Przejdź do treści
Źródło artykułu

E. Klich: J. Miller dwa razy poniżył mnie przy Rosjanach

Edmund Klich twierdzi, że szef MSWiA Jerzy Miller "dwa razy poniżył go w obecności Rosjan". Klich ujawnił posłom, że dwa razy pisemnie zwracał uwagę MAK na złą współpracę przy wyjaśnianiu katastrofy w Smoleńsku. Niewiele mówił zaś o jej przyczynach.

W czwartek wieczorem komisje infrastruktury i sprawiedliwości wysłuchały informacji o działaniach Klicha - polskiego eksperta akredytowanego przy MAK, który dostał w środę od MAK projekt raportu nt. katastrofy (jeszcze go nie czytał).

Mówiąc o współpracy z polską komisją badającą katastrofę, Klich ujawnił, że "były przykre sprawy". W tym kontekście powiedział, że jej szef Jerzy Miler dwa razy poniżył go w obecności Rosjan. Stało się to, gdy Miller przyjechał do Moskwy odebrać zapisy "czarnych skrzynek". "Zadzwonił godzinę wcześniej, mówiąc, że nie życzy sobie, żebym przy tym był" - powiedział Klich. Dodał, że powiadomił o tym wtedy szefa kancelarii premiera Tomasza Arabskiego, a na przekazanie nie poszedł.

"Załoga w tych warunkach nie miała prawa posługiwać się radiowysokościomierzem" - ocenił Klich. Dodał, że nie było różnic w wyposażeniu lotniska 7 i 10 kwietnia. "Nikt nie miał szans przeżycia tej katastrofy" - zaznaczył. Ujawnił, że w końcówce nagrania polskiego rejestratora lotu wystąpiły "problemy techniczne".

Początkowo współpraca z Rosją przy wyjaśnianiu katastrofy była dobra - mówił Klich. "Mogliśmy wysłuchiwać pracowników, oglądać i fotografować radiolatarnie (jedna była uszkodzona), mieliśmy pełny dostęp do wraku, zrobiliśmy całą dokumentację i szkic terenu" - opowiadał. Dodał, że nie pozwolono Polakom nagrywać rozmów z pracownikami lotniska; można było tylko je zapisywać.

Gdy 15 kwietnia Rosjanie wykonali tzw. techniczny oblot lotniska w Smoleńsku, Polakom nie pozwolono siedzieć przy stanowiskach dowodzenia "ze względów bezpieczeństwa". Zdaniem Klicha, było to pierwsze naruszenie załącznika do konwencji chicagowskiej. Gdy w końcu w sierpniu stronie polskiej zaprezentowano wyniki oblotu, (których formalnie nigdy nam nie przekazano) Klich ujawnił, że wtedy powiedział Rosjanom: "Proszę nie traktować nas, jak gdybyśmy nie mieli pojęcia o lataniu" - bo Polakom powiedziano wtedy m.in., że Tu-154 nie lądował, lecz "odchodził na drugi krąg".

Według Klicha, współpraca była dobra do chwili ujawnienia przez Polskę rozmów w kokpicie Tu-154M. Po tym nie dostał od Rosjan spisu rozmów na stanowisku dowodzenia w dniu katastrofy - co uznał za kolejne naruszenie konwencji. Potem zgodzono się, by polski tłumacz tłumaczył te rozmowy, których stenogramy Klich dostał dopiero w sierpniu. "Z tego materiału można wiele wniosków wyciągnąć" - dodał Klich.

Klich pytał też Rosjan o procedurę zamknięcia lotniska, gdy warunki są poniżej minimalnych. Usłyszał, że "decyzję podejmuje dowódca jednostki", ale żadnych dokumentów Polska w tej sprawie nie dostała. Według informacji Klicha, w Smoleńsku w dniu katastrofy powinno pracować urządzenie fotografujące ekrany kontrolne, ale stronie polskiej powiedziano, że ono nie działało.

W lipcu Klich napisał do szefowej MAK Tatiany Anodiny, skarżąc się na wiele nieudzielonych odpowiedzi na pytania strony polskiej. Złożył też wtedy "oficjalny protest" przeciw niedopuszczeniu Polaków do obserwacji oblotu lotniska. "Powiadomiono nas, że udzielenie odpowiedzi na to pismo jest niemożliwe" - powiedział Klich. Wtedy - widząc naruszenia procedur - zaczął każde swe pytanie do Rosjan uzasadniać załącznikiem do konwencji chicagowskiej; zaczął też wnosić o pisemne uzasadnianie rosyjskich odmów.

Klich podkreślił, że pod koniec września na 6. stronach pisma do MAK wypunktował całość braków współpracy. Kolejne wysłał już z Polski w październiku. Na oba nie dostał odpowiedzi.

Polski ekspert przy MAK mówił też, że wiele razy monitował Rosjan o zabezpieczenie wraku. Od początku października jest on ogrodzony i przykryty brezentem.

Posłowie, zwłaszcza z PiS, zadawali Klichowi wiele pytań. "Trudności w pracy w Rosji podważyły sens pana tam obecności; czy informował pan o tym premiera Donalda Tuska?" - mówił poseł PiS Antoni Macierewicz. "Uważam, że mój pobyt miał duży sens, bo inaczej o tych wszystkich niedociągnięciach byśmy nie wiedzieli" - odparł Klich."Szkoda, że pan tego wszystkiego wcześniej nie ujawnił" - wypominano Klichowi. "Kto i jak panu pomagał w MSZ?" - dociekali inni. "Nie było specjalnej osoby do tego w MSZ" - padła odpowiedź. Komisja przyjęła wniosek PiS, by wystąpić do prokuratury o zbadanie, czy nie działano na szkodę Polski (chodzi m.in. o Millera i "brak reakcji premiera na informacje od Klicha").

Z braku quorum nie głosowano projektu dezyderatu autorstwa Macierewicza, by komisja spytała Tuska, czemu mimo informacji od Klicha nie wystąpił o przejęcie przez Polskę wyjaśniania katastrofy.

Poseł Jerzy Polaczek (PiS) wniósł o ochronę BOR dla Klicha, co uzasadnił "wagą przekazanych przez niego informacji". Klich tego nie skomentował.


FacebookTwitterWykop
Źródło artykułu

Nasze strony