Mont Blanc Challenge, czyli lot szybowcem nad najwyższym szczytem Alp...

Mont Blanc Challenge, fot. źródło: Aeroklub Warszawski

Zapraszamy do lektury artykułu "Mont Blanc Challenge" opublikowanego przez Aeroklub Warszawski.

Anna Piotrowska to szybowniczka Aeroklubu Warszawskiego, członkini Szybowcowej Kadry Narodowej, która w styczniu 2020 roku reprezentowała Polskę na Szybowcowych Mistrzostwach Kobiet  w Australii. Od lat marzyła o przelocie nad Mont Blanc. O tym, jak tego dokonała, z czym musiała mierzyć się w realizacji tego celu napisała w bardzo osobistej relacji, którą zamieszczamy poniżej, gorąco zachęcając do tej emocjonującej i wciągającej lektury!

MONT BLANC CHALLENGE


W roku 2015, po ponad 13-letniej przerwie w lataniu, wróciłam do swojej życiowej pasji. Przez te wszystkie lata bardzo za tym tęskniłam. Koledzy, z którymi niegdyś współdzieliłam hobby, zrobili postępy, rozwinęli się, niektórzy zaczęli latać zawodniczo – i to na najwyższym poziomie. A ja, no cóż… Pozostały mi wspomnienia i filmy o lataniu na kanale YouTube. Lubiłam oglądać zwłaszcza jeden – zna go chyba każdy szybownik. A jak nie, to bardzo polecam: Alps gliding:



Ja znam go na pamięć. Kiedy jednak w 2015 roku wracałam do szybownictwa, nie przyszło mi nawet do głowy, że sama kiedyś będę tak latać. No może nie tak, to w końcu Karol Staryszak… ale tam gdzie on :) –  w Alpach!

Moje początki po powrocie były zresztą bardzo ostrożne. Koledzy niemal za skrzydło wyciągali mnie na przeloty. Po trochu, najpierw za Bug, potem za Ostrołękę i dalej, aż w końcu – do Białegostoku. I wtedy dopiero jakoś uwierzyłam, że chyba jednak jeszcze pamiętam, jak się lata na przeloty. Nie jestem zresztą pewna, czy tak naprawdę przed tą długą przerwą wiedziałam, jak to robić. Dziś wiem trochę więcej.

Od pomysłu do realizacji

Kiedyś przez przypadek napomknęłam swojemu koledze Piotrkowi, że zawsze marzyłam o tym, by zrealizować mój sen o lataniu w Alpach. Chciałam do St. Auban. Koniecznie! Tak się złożyło, że on też chciał. Miał doświadczenie w lataniu górskim, a nawet alpejskim. Niewiele myśląc (to znaczy ja niewiele) uknuliśmy plan, żeby tam jechać. Od pomysłu do jego realizacji minęły zaledwie dwa tygodnie. Był rok 2016, minęło 12 miesięcy od wznowienia przeze mnie licencji. I choć bardzo chciałam zobaczyć St. Auban, ostatecznie trafiliśmy do Vinon-sur-Verdon. To miejsce już na zawsze będzie kojarzyło mi się z lataniem w górach. Szczęśliwie później miałam jeszcze okazję latać w St. Auban (vel „God’s nest”), czyli miejscu, gdzie trenuje francuska kadra narodowa.


Te góry są ostre

Pierwsze wrażenie z latania w górach? Hm… zamiast przeskakiwać góry, musiałam przeskoczyć stereotypy dotyczące latających kobiet. Takie „zaskoczenie” :) Trochę byłam zawiedziona po locie sprawdzającym na ASK21 (w którym okazało się, że nie dosięgam pedałów), że kolejnego dnia znowu chcą, żebym latała z instruktorem na dwusterze. Nie po to jechałam 2000 km, żeby udowadniać komuś na duodiscusie (na którym dosięgnę już pedałów), że umiem latać na termice na płaskowyżu. Zrezygnowana zapytałam, czy może jednak mogę wziąć jednoster i latać w stożku dolotowym do Vinon, Puimoisson czy St. Auban?


Latanie w stożku dolotowym do St. Auban dawało mi możliwość wlecenia w wysokie góry. Ku mojemu zaskoczeniu – na szczęście! – zgodzili się. Tego dnia latałam rozedrganym DG-300. Płaskowyż pokonałam szybciej niż przewidywana dozwolona prędkość dla żółtodzioba (tj. wyprzedziłam zawodnika), ale utknęłam na pierwszym grzbiecie górskim. „Utknął mnie” tam mój strach przed bliskością stromych skał i… brak umiejętności. Krążyłam, może już nie jak naleśnik – bo tak robiłam na zawodach w Częstochowie, w których wprawdzie nie brałam udziału, za to przeszkadzałam tym, co w nich udział brali ale do wydajnego krążenia w kominie termicznym było mi jeszcze daleko.

Zostałam tam sama, walcząc ciężko, żeby znaleźć się nad granią zbocza. Raz nawet mi się to udało, jak również udało mi się ją przeskoczyć – po to tylko, by… spaść nisko po drugiej stronie góry bez większych opcji (i rozeznania). Dobrze, że udało mi się znaleźć komin i  wyjść z opresji. Widziałam kogoś ok. 500 m pod sobą, więc chyba nie było tak źle. Chyba… Grunt, że wróciłam na tę właściwą stronę zbocza, znowu do stożka dolotowego do Puimoisson. Na późniejszym etapie latania okazało się, że w Alpach cały czas trzeba latać w stożku dolotowym – do lotniska, do lądowiska, do sklasyfikowanego pola. Należy się orientować.


Do tego pola nawet raz się przymierzałam. Ale na szczęcie lądowania nie było i… „uszło mi na sucho”;)

Przełomy na szczytach

Nigdy nie zapomnę moich pierwszych lotów nad Parcours (to zbocze między les Trois-Évêchés a Dormilousse, gdzie najczęściej latają szybowce i paralotnie). Szczyty górskie były przykryte chmurami, ale za to wszędzie, ale to wszędzie tego dnia nosiło. Ponoć pogoda tysiąclecia. Nie wiem… Leciałam na autopilocie. Pamiętam emocje: strach, ekscytację, uniesienie… Pamiętam bliskość zboczy, bliskość drugiego szybowca i ciągłe skupienie, żeby nie zaparkować w jego ogonie. Średnio ogarnęłam termikę i całą resztę.


                                                               Lac de Serre-Ponçon

Pamiętam też mój pierwszy żagiel na Parcours (w ogóle pierwszy w życiu): Utrzymuj prędkość 120 km/h – usłyszałam od Piotrka. No to trzymam! Tyle że dystans do niego cały czas się zwiększa. Przyspieszam, potem jeszcze bardziej. Jest 180 km/h, zaczynam piszczeć. Piszczę do końca zbocza. 15 km. Dobrze, że kamera przestaje działać :) Potem wyłączył się żagiel i poznałam, co to jest żaglotermika. Nie byłam na to gotowa, przestałam nawet piszczeć. Natomiast jeśli ktoś chce poprawić efektywność swojego krążenia w 30 minut, to tylko tak. Inaczej tam nie poleci. Kiedy więc Piotrek po raz drugi już zszedł do mnie na hamulcach – gdyż ja bezradnie zostawałam poniżej linii zbocza – nagle przez radio usłyszałam: Ciaśniej… Aha! Znaczy – wykonać. Wykonałam. Co jest? To działa! To był nie tylko przełomowy moment w moim lataniu górskim, to był przełomowy moment dla mojego latania w ogóle. Empirycznie doświadczyłam, że krążąc jak przysłowiowa „baba” niewiele wskóram, postanowiłam więc, że od tej pory będę krążyć jak „nie-baba”. Choćby nie wiem co! Nieważne, ile torebek do zamrażania żywności będę musiała zużyć… I zużywam.

Bałam się w tych moich pierwszych lotach. Ściskałam drążek, jakbym się obawiała, że spadnę, kiedy tylko go puszczę. Ręka na dźwigni od klap zastygała mi w jednej pozycji, od której bark sztywniał tak, że trzeba go było potem rozcierać. Wydawało mi się, że te szczyty górskie „smyrają” mnie po… kadłubie. Miałam złudzenie, że są tuż tuż. Żeby mi udowodnić, że tak nie jest, oglądaliśmy logi: 300, 400 m nad szczytami. Bezpiecznie. To znaczy dziś mi się wydaje, że bardzo bezpiecznie, nawet przesadnie bezpiecznie. Wtedy każdy lot był dla mnie bardzo wymagający i wyczerpujący.

Alps 2017, gliding in Vinon Sur Verdon, St Auban:



Było takie jedno miejsce nad les Trois-Évêchés, gdzie dosłownie panikowałam. Piotrek uparł się, żeby w jednym szczególnym kotle znajdować noszenie. Wyglądał idealnie, jak lejek otwarty w kierunku słońca. Turbulentny jak diabli (do dziś tak twierdzę, sprawdziłam on my own). Nie chcę tu być – mówiłam. Ale o co chodzi? – padało pytanie. Zabierz mnie stąd! – odpowiadałam spięta. Myślę, że ton mojego głosu nie pozostawiał wątpliwości, że absolutnie nie chcę tam być. Kiedy wracaliśmy do Polski, dowiedziałam się, że to tam właśnie samolot Germanwings w samobójczym locie zderzył się ze zboczem górskim. Zła energia tam jest…

Droga do samodzielności

Zajęło mi trochę czasu, zanim zrozumiałam, że mogę tam latać sama. Tchórzem jestem. Za długo latałam z kimś. Potem już wcale sama nie chciałam. W zasadzie do moich pierwszych samodzielnych lotów zostałam przymuszona. Piotrek nagle został wezwany do Polski i musiał wracać, a mi został jeszcze tydzień pobytu w St. Auban. Nie będę opisywać rozmowy, którą wtedy odbyliśmy. Dziś mi wstyd. Grunt, że jednak zostałam. Sama. Sama, ale na ASG29… więc w sumie? ;)


                                                                        Na zdjęciu JS1

Kurs na Mont Blanc

Był rok 2018. Od tamtego czasu latam tam sama. I jak tylko sama zaczęłam latać, szybko okazało się, że trzeba też samodzielnie myśleć. Paradoksalnie jednak wcale mnie to nie paraliżowało. Cała odpowiedzialność za lot spoczywała na mnie. Koncepcja, kontrola wysokości, mojego położenia, położenia względem lądowisk i dolotu do nich. To było wyzwalające. Owszem, były momenty emocjonujące, ale jakoś tak dziwnie spokojna się poczułam. Okazało się, że kontroluję sytuację i nie ma się czego bać (przy pewnej dozie rozsądku). Zaczęłam więc latać dalej. I zaczęłam marzyć o Mont Blanc. Najdalej doleciałam wtedy do Altiport w Courchevel. Zresztą, mam stamtąd wspaniałe, rodzinne wspomnienia z pobytu z tatą i z siostrą na nartach.


                                                              Altiport Courchevel

Dalej wtedy nie odważyłam się polecieć. A szkoda. Tego dnia lot na Mont Blanc był możliwy. Nawet tą trudniejszą, zupełnie niechcący i przez przypadek obraną przeze mnie trasą. Ale o tym dowiedziałam się już po locie od instruktora Philippe’a Conil. Powiedział mi, że jak zaraportowałam, gdzie jestem, to byłam we właściwym miejscu o właściwej porze. Zabrakło pewności siebie i wiary we własne możliwości. Kto wie, może to i dobrze? Teraz już wiem, dlaczego tak niewiele szybowców tam ze mną było. Może dwa inne napotkałam po drodze. Wysokość wierzchołków górskich w tym miejscu to 3600 m  n.p.m. Niewiele pozostaje marginesu na błąd. Mnie się tam jednak podobało. Lot zaliczyłam do udanych. Zawróciłam, kiedy wydawało mi się, że Mont Blanc jest na wyciągnięcie ręki.


                                                     Mont Blanc na wyciągnięcie ręki

Alps Gliding 2019 St Auban:



W tym roku wybrałam powrót do „korzeni”, do Vinon-sur-Verdon. Spotkało mnie tam miłe przyjęcie. Dużo ludzi mnie pamiętało z poprzednich pobytów, ale poznałam też nowych znajomych. W dzień latałam, wieczory spędzałam w miłym towarzystwie Francuzów szczerze starających się rozmawiać po angielsku. Było super, choć pogoda nie rozpieszczała, zwłaszcza na początku. Przez chwilę nawet myślałam, że już nie potrafię latać. Straciłam to. Nie szło mi zupełnie i bardzo się męczyłam. Wiał silny wiatr, ale nie z tego właściwego kierunku, fala nie była oczywista (zwłaszcza dla mnie), za to kominy turbulentne, wąskie i krótkie. Każdy taki lot kosztował mnie dużo wysiłku. Po kilku dniach pogoda jednak poprawiła się na tyle, że doszłam do wniosku, że niepotrzebnie panikowałam. To nie ja. To pogoda. Nie będę tego roztrząsać. Tak było i już.


W tym roku miła niespodzianka… Odkrycie. Złapałam się na tym, że podstawy chmur były 4000 m n.p.m, a ja… 1500 m niżej.  Lecę sobie przy zboczach i nie planuję być wyżej. Poczułam się tam komfortowo.  Nie muszę być wyżej, a co więcej, bardziej mi się to opłaca. Wręcz… lubię to. Lubię muskać skrzydłem zbocza.


                                            Przygotowanie do lotu

Wewnętrzny margines


Lot na Mont Blanc wyszedł przez przypadek, w sierpniu 2020 roku, niejako na pocieszenie po mistrzostwach w Australii. Dzień jak co dzień, pogoda taka sobie, ale już bez dramatów jak na początku pobytu. Wydostanie się z płaskowyżu Valensole (40 km) – udręka, ale dzięki wskazówkom znajomych i paru niezłym „mykom” poszło sprawnie. Potem znane drogi, aż za Les Ecrin, a następnie lot w kierunku Mont Blanc bardziej uczęszczaną trasą, wzdłuż granicy z Włochami.


                           Lodowiec w Parku Naturalnym Les Ecrin


                                                            Droga do Mont Blanc

To nie był lot z jakimś konkretnym zamiarem, jednak przy ostatniej przełęczy oddzielającej Alpy południowej Francji od Mont Blanc, widząc tę górę z daleka – już wiedziałam. Wiedziałam, że tym razem się uda! To był wzruszający moment. Potem poszło szybko. Pamiętałam udzieloną mi przez znajomego przestrogę: Ana… tam 3000 m n.p.m. to bardzo, bardzo nisko. Było więc cały czas wysoko. 3600 m n.p.m. to był wewnętrznie ustawiony margines. Nie chciałam lądować w Aoście, ani nawet w Albertville. To byłaby droga przygoda.

Nie umiem opisać szczęścia, które mnie przepełniło, gdy w końcu znalazłam się nad Mont Blanc. Tego dnia trasa wyglądała jak autostrada A2 w piątek z Warszawy do Łodzi. Autostrada Wolności. Do najbliższych wysłałam zdjęcie natychmiast, real time. Na Aiguille du Midi są anteny i zasięg lepszy niż na ziemi. „F*ing Mt. Blanc!” – brzmiał sms.


                                                      Załączone do wiadomości zdjęcie

Euforia. Stan odkorowania mózgowego. Ale po chwili myśl: „Ok, zdjęcia zrobione, w pamięci zarejestrowane, dla potomności też. Teraz trzeba uciekać. Respect i uszanowanie dla korony Europy, wyrazy miłości i… disregard F word”.

Podobno nie jest sztuką tam polecieć, ale właśnie wrócić. Tym bardziej byłam szczęśliwa, gdy przy psującej się pogodzie, udało się wylądować na docelowym lotnisku w Vinon. 540 km, 110 km/h. Za rok to poprawię:)


Na koniec mojego pobytu w Alpach, przyjaciel, szybownik, uczestnik mistrzostw świata – który udzielał mi cennych wskazówek, jak latać, którędy i na jakiej wysokości – usłyszał reprymendę, że nie należy trenować obcej kadry, czyli potencjalnej konkurencji dla Francuzek. „Well… thank you very much. Naprawdę szczerze dziękuję. Było fantastycznie i do zobaczenia za rok!”.

Dla kogoś, kto tam jeszcze nie był, a marzy o szybowaniu nad Alpami, polecam ośrodek w St. Auban. Choć sporo tam formalizmu różnej maści, to jednak ośrodek ten przykłada bardzo dużą wagę do bezpieczeństwa lotów. Piloci początkujący w górach latają pół dnia z instruktorem na Duodiscusie lub Arcusie, a drugie pół dnia na jednosterze. W zależności od umiejętności pilota jest to albo Pegease, albo Discus2c. No w ostateczności ASG29 lub JS1. Każdy pilot latający na sprzęcie z St. Auban ma obowiązek raportowania co 20 minut swojego położenia. Zmusza to do latania z mapą i dobrej orientacji w przestrzeni. Wszyscy są mili i pomocni. W razie jakichkolwiek problemów pilotowi udzielane są wskazówki z ziemi lub z innego szybowca. Aha! W przypadku wylądowania w terenie przygodnym na ich sprzęcie… przyjadą ;).

Źródło: Aeroklub Warszawski
comments powered by Disqus