O dobry wynik należy walczyć do ostatniego lądowania…

Michał Wieczorek

Zapraszamy na drugą część wywiadu z Mistrzem Świata w Lataniu Precyzyjnym, Michałem Wieczorkiem - rozmawia Marcin Ziółek.

Dowiedz się jak zawody latania precyzyjnego i nawigacyjnego wyglądają oczami mistrza, komu opłaca się oszukiwanie w takich zawodach, jaki jest złoty środek polskich pilotów na zdobywanie podobnych sukcesów i co takiego stresującego jest w tych zawodach…

Część pierwsza wywiadu...


Marcin Ziółek: Mając na uwadze wszystkie sukcesy ostatnich lat czy można już mówić o hegemonii polski w sportach samolotowych?

Michał Wieczorek:
Z pewnością można o tym mówić, bo pod wodzą trenera Osowskiego zdobyliśmy już ponad 100 medali. Na mistrzostwach w Toruniu wywalczyliśmy trzy pierwsze miejsca, a w RPA dwa pierwsze. Od 1981 r. zawody w których uczestniczyliśmy raz wygrał pilot ze Szwecji, trzy razy z Czech, a poza tym sami Polacy.

MZ: Na czym polega fenomen naszej kadry. Co sprawia, że to nasi zawodnicy zdobywają większość medali?

MW:
Trening, trening, i jeszcze raz trening. Myślę, że ważny jest też proces naszego szkolenia podstawowego. Teraz jest on inny, bo w jego zakres wchodzi coraz więcej zaawansowanych technologii, ale np. jak ja się kilkanaście lat temu szkoliłem, to nie używaliśmy gps-a, ani żadnych innych pomocy nawigacyjnych. Niezwykle istotna jest właśnie ta podstawowa nawigacja oraz umiejętność wykorzystywania map i czasu. Ważny jest też trener, a nasz wie co robi i ma duże doświadczenie. Z kolegami stwierdziliśmy, że gdyby A.Osowski przygotowywał trasy w RPA, to na pewno byłyby o wiele trudniejsze, chociaż te, które mieliśmy i tak były ciężkie.

MZ: Jak się przygotowywałeś do tych zawodów i co było głównym elementem przesądzającym o Twoim zwycięstwie?

MW:
Do RPA wylecieliśmy kilka dni wcześniej, aby odbyć trening na miejscu. Najważniejszym jego elementem było zapoznanie sie z rejonem, który jak wspomniałem zdecydowanie różnił sie od naszego. Musieliśmy też zapoznać sie z egzemplarzami samolotów na których lataliśmy. Generalnie wszystkie Cessny są takie same, ale każda lata troche inaczej. Jeżeli chodzi o lądowania to też musieliśmy przyzwyczaić się, że latamy na dużej wysokości, co w niewielkim stopniu, ale jednak wpływa na precyzje tego manewru.

W tych mistrzostwach najważniejsze było polecieć równo podczas wszystkich konkurencji. Już nie pierwszy raz okazało się, że pomimo słabych rokowań o dobry wynik należy walczyć do ostatniego lądowania i dzięki temu można się miło zaskoczyć.

MZ: Przy lataniu precyzyjnym, który element w największym stopniu decyduje o wygranej - dobre przygotowanie, sprzęt czy też może umiejętności?

MW:
Wszystko po trochu. Na tych zawodach sprzęt jest drugoplanowy, inaczej niż w lataniu akrobacyjnym, gdzie ważne są np. parametry silnika. Tutaj wszyscy latamy na tych samych egzemplarzach samolotów, więc przynajmniej w tym zakresie szanse są równe. Umiejętności są bardzo ważne, ale biorą się one z wcześniejszego przygotowania i treningu, bowiem te dwie rzeczy są powiązane. Ważna jest też umiejętność poradzenia sobie z regularnością czasu i odporność psychiczna, która pozwala wytrzymać konkurencję lądowań. W tym roku niektórych zawodników przy lądowaniach zjadły nerwy, co było widać po wynikach.

Przy lądowaniach precyzyjnych pas do lądowań jest szeroki na 12 metrów i jest linia zerowa, która ma dwa metry długości. Zasadą jest, że przyziemienie ma się na nią odbyć podwoziem głównym i musi być poprawne, czyli nie wolno się odbić przednim kółkiem lub też zawadzić ogonem. Nienaturalne rzeczy są karane. W końcówce lądowania decydują ułamki sekund i moment w którym ściągnie się gaz i posadzi samolot.

MZ: Czy trudno jest łączyć starty w zawodach w odległych zakątkach świata z pracą zawodową? Jesteś przecież pilotem linii lotniczych.

MW:
Największym problemem jest to, ze zawody rozgrywane są w lecie, a szczyt sezonu lotniczego w Europie jest w tym samym okresie. W tym roku jednak udało się wszystkie te sprawy pogodzić. Jest to ciężkie do wykonania, ale przy życzliwym podejściu firmy możliwe do zrobienia.

MZ: Jak myślisz, dlaczego sporty lotnicze są tak mało popularne w polskich mediach. W końcu nie często się zdarza, żeby nasz rodak zdobył tytuł mistrza świata?

MW:
Faktycznie, w mediach o tym wydarzeniu były tylko krótkie wzmianki. Latanie nawigacyjne jest może mało medialne, ale myślę, że w dobie techniki można by spróbować wykonać ciekawszy przekaz, np. poprzez kamery w kokpicie. Minusem tego typu latania jest fakt, iż wyniki rywalizacji nie zawsze są dostępne tego samego dnia. Bardzo widowiskowa jest za to konkurencja lądowań i tam rzeczywiście jest na co popatrzeć. Latanie nawigacyjne jest trochę jak małyszomania. Gdy Adam Małysz zaczął wygrywać, to wszyscy bardzo się tym ekscytowali, a jak zdobywał już kolejne medale, to temat ten trochę spowszedniał. Tak też może być w naszym przypadku. W końcu Polska reprezentacja z każdych mistrzostw przywozi jakiś medal.

MZ: Czy w lataniu precyzyjnym i nawigacyjnym walka zawsze przebiega ,,fair"?

MW:
Nie spotkałem się jeszcze, żeby któryś pilot robił coś niedozwolonego. Najgorsze są jednak protesty, bo wtedy okazuje się, że niektórzy ze swoich wyników są zadowoleni, a inni nie. Generalnie nie możemy protestować przeciwko innym zawodnikom, tylko odnośnie swoich wyników, tj. np. w sytuacji, gdy zostaliśmy pokrzywdzeni przez sędziów. Nie walczymy o jakieś wielkie nagrody i próbując oszukiwać, tak naprawdę oszukalibyśmy samych siebie, więc to się kompletnie mija z celem. Pilot przyłapany na czymś takim byłby natychmiast napiętnowany przez środowisko lotnicze.

MZ: A jak oceniasz lądowania bez podwozia Kapitana Wrony? Który element lotu w Twojej ocenie był dla niego najtrudniejszy?

MW:
Kapitan Wrona wykonał bardzo profesjonalne lądowanie, co było widać w przekazach telewizyjnych. Zresztą zrobił to tak delikatnie i mięciutko, że niektórzy pasażerowie myśleli wręcz, że podwozie jednak wyszło. Najważniejsze jednak dla szczęśliwego zakończenia był fakt, iż pogoda była sprzyjająca i nie było silnego bocznego wiatru. Zrobił to, co powinien zrobić i jak sam powiedział, nie miał innego wyjścia bo musiał wylądować z podwoziem lub bez. Jako ciekawostkę dodam, że następnego dnia po tym wypadku mieliśmy zaplanowane zajęcia na symulatorze w ośrodku w Londynie, gdzie oczywiście spróbowaliśmy przećwiczyć ten manewr na B737 i udało się. Wykonywaliśmy lądowania przy różnych konfiguracjach, bez jednego podwozia głównego, bez przedniego i tylko z przednim. Standardowo tego nie ćwiczymy i jak się okazało, w takich przypadkach trzeba lądować tak, jakby się miało podwozie, tylko nie można stosować rewersów.

MZ: Co byś radził pilotom, którzy chcieliby iść w Twoje ślady? Jak byś ich zachęcił do latania nawigacyjnego?

MZ:
Latanie nawigacyjne to fajna zabawa i przede wszystkim uczy lotnictwa. Niektórzy piloci komunikacyjni twierdzą, że w ich zawodzie się nie przydaje, bo bezpośrednio nie przekłada się na pilotaż. Podczas zawodów nie ma czasu na to, żeby myśleć jak pilotować samolot. To musi być instynktowne, podświadome i opanowane do perfekcji. Wtedy nie myśli się, żeby kopnąć nogą ster, tylko po prostu to się robi. Zawody nawigacyjne wymagają podzielności uwagi i wykonywania kilku czynności na raz i to się właśnie może przydać w lotnictwie komunikacyjnym. Jest to dobra szkoła życia i latanie w fajnej atmosferze, dzięki której można zawrzeć wiele wartościowych znajomości.

MZ: I na koniec nasze firmowe pytanie, jakiej słuchasz muzyki?

MW:
Różnej, ale preferuję rockową, a najbardziej lubię grupę U2.

MZ: Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów!

MW:
Dziękuję!

Na koniec polecamy film z 20. Światowych Mistrzostw w Lataniu Precyzyjnym w RPA:

Źródło: dlapilota
comments powered by Disqus

Komentarze

Michał, Szacunek!