Szef Lotniczego Pogotowia m.in o planowanych zakupach i zmianach (wywiad)

Robert Gałązkowski (fot. PTWP)

M.in. o projekcie stworzenia zintegrowanych dyspozytorni pogotowia, planach zakupu gogli noktowizyjnych dla pilotów śmigłowców, konieczności pozyskania nowych samolotów i przepełnionych SOR-ach - mówi w wywiadzie dla PAP dyrektor SP ZOZ LPR dr Robert Gałązkowski.

PAP: Jak ocenia pan działanie systemu Państwowego Ratownictwa Medycznego?

R.G.: Tworząc ratownictwo medyczne w Polsce w latach 90. oparliśmy je na kilku elementach: zbudowaniu sieci Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych (SOR-ów); wprowadzeniu systemu powiadamiania ratunkowego z numerem 112; modernizacji i wymianie floty ambulansów; stworzeniu Lotniczego Pogotowania Ratunkowego oraz kształceniu i szkoleniu kadr medycznych.

Mamy sieć 324 Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych; jest specjalizacja lekarza medycyny ratunkowej i specjalizacja pielęgniarki ratunkowej; uregulowano zawód ratownika medycznego; mamy nowe, świetnie wyposażone karetki; rozwijające się Lotnicze Pogotowie Ratunkowe.

Jedyny element, który do dzisiaj nie zadziałał właściwie, to system powiadamiania ratunkowego, bo przez lata zmieniały się koncepcje jego funkcjonowania, brakowało spójnej wizji. W ub. roku stworzono podwaliny prawne, które zakładają stworzenie 16 Centrów Powiadamiania Ratunkowego z numerem alarmowym 112 i jednego centrum rezerwowego na wypadek awarii któregoś z tych 16. Istotną zmianą jest tworzenie sieci zintegrowanych dyspozytorni pogotowania ratunkowego.

PAP: Jak ma docelowo wyglądać sieć zintegrowanych dyspozytorni?

R.G.: Nowe rozwiązanie ma wykluczyć zdarzające się dzisiaj przypadki konfliktów i nieporozumień dyspozytorni. W 2000 r. było ich w Polsce 326. Model docelowy zakłada istnienie 45 do 50 dyspozytorni zintegrowanych. Każda z nich będzie miała do dyspozycji kilkadziesiąt karetek. Dyspozytor będzie wydawał polecenia mając pełen obraz sytuacji. Tym samym zmiana miejsca obsługi zgłoszeń i dysponowania zespołów ratownictwa medycznego umożliwi szybsze i sprawniejsze dotarcie do miejsca zdarzenia. Wszystko to idzie powoli, ale idzie w dobrą stronę.

PAP: Panuje opinia, że dostać się do pracy w LPR to jak przejść selekcję do jednostek specjalnych. Faktycznie jest aż tak trudno?

R.G.: W Lotniczym Pogotowi Ratunkowym pracuje ok. 100 lekarzy, a także grupa pielęgniarzy i pielęgniarek oraz ratownicy medyczni. Poprzeczka rzeczywiście jest postawiona wysoko. Przyjmujemy najlepszych i intensywnie ich szkolimy. Dobre kwalifikacje to bezpieczeństwo – zdrowotne pacjentów i finansowe firmy.

Szerzej patrząc na sprawy kadrowe, to w Polsce generalnie jest nadmiar ratowników medycznych, jest nadprodukcja tego zawodu. Liczba pielęgniarek ratunkowych jest odpowiednia. Problem jest z lekarzami medycyny ratunkowej. Specjalizacja okazała się nie być wystarczająco atrakcyjna. W Polsce jest dziś ok. 600 do 800 lekarzy medycyny ratunkowej - rozpiętość wynika z tego, że część osób jest jeszcze w trakcie specjalizacji. Potrzeby są na poziomie 3,5 do 4 tys., by w pełni obsadzić system.

Narasta poziom frustracji w ratownictwie ze względu na znaczną liczbę pacjentów, którzy nie powinni być zaopatrywani przez system ratownictwa medycznego. Będąc przygotowanym na ciężkich pacjentów, często diagnozują zwykłe dolegliwości.

PAP: Jest jakieś remedium na kolejki w Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych?

R.G.: Czasami dochodzi do sytuacji, że godzinami czeka się na przyjęcie w SOR-ach. Trafia tam bowiem strumień pacjentów, którzy powinni być zaopatrzeni przez nocną i świąteczną pomoc i przez lekarzy rodzinnych. SOR to odział, który ma być w gotowości na przyjęcie pacjenta w stanie zagrożenia życia. Kadra SOR ma się skupić na tym, by dobrze pacjenta zdiagnozować, zaopatrzyć i rozpocząć leczenie szpitalne albo przygotować do transportu do innego ośrodka.

PAP: Działalność Lotniczego Pogotowia Ratunkowego to głównie loty do wypadków i nagłych zachorowań oraz lotniczy transport sanitarny. Ile zadań realizuje LPR w skali roku?

R.G.: W 2014 r. było 8928 lotów. Dla porównania w 2013 r. wykonano 8015 lotów, w 2012 r. – 7917, w 2011 r. – 8833, w 2010 r. – 6696, a w 2009 – 5904. W czasie 15 lat istnienia wykonaliśmy ponad 90 tys. lotów; liczba lotów rośnie z roku na rok, ale mogłaby być jeszcze większa.

PAP: W mediach pojawiają się czasami, zwykle przy okazji różnego rodzaju zaniechań, sygnały, że placówki nie wzywają LPR z oszczędności.

R.G.: Nie przyjmuję argumentu, że ktoś gdzieś nie wysłał śmigłowca, bo to za drogo, nieprawda. Nie ma argumentu, że nie można wzywać śmigłowca, bo to dużo kosztuje. Drogie jest to, że on czeka na wezwanie, a nie to, że poleci.

Finansowanie gotowości do działania to 99 proc. kosztów funkcjonowania SP ZOZ LPR; w całości spoczywa ono na Ministerstwie Zdrowia. Obejmuje ono utrzymywanie całego systemu – m.in. mechaników, obsługi inżynieryjno-technicznej, pilotów, lekarzy, ratowników, a także np. ubezpieczenie statków powietrznych i działania baz. Wysłanie śmigłowca do wypadku to koszt - za godzinę - ok. kilkuset złotych.

PAP: Jaką infrastrukturą dysponuje obecnie LPR, jaką flotą?

R.G.: W Polsce funkcjonuje dziś 17 baz stałych Lotniczego Pogotowia Ratunkowego; dodatkowo w okolicach Koszalina zlokalizowana jest osiemnasta, sezonowa baza działająca w okresie wakacyjnym.

Mamy 23 śmigłowce, część stanowi rezerwę, żeby piloci mogli się szkolić, żeby można było robić przeglądy, a także, by móc odtworzyć gotowość w razie problemów technicznych którejś z maszyn. Technicy są tak rozmieszczeni w kraju, że mogą dotrzeć w ciągu trzech godzin do maszyny, która została uziemiona z powodów technicznych i przeprowadzić szybką diagnostykę. Jeżeli śmigłowca nie uda się usprawnić w ciągu sześciu godzin, to wysyłany jest śmigłowiec zastępczy, by jak najszybciej odtworzyć dyżur.

Podstawowy obszar działania śmigłowca z bazy to 60 km, gdzie śmigłowiec dolatuje w czasie ok. 20 minut od wezwania, w promieniu 130 km śmigłowiec jest w stanie dotrzeć w trzydzieści parę minut.

Szkolenia dla dyspozytorów medycznych doprowadziły do tego, że są już w Polsce odważni dyspozytorzy, którzy są w stanie wezwać na miejsce więcej niż jedną maszynę, nawet pięć lub sześć śmigłowców. Jeszcze kiedyś to była abstrakcja, dziś już się zdarza. Przeszkoliliśmy w ub.r. co do jednego dyspozytora medycznego, wszyscy dostali standardy postępowania. Znają schemat, jak prowadzić wywiad i na którym etapie rozważać wysłanie śmigłowca. Są miejsca w Polsce, że "śmigło" lata jak najęte, bo dyspozytorzy przekonali się, że to może tylko pomóc, a nie zaszkodzić.

SP ZOZ LPR dysponuje, oprócz śmigłowców, także dwoma samolotami turbośmigłowymi Piaggio. Pracujemy nad wymianą tej floty. Jeden z samolotów jest z 2005, drugi z 2009 r. Zaczynamy mieć problemy techniczne z ich obsługą.

Przygotowujemy dla ministra zdrowia projekt rządowego programu, by kupić nową flotę samolotów. Te samoloty są ważne, służą m.in. do przywożenia Polaków z wypadków za granicą albo wywożenia na leczenie do ośrodków zagranicznych.

PAP: Jak wyglądają obecnie dyżury LPR?

R.G.: Od 1 kwietnia cztery bazy Lotniczego Pogotowia Ratunkowego pełnią całodobowe dyżury. Zadania nocą realizują śmigłowce z baz w Warszawie i Krakowie, a także we Wrocławiu i Gdańsku. W pięciu bazach maszyny są podrywane od godz. 7 do 20 (w Olsztynie, Szczecinie, Poznaniu, Lublinie i Białymstoku). W pozostałych ośmiu bazach śmigłowce są wykorzystywane od świtu do 45 minut przed zachodem słońca, ale nie wcześniej niż od godz. 7 i nie później niż do 20.

Model docelowy to stworzenie sześciu baz całodobowych na terenie Polski, a wszystkich pozostałych od godz. 7 do 20. Stworzenie sześciu całodobowych baz da możliwość wysłania w każde miejsce w Polsce minimum dwóch, trzech śmigłowców w ciągu godziny. Myślimy tu o zdarzeniach masowych, z dużą liczbą osób poszkodowanych, kiedy główną rolą SP ZOZ LPR jest rozwiezienie poszkodowanych do dalszych placówek. Na miejsce może przyjechać wówczas specjalna cysterna, która umożliwia tankowanie śmigłowca i wykorzystywanie go na bieżąco.

PAP: Jak wyglądają obecnie procedury dotyczące lądowania śmigłowców LPR w różnych miejscach?

R.G.: Inne rozwiązania są stosowane w nocy, inne w dzień. Standardowo w dzień załogi lądują możliwie blisko miejsca zdarzenia, w nocy – w wyznaczonych punktach, m.in. na lądowiskach, lotniskach, drogach dwujezdniowych, autostradach i w tzw. miejscach gminnych, których jest ponad 1800.

Jak wprowadzimy w śmigłowcach gogle noktowizyjne, o co zabiegamy, zmodernizujemy maszyny, przeszkolimy personel, wtedy zaczniemy latać nocą bliżej miejsca zdarzenia.

UE postawiła warunek, by za wszelką cenę minimalizować ryzyko wypadków lotniczych, jest program do 2020 r., który jest pisany krwią. Chcę wystąpić do europejskich władz lotniczych o zliberalizowanie wymogu wykonywania transportu z lądowiska na lądowisko, bo mamy świadomość, że w wielu przypadkach szpitale takich lądowisk nie będą miały.

Rozmawiała: Katarzyna Lechowicz (PAP)

ktl/ gma/

Źródło: PAP
comments powered by Disqus