to codzienna rzeczywistość. Staramy się zrealizować misternie ułożony wcześniej plan. Układając go bardzo często nie pozostawiamy sobie żadnego marginesu czasowego. Ścigamy się z samym sobą na zasadzie: bo jeszcze to muszę zrobić…. Zatracamy gradację spraw ważnych i tych mniej istotnych. W ferworze walki umykają nam na pozór nieistotne drobiazgi, które dostrzegamy, gdy jest już za późno. Przykłady? - jest ich tysiące - ale konsekwencje w dziedzinach takich jak lotnictwo często bardzo bolesne.

Stworzone w "dużym" lotnictwie procedury mają za zadanie uporządkowanie pracy załóg lotniczych oraz doprowadzenie do chronologicznego toku postępowania, którego efektem końcowym jest wykonanie wielu czynności bez pominięcia którejkolwiek. W GA podczas szkolenia wpaja się uczniowi "zamiłowanie" do porządku i systematycznego działania. Przygotowanie do lotu, przegląd samolotu, check list, szkolenie zgodnie z programem - tak aby nic nie pominąć - to także elementy nauki latania.

Później jest najczęściej znacznie gorzej.

„Masz JAKĄŚ mapę bo zapomniałem? Zrobić kreskę na mapie? - po co szkoda mapy i czasu - jest GPS. A tak a propo to przydałyby się jakieś "uszy", bo moje…, jak jechałem na lotnisko to mówili, że tam pogoda jest ok – LECIMY, bo i tak jesteśmy spóźnieni, a tak przy okazji to mamy paliwo? Jakieś 120 litrów - to ok, „styknie”, szkoda czasu na dolanie i jeszcze to pchanie pod dystrybutor” - oto dość często spotykane teksty na płycie lotniska.

DROBIAZGI? Może i tak, ale świadczą o specyficznym podejściu pilota do tzw. sztuki latania i braku umiejętności wygospodarowania sobie czasu na spokojne przygotowanie do lotu. Do tego cały czas w ręku telefon komórkowy, tysiące spraw nie tylko tych istotnych, ale czasami wręcz bzdetów niepotrzebnych w tym momencie. Pośpiech, myśli gdzieś daleko - pewnie już na lotnisku docelowym, automatyczne ruchy w kabinie, zaraz zaraz no tak trzeba uruchomić silnik. Kołowanie, czemu ten KL tyle gada i kto powiedział, że muszę czekać aż wypuści szybowiec za wyciągarką - przecież to nie on "młóci" paliwo, a 120 litrów to nie za wiele na planowany przelot. No nareszcie możemy lecieć i tak jesteśmy spóźnieni - za wcześnie się umówiłem.

Odosobniony przypadek? - myślę, że nie. Nasuwa się pytanie: czy w takiej sytuacji pilot nie popełnił jakiegoś błędu, nie zapomniał o DROBIAZGU, który za chwilę będzie kosztował bardzo drogo lub będzie przyczyną ogromnego stresu. Te DROBIAZGI później pamięta się bardzo długo. W następnych lotach przestają być drobiazgami, a stają się istotnym elementem przygotowania do lotu czy też samego lotu. To się nazywa zdobywaniem doświadczenia lotniczego. Takie sytuacje pamięta się bardzo długo. Każdy ma swoje - te ulubione, które skończyły się szczęśliwie i te, które pragnie wymazać z pamięci.

Lata 80-te, PGR na południu Polski. Poczciwy antek rozsypuje nawozy z lądowiska roboczego, położonego gdzieś między polami. Do lądowiska bazowego, gdzie znajduje się stojanka jakieś 10 km. Od tamtej strony robi się ciemno-nadciąga burza. "Panowie, to ostatni lot nie możemy zostawić tego nawozu na przyczepie, musimy to wysypać" - sympatyczny ten kierownik gospodarstwa i ciężko odmówić. A niech tam wyrzucimy mu ten "gnój" i spadamy do siebie. Od kilku lotów spod zawodu pneumatycznego hamulca kół za wolantem pryska olej i moja biała koszulka przypomina misterne dzieło sztuki nie mówiąc o zaolejonej twarzyczce. No tak "inżynier" nie spuścił kondensatu z odpowietrzenia.

Szybko zbieramy graty i chodu, bo nie będzie gdzie uciekać. Z południa granica przyjaźni z Czechosłowacją (nie daj Boże przelecieć), a od północy burza. "Spuść kondensat, bo za chwilę nic nie będę widział....". "Inżynier" wypada w pospiechu z kabiny. Słyszę szamotanie w luku pod podłogą i trzask zamykanych z tyłu drzwi. Startujemy robimy 2 przejścia nad polem i mkniemy do "domu". Robi się niespecjalnie - ścigamy się z burzą. Ściana deszczu rośnie w oczach. Jest już na końcu lądowiska. Prosta - cholera zaczyna dmuchać w ogon. Lądowisko krótkie, ale wyhamujemy.

Już na ziemi zaczyna lać i szarpać samolotem, teraz hamowanie. Co jest nie ma hamulców!!! Szopa i skarpa na krawędzi pasa rośnie w oczach - nie da rady zaraz przywalimy. Pełen ster kierunku w lewo. Antoś powoli zaczyna się obracać, jedzie bokiem po śliskiej trawie a później obraca się ogonem w kierunku lądowania. Pełen gaz i stoimy. Samolot chyba cały. Ogon co prawda na skarpie, ale nic nie powinno się stać. Patrzę na manometr ciśnienia powietrza, które odpowiada za pracę hamulców - totalne zero. Co się stało? Powoli zaczynam kojarzyć stan mojej koszulki, z koniecznością spuszczenia kondensatu... "Inżynier" chyba przeanalizował to szybciej i zbiegł w bezpieczniejsze miejsce niż kabina antka. W pośpiechu nie dokręcił do końca zaworu spustu kondensatu z instalacji hamulcowej. Te nie miały prawa działać - taki sobie DROBIAZG niedokręcony mały, czarny zaworek w luku pod kabiną, a tyle stresu.

Udało się i tylko nie wiem dlaczego często przed lotami na antku "nurkuję" do luku i sprawdzam ten cholerny kranik.

Grzegorz Skomorowski


Powyższy artykuł po raz pierwszy pojawił się na Dlapilota.pl 11 sierpnia 2011 r. W ramach nowego cyklu, na łamach naszego portalu cyklicznie przybliżamy najciekawsze i najbardziej poczytne teksty z lat ubiegłych.

Źródło: unitedsky.eu
comments powered by Disqus

Komentarze

Gratulacje panie Grzegorzu, kolejny świetny artykuł dający do myślenia przed kolejnym lotem. Czekam na kontynuację!

Pozdrawiam, Pilot-uczeń