Drogocenne drobiazgi: Pasja...

Remove before flight

Jest decyzja. Będę jednym ze szkolonych na samolotach w naszym aeroklubie. Kierownictwo wytypowało dwie osoby do rozpoczęcia szkolenia podstawowego samolotowego i wyznaczyło każdemu uczniowi instruktora. W aeroklubie latały dwa Zliny 42 i każdemu z instruktorów przydzielono samolot szkolny.

Nazwisko mojego instruktora nic mi nie mówiło. Nie udzielał się w sekcji szybowcowej, gdzie wszystkich znałem, a i na lotnisku pojawiał się sporadycznie. Dowiedziałem się, że jest pilotem sanitarnym śmigłowcowym i samolotowym. Z niecierpliwością czekałem na rozpoczęcie lotów.

Dzień pierwszy szkolenia praktycznego - przygotowanie naziemne. Siadamy przy stolikach. Mój instruktor - starszy pan - punkt po punkcie realizuje program szkolenia. Znajomość lotniska, Instrukcji Użytkowania w Locie i przepisów wykonywania lotów oraz zagadnień z mechaniki lotu. Zerkam w bok.

Stolik obok już skończył tą przydługą część szkolenia i idą do samolotu, a my gadamy dalej. Słyszę odgłos zapuszczanego silnika Zlina, a my gadamy dalej. Powoli zaczynam się niecierpliwić słysząc warkot powracającego ze strefy samolotu kolegi, a my gadamy dalej. Zlin kolegi startuje do następnej strefy a my... – uff! nareszcie idziemy do samolotu.

O nieszczęsna naiwności, nie tak szybko… Teraz godzinka w kabinie, omówienie wyposażenia, czynności przed uruchomieniem i tak dalej. Odpalamy. Powolne kołowanie, start. Wszystko pedantycznie zgodnie z instrukcją: klapy, prędkości, demonstracja prawidłowego zakrętu, obserwacji horyzontu z kabiny i przyrządów. Wszystko przemyślane i pozbawione odstępstw od procedury. Lądujemy.

Ale to nie koniec. Omówienie lotów, gdzie dowiaduję się, że narobiłem masę błędów: złe rozłożenie uwagi, nie utrzymanie prędkości w zakręcie i tak dalej, i tak dalej...

Jestem zdruzgotany. Mój instruktor sprawia wrażenie, że nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. Wszystko ma swoje miejsce i czas - straszne, co za pedant. Umawiamy się na jutro.

Na przystanku spotykam kolegę:
"Jak poszło?"- pytam ze spuszczoną głową.
"Super, zrobiłem trzy strefy, fajny facet z mojego instruktora, a Ty?"
"Niestety tylko jedną. Przegadaliśmy mnóstwo czasu"...
Na następny dzień to samo. Kolega lata jak szalony, a ja.....
"Grzesiu zakołuj do kwadratu, wyłącz silnik i musimy omówić lot. No więc co źle zrobiłeś?" Byłem załamany.
Kolega przed lotami samodzielnymi, a ja nawet nie w połowie tego - klęska.

Ale....
Mój instruktor był pedantyczny we wszystkim. W systematyczności też. Umawiał się codziennie i nie było sytuacji, aby się spóźnił czy nie przyjechał. Kolega natomiast dość często siedział bezradnie na lotniskowym murku i czekał na loty z nie zawsze pomyślnym skutkiem. Okazało się o dziwo, że szkolenie zakończyliśmy równocześnie, pojechaliśmy razem na egzaminy teoretyczne i dostaliśmy skierowanie na egzamin praktyczny do tego samego egzaminatora.

Pojechaliśmy.
"Kto Was szkolił?" To było pierwsze pytanie egzaminatora - chodzącej historii lotnictwa, Szefa Wyszkolenia jednego z górskich aeroklubów.
"Ok. Siadajcie. Przygotujcