Drogocenne drobiazgi: Czas płynie nieubłaganie...

Polskie skrzydła nad Sudanem, fot. Lesław Karst

Dla niektórych dzień jest za krótki. Czas płynie nieubłaganie. Precyzyjne wykonanie rozlicznych czynności w określonym czasie nie zawsze się udaje. Często też wychodzi nasze gapiostwo. Pół biedy kiedy to nie niesie za sobą wymiernych skutków.

Baza agrolotnicza 88 w Sudanie.
Codziennie latamy na lądowiska robocze oddalone czasami nawet o godzinę lotu od bazowego. Latanie z jednego pola bawełny na drugie to nużąca i monotonna codzienność. Dzisiaj zostały nam jeszcze dwa loty. Powinniśmy bez problemu skończyć pracę i wrócić do bazy przed zachodem słońca.

"Która godzina"- pytam mechanika. Jest jeszcze dużo czasu do zachodu. Spoko, nie ma co spieszyć. Przekomarzamy się z czarną obsługą przygotowującą chemikalia do oprysku. To miejscowi ludzie. Wielu z nich już kilka lat pracuje w naszej firmie. Trudno nie śmiać się z ich pośpiesznie nauczonej polszczyzny.  I tak jestem pełen podziwu dla ich zdolności językowych.

Koniec. Trzeba wracać do bazy. To jakaś godzinka lotu. Nawigację prowadzimy na podstawie zapamiętanych charakterystycznych punktów w terenie. Przy afrykańskich widzialnościach tzn. "milion na milion" to żaden problem. Często są to białe "kopce" - nagrobki miejscowych wodzów ustawione na wzgórzach otoczone zielenią stanowiące idealne punkty nawigacyjne. Antoś w zasadzie sam leci, a my podziwiamy wspaniałe widoki. Ale robi się za ciemno.

"Która godzina?"- pytam znudzonego mechanika. No tak - przegięliśmy. W Afryce w strefie przyrównikowej ciemności zapadają bardzo szybko. Słońce jak opętane sunie do horyzontu i robi wszystko żeby się schować. Z dala widzę charakterystyczne obiekty przed lądowiskiem bazowym ale to jeszcze jakieś 30 minut lotu. Przeraźliwie suche afrykańskie powietrze nie ogranicza widzialności. Niektórzy twierdzą, że tam widać nawet za horyzont.

Lądowisko nie należy do "komfortowych". Niecałe 600 metrów szutru, podejście z nad niewielkiego wału, pas 30 metrów szerokości a z boku po lewej stronie rząd 8 zaparkowanych antków i na końcu pasa niespodzianka ..... stos beczek z benzyną.
 
Trzeba podjąć decyzję. Lądować teraz zapobiegawczo w terenie? Ale co dalej? To jakby nie najlepsze wyjście w tej sytuacji przy braku telefonu, późniejszej panice w bazie i poszukiwaniu samolotu.....koszmar.

Lądowisko jest jakiś kilometr od pomieszczeń bazy, gdzie pewnie już wszyscy szykują się do kolacji. Czyli nikogo na nim nie będzie i pewnie na race świetlne nie ma co liczyć.

Na niebie 3/4 księżyca - to dobry znak. Przy tej przejrzystości powietrza nieźle widać ziemię.

Decyzja lecimy do bazy. Robi się ciemno. Sielanka się skończyła. Trzeba jakoś trafić w pas i wylądować. Całe szczęście, że księżyc świeci jak lampa. Jest prawie jak w dzień. Zaczynam kojarzyć miejsce lądowiska. Teraz długa prosta z postanowieniem ucieczki w górę w przypadku problemów. Benzyny mamy jeszcze na co najmniej godzinę. Prawdę mówiąc, dzięki księżycowi nie mam większych problemów z podejściem. Nagle światła jakiegoś pojazdu oświetlają stos beczek z benzyną na końcu pasa. To duża pomoc. Dobry pomysł.

Reflektor samolotu powoli zaczyna muskać ziemię. Wał, kawałek ugoru, jest pas. Z boku majaczą czarne kadłuby antosiów. Uff.. udało się. Powoli kołujemy na naszą stojankę i wyłączamy silnik. Teraz szybko trzeba zakotwiczyć samolot i na zasłużoną kolację. W naszym kierunku sunie ciągnik. Z siodełka wyskakuje czarny pracownik PZL-a w drelichowej kurtce z dumnym logo naszej firmy. To jeden z pracowników załadunku szykujący sprzęt na jutro rano. W ciemnościach świecą jedynie białka oczu i rząd białych zębów.

"Ja zaświecić beczki. Kaptajn Gregory p............ w beczki to duże bum. Jechać razem do baza?" No tak, przyspieszony kurs polskiego prowadzony przez niecertyfikowanych lektorów ma swoje niewątpliwe wady.

Dlaczego opisałem tą historię?

Zdarza się często, że w ferworze zajęć, spotkań, rozmów zatracamy poczucie czasu. Wsiadamy do samolotu, patrzymy na zegarek i .... I wtedy dostrzegamy problem. Duży problem. Często nie mamy prawa w tej konkretnej sytuacji wykonać zaplanowanego lotu. Decyzja powinna być tylko jedna jedyna - lot przekładamy na jutro lub zmieniamy trasę. Ale to radykalnie zmienia nasze wcześniejsze misternie ułożone plany nie mówiąc już o konsekwencjach w pracy. A do tego co najbardziej boli - jak wytłumaczyć znajomym, którzy chcą zobaczyć nasz start, że nie polecimy.

Startujemy licząc, że nie będzie tak źle. Wyciskamy z silnika ile fabryka dała, przeliczamy czas do lotniska. Adrenalina osiąga maksymalny poziom. Wzrok adoptuje się do ciemności..... Przeważnie się udaje. Ale podejmując taką decyzję startu bez szans dolotu na czas na pozbawione lampek lądowisko czy lotnisko musimy się liczyć, że podpadamy pod kilka paragrafów, nie zadziała w razie czego ubezpieczenie nie mówiąc o innych konsekwencjach w przypadku...

Znam lotnika, który po wylewnym pożegnaniu ze znajomymi z premedytacją wystartował wiedząc, że nie ma żadnych szans na lądowanie za dnia na nieoświetlonym planowanym lotnisku i poleciał ..... do najbliższego lotniska, poszedł do hotelu, poinformował lotnisko docelowe o nocowaniu i przeleciał rano skoro świt. Pełen szacunek.

W tym wszystkim jest jeden drobiazg. Po tym locie w Sudanie kupiłem sobie na bazarze zegarek i nauczyłem się go zawsze nosić czego wcześniej nie robiłem.

Grzegorz Skomorowski


Powyższy artykuł po raz pierwszy pojawił się na Dlapilota.pl 25 lutego 2013 r. W ramach nowego cyklu, na łamach naszego portalu cyklicznie przybliżamy najciekawsze i najbardziej poczytne teksty z lat ubiegłych.

Źródło: unitedsky.eu
comments powered by Disqus

Komentarze

Dobrze napisane.

Świetny artykuł, Panie Grzegorzu.

Widać ,że gościu nie latał na "ptaszki"

W Sudanie ZUA już nie lata, ale mentalność pozostała

...czy to jakieś wspomnienie nazwijmy to archiwalne, czy w Sudanie nadal 'nasi' latają?

Jeżeli szedł na maksa,można było nakręcić zegarek w samolocie, a nie ponosić tak wielkich wydatków!