Bush pilot – czyli jak się lata w Afryce - część 5

Bush pilot - część 5

Piąta część bloga Jakuba Trembeckiego o wyzwaniach związanych z wykonywaniem zawodu pilota w południowoafrykańskich krajach.

ZWIERZĘTA

Jednym z większych zagrożeń jakich można doświadczyć latając w Afryce to oczywiście zwierzęta. Wszystkie lotniska na jakie latamy są usytuowane w buszu. Pasy nie są ogrodzone, nie ma żadnych barierek, niczego co fizycznie uniemożliwiłoby albo odstraszyłoby dzikie zwierzęta przed wejściem na pas startowy.

Procedura jest taka, że przewodnik na ziemi przyjeżdża samochodem 10 minut przed planowanym lądowaniem. Przepędza on wszystkie zwierzęta jakie są na pasie lub w pobliżu. Ale że pasy mają długość około 900-1000m zdarza się, że zanim auto dojedzie do drugiego końca to na pierwszy znowu coś wbiegnie. Po drugie nie zawsze latamy w 100% zgodnie z czasem na grafiku. Często jest tak, że kierowca na ziemi ma inny grafik niż pilot albo po prostu my przylatujemy szybciej. Dlatego cała odpowiedzialność ominięcia zwierząt spoczywa na pilotach. Jak wspomniałem wcześniej procedura nakazuje przelot nad pasem, w celu sprawdzenia kierunku i siły wiatru, stanu pasa jak i jego okolic. Często jest tak, że pas jest pusty, widzę kilka słoni w pobliżu w krzakach i jak wchodzę na prostą to i słonie wchodzą na pas. Jak to powiedział kiedyś nasz szef pilotów, doświadczony pilot z RPA, po pewnym czasie będziemy tylko szukać wymówki, żeby zrobić go-around. I miał racje. Nikt nie cierpi z tego powodu, lubimy robić przeloty nisko nad ziemią i przeganiać zwierzaki. To taki dodatkowy, ciekawy element tej pracy.


Najczęściej spotykane zwierzęta na pasach startowych to słonie, antylopy, guźce, bawoły, żyrafy, zebry, małpy, a nawet lwy. Jeden z naszych kolegów miał takiego pecha, że na środku pasa położył się dorosły lew i nie było go łatwo przepędzić. Lwy mają to do siebie, że niczego się nie boją. Więc nawet jak przelecisz na pełnych obrotach takiemu dwa metry nad głową to wielki kot nie wiele sobie z tego robi. Ponoć najlepszą techniką w takiej sytuacji jest właśnie kilkukrotny przelot na minimalnej wysokości bo w końcu lew podirytowany wstanie i przejdzie kilka metrów dalej mając dosyć ryku silnika. Ja też widziałem dwukrotnie wielkiego lwa  na lotnisku ale obok pasa, a właściwie obok parkingu. Samochód podjechał bezpośrednio do samolotu, równolegle do skrzydła zasłaniając drzwi do samolotu i pod okiem przewodnika wszyscy nie tracąc czasu, załadowali się do auta. Wyglądało to ciekawie – wszyscy jakby się śpieszyli ;-)


W pierwszych miesiącach mojej kariery w Maun startując z lotniska Stanley`s, na rozbiegu, przy pełnych obrotach wybiegły pod kątem 90 stopni dwie piękne antylopy z krzaków kilkadziesiąt metrów przede mną. Pech chciał, że nasze drogi się zbiegały i czułem, że będziemy w kolizji na pasie. Nie miałem jeszcze prędkości rotacyjnej (60kts) na liczniku, a jednocześnie byłem za szybko i za blisko, żeby wyhamować. Dodatkowym problemem był fakt, że miałem komplet pasażerów i nie byłem lekki. Co w takiej sytuacji wydaje się najlepszą decyzją? Pełny gaz, rogi do pozycji neutralnej, jak najmniejsze tarcie poziomym sterem wysokości, żeby jak najszybciej nabrać prędkość i w ostatniej chwili rotacja jednocześnie z pełnymi klapami. W Airvanie są dwa kąty ustawienia klap, 14 i 38 stopni. Są one mechaniczne i przypominają bardziej hamulec ręczny w samochodzie niż klapy ale dzięki temu można poczekać z ich użyciem w takich sytuacjach do ostatniej sekundy i opuścić je maksymalnie w niecałą sekundę. W przypadku klap elektrycznie zasilanych jak w Cessnach, jest to nie możliwe, trwa to o wiele dłużej.


38 stopniowe klapy są bardzo użyteczne i często dosłownie ratują przed katastrofą podczas startu. Są takie lotniska jak Ntswi, których długość to 600m. Przy pełnym (choć i tak ograniczonym przez nasz SOP) załadunku, słabym wietrze czołowym i wysoką temperaturą powietrza, zaciągasz rogi na siebie, a samolot nie chce się wznosić. Doszło kiedyś do podobnego wypadku na tym lotnisku. Samolot wypadł z pasa i zatrzymał się w wodzie. Nikomu nic się nie stało, ucierpiała tylko maszyna.

Podczas wymagających startów jak te wspomniane wyżej, użycie klap 38 stopniowych daje jedyną możliwość oderwania się od ziemi. Potocznie start taki nazywany jest „emergency take-off” i każdy pilot musi to przećwiczyć pod okiem kapitana trenującego zanim sam zacznie latać z pasażerami.


W historii latania po Delcie Okavango w ostatnich latach doszło do kilku wypadków z udziałem zwierząt. Niemal zawsze, po uderzeniu, pilot traci kontrole nad maszyną, a fizyka robi swoje. Nie da się przewidzieć jak zachowa się samolot, w którą stronę zacznie się poruszać. Dlatego tak ważne jest aby unikać zwierząt na pasach!

Koniec części piątej. Wkrótce kolejna część, zapraszamy do lektury.


Jakub Trembecki - (31 lat), pilot z licencją CPL, IR, ME, ATP frozen z nalotem ogólnym blisko 1500h. Posiada również uprawnienia Aircraft Dispatcher i Instruktora Naziemnego. Absolwent Akademii Ekonomicznej. Od wiosny 2013 r. wykonuje przewozy lotnicze dla przewoźników z kolejno Namibii, Botswany i Maun. Autor cyklu: „Bush pilot, czyli jak się lata po Afryce”.

Źródło: Jakub Trembecki
comments powered by Disqus