Blog Piotra Lipińskiego BLOG - dzień jak co dzień... w powietrzu

BLOG - Piotr Lipiński

16.30 a terminal w Warszawie pusty. Nie ma to jak Święta. Na tablicy odlotów tylko nasz lot, ale tym razem lecimy całą załogą na paxa. Czterosilnikowy Avro RJ szybko nabiera wysokości po starcie z pasa 29 i nad Piastowem jesteśmy już w chmurach. Jest wreszcie trochę czasu aby podsumować szybko kończący się rok. Aż się wierzyć nie chce, że ostatni wpis był w styczniu. Jak zawsze nie tak miało być...

W tym roku latania też było bardzo dużo i do 900 godzin (max ustawowo ograniczone) niewiele zabrakło. Jak zawsze było dużo ciekawych zdarzeń, parę naprawdę niezapomnianych chwil oraz jak zawsze parę momentów, które wpływają na ogólnie pojęe "doświadczenie lotnicze".

Z codziennego latania to na pierwszym planie nadal musi być Madeira. Latałem tam średnio co niespełna dwa tygodnie. Biorąc pod uwagę, że loty są raz na tydzień, a w bazie mamy przeszkolonych na FNC pięciu kapitanów, to wynik całkiem dobry. Były lądowania w dzień i w nocy, o wschodzie i o zachodzie słońca. Czasem wiało i padało, innymi razy sielanka, ale zawsze było ciekawie. Przeważnie było podejście z zakrętu na pas 05, ale zdarzyły się też lądowania z prostej na pas 23 i wcale to podejście nie jest łatwiejsze. Ponieważ zdjęcie jest warte 1000 słów to wstawiam parę widoków z podejścia do pasa 05, a drugie zdjęcie będzie prawie z prostej na pas 23.


Na YT można też zobaczyć parę filmów z lądowań na wyspie. Niektóre z nich są bardzo "ciekawe". Czasem wydaje się, że tylko szczęście pomogło, aby wyjść z opresji cało. Zdarzało się jednak, że tego szczęścia zabrakło i wtedy skutki są jak na tej fotce po lądowaniu 737. Na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało, a po paru tygodniach zespół Boeinga "wyklepal" samolot, który wrócił do normalnego latania.


Po drodze do Funchal często mijamy Lizbonę. Widoki piękne, ale jakoś nigdy tam nie zdarzyło mi się jeszcze tam lądować.


W lecie za to jak zawsze Grecja przeplatana z Turcją. W tym roku miałem dużo szczęścia do Korfu. Pogodowo bo pomimo wysokich minimów potrzebnych do lądowania (podstawa chmur 2000 stóp czyli ok 600 m) jakoś zawsze udało mi się trafić przynajmniej na minima, a widoki w dzień... wow za każdym razem.

 
Były też inne momenty... wspaniałe wschody słońca - ten na początku kwietnia nad górami Atlas w Maroku zwiastujący piękny nowy dzień i nowe Zycie... oczywiście zdjęcia nie oddają tych chwil...


Łagodne lądowanie w Brukseli i czekamy na następny odcinek naszego przebazowania. Tutaj na lotnisku więcej osób, ale też daleko do normalnego ruchu, no i wszystkie sklepy są pozamykane. Wreszcie dostajemy odlotowy gate i tym razem na pokładzie A319 startujemy w kierunku Lyonu...

Ostatnio pogoda nie rozpieszczała. W styczniu temperatury na wysokości przelotowej spadały do -72C co zmuszało niektóre samoloty, jak Airbusy czy niektóre Embraery do znacznego obniżania wysokości lotu. Potem przyszły silne wiatry tak jak ostatnio. Na dużych wysokościach mieliśmy silną "falę". Samolot rozpędzał się do prędkości maksymalnej (0.82M) nawet ze zmniejszoną mocą i otwartymi hamulcami aerodynamicznymi, aby za parę chwil nawet przy pełnej mocy ledwo trzymać się wysokości z wciąż spadającą prędkością aż po aktywacje informacji o "Buffet Warning".

Wtedy pozostają dwie opcje, albo czekać na "kopniaka"do góry co się przeważnie zdarza albo szybko prosić kontrolera o niższy poziom. W takie dni ATC jest bardzo pomocne. Z powodu wiatru był też go around czyli przejście na drugi krąg. Tym razem chodziło o wiatr w ogon. Na 1000 stopach czyli 3000 metrach nadal wiał on ponad 40 kts (węzłów) i samolot nie chciał się hamować w ścieżce. Pogoda była w miarę ok i po go aroundzie mieliśmy widokową wycieczkę dookoła Warszawy tym razem przy zmianie pasa z 11 na pas 15. Okazało się, że my nie byliśmy pierwszym samolotem, który miał ten problem. Drugie podejście już z bocznym wiatrem to był pikuś choć nadal Pan Pikus".

Były też loty o różnych godzinach często nie zgadzające się z rytmem snu. Ale przynajmniej przed wschodem wychodzą fajne zdjęcia w pracy:) 


Były też krótkie przebazowania. Czesem krótki lot z Wrocławia do Paryża zajmował trzy dni pracy. Podczas takiego lotu na podejściu na CDG jeszcze w nocy dostaliśmy wektor za A380. Samolotem machnęło, że aż się wypiął autopilot. Ponad 45 stopni przechylenia w obie strony i po raporcie do ATC spora zmiana kierunku lotu. Coś takiego, że spokojne podejście szybko powoduje przyspieszone bicie serca.

Z ciekawostek to też przejście firmy na EFB - Electronic Flight Bag. Zamiast podejściówek i manuali w wersji papierowej mamy wszystko na tabletach. Wszystko to działa lepiej niż myślałem, a w szczególności kiedy są duże zmiany na przykład podczas podejścia. Oczywiście z tego też były dodatkowe szkolenia. Teraz jeszcze mniej widać przez boczna szybę, ale nadal uważam to za duży postęp. Na zdjęciu podejście na Teneryfę. Ośnieżony Teide i karta podejścia zresztą z dobrze zaznaczonym wulkanem.


Miałem też okazje polecieć do TLS - domu Airbusa i ATR-a. Wreszcie zobaczyłem latającego A350 i M400. Fajnie bo coś innego ale na przelocie trudno pobić 747 - prawdziwa i jedyna Królowa Przestworzy:)


W tym roku sporo znajomych znalazło swoją pierwszą pracę w liniach lotniczych lub na lotnisku. Ponieważ część z nich znam od wielu lat fajnie widzieć jak pasja przechodzi w pracę, którą z racji pasji wcale pracą nie musi być  I wiek tutaj nie stanowił jakiejś przeszkody. Nie było łatwo z racji egzaminów i szkoleń, ale miło było się spotykać na różnych lotniskach lub razem polatać. Zresztą spotkania zawsze są mile.

Są jednak i sprawy o których na szkoleniach nie ma mowy. W Madrycie lądowaliśmy sporo przed czasem. Pogoda bajka. Błękitne niebo z paroma chmurkami, jeszcze spieczona ziemia i widzialność niczym nie ograniczona. Na podejściu trochę rzuca ale ten widok...


Niestety na ziemi już tak fajnie nie było. Z powodu niezapowiedzianego strajku przez ponad 1,5 godziny nikt do samolotu się nie zbliżył. I oczywiście zero informacji co dalej. Pasażerowie zaczynają się denerwować, ale niestety nikt z nich nie mówi po angielsku, a z naszej załogi nikt nie mówi po hiszpańsku na tyle dobrze aby im wytłumaczyć w czym jest problem. To są niemile chwile. Przedstawicielce firmy handlingowej też się dostało oczywiście za strajk. Na ziemi staliśmy trzy godziny zamiast 40 minut i chętnie odlatywaliśmy po drodze mijając na drodze kołowania LOTowskiego 737.

Lądowanie w LYS tez bardzo łagodne. Na walizki czekamy długo - wręcz świątecznie. Niestety jedna z nich jest cala zmasakrowana. Trzeba jeszcze złożyć raport w tej sprawie. Załoga dzielnie czeka przez następne 45 minut aby załatwić wszystkie papierki. Na szczęście hotel blisko bo na lotnisku. Jest późno, ale mamy trochę czasu na relax. Dopiero jutro przed 4 rano meldowanie i lot. Tour de France i Canaria w jednym, ale najbardziej męczący będzie przejazd busem prawie przez całą Francję. Ale to jeszcze za parę godzin...

Latanie lataniem, ale zbliża też się następna sesja na symulatorze. Trzeba się troszkę pouczyć. Lubię symulator bo na każdej sesji czegoś nowego się uczę, ale nadal trzeba dać z siebie wszystko aby w miarę dobrze wypaść. To też jest stresujące dla każdego pilota. Raz na 6 miesięcy do "stymulatora" i Line Check w samolocie jeszcze lot sprawdzający.

Na świecie też dużo zawirowań. Wystarczy spojrzeć co się dzieje na południowy wschód od naszej granicy. To nie jest ani fajne ani bezpieczne. I oby to jeszcze nie rozszerzyło się bo będzie klops na długie lata. Parę miesięcy temu miałem okazje przebazować 737-500 na wyspę Sachalin. Długi lot przez cala Rosję. Ciekawe doświadczenie. Baza danych w samolocie pokazywała nam na przykład VORy (radio latarnie), których nie było na mapach, ale działały. Sam lot był prosty. Wszyscy dobrze mówili po angielsku i na pewno było łatwiej niż nad Chinami. A Sachalin to ciekawa wyspa. Szkoda, że tam mieliśmy tylko jedną noc i musieliśmy wracać.

Oj było ciekawie w tym roku... ale to mniejsze latanie też było fajne. Wycieczka do Poznania na wznowienie IFR-u na samolotach jedno silnikowych. Dlaczego tak daleko?

Miałem szanse poćwiczyć na symulatorze Cirrusa w Aero Poznan, a potem już prawdziwe latanie. Mniejszy ruch niż w Warszawie i wysoko postawiona poprzeczka - to dla mojego bezpieczeństwa. Wreszcie trochę polatałem sobie w rękach i poćwiczyłem. Było super i już myślę kiedy tam mogę wrócić.

Było też latanie Grummanem Tygrysem nad Long Island - powrót do korzeni. Jeden dzień w NY i też to była sama przyjemność pomimo silnego wiatru i bardzo mroźnego dnia. Fajne porównanie do 787, którym tam przyleciałem. Na pewno inaczej, ale nadal jest to latanie. W NY podejście jak zawsze ciekawe. Morze światełek, a dalej Manhattan.


Pod koniec roku dzięki utrzymującej się dobrej pogodzie jeszcze jeden lot, który długo będę pamiętał. Po 14 latach miałem znów okazję polecieć Stearmanem:)


Jak kadet podczas II Wojny - otwarty kokpit, zapach paliwa i tak dobrze latajacy samolot! W zimie można go obejrzeć w Muzeum Lotnictwa w Krakowie ,ale jeżeli ktoś jest pilotem to od wiosny może też nim polatać dzięki Stearman.pl Polecam to bardzo. Prawdziwa latająca historia i to w Polsce!

Historyczny był też powrót do Polski samolotu Spitfire z polskim pilotem za sterami. Z Jackiem przelataliśmy sporo razem w trzech różnych firmach latając razem czterema różnymi typami dużych samolotów. Poleciałem też z Jackiem Tiger Mothem, ale Spitfire’a z całego serca Mu gratuluje. To naprawdę nie jest takie proste, jak się większości osób wydaje.

Na przyszły rok mam nadzieję zobaczyć jak to jest polecieć wiatrakowcem. Już cieszę się z tego bardzo i dziękuje 

Dzisiaj drugi dzień Świąt. 26 grudnia . Dokładnie 10 lat temu po olbrzymim trzęsieniu ziemi w Azję i Afrykę uderzyło Tsunami. To już tyle lat, a wydaje się, że to było dopiero wczoraj... Jak już pisałem miałem wiele szczęścia... jakby coś to małe przypomnienie z zeszłego roku.

Prawdę mówiąc z powodu natłoku spraw bieżących myślałem o zakończeniu pisania tego bloga. Miło mi, że tyle osób mnie jednak wspiera i wciąż się pyta kiedy pojawi się coś nowego. Mam nadzieje, że w przyszłym roku będę częściej pisał, ale jak będzie to zobaczymy.

A przy okazji chciałbym Wszystkim złożyć najlepsze Życzenia Świąteczne oraz Szczęśliwego Nowego Roku! Spełnienia każdego marzenia i niech uśmiech Wszystkim towarzyszy na codzień!

Źródło: Piotr Lipiński
comments powered by Disqus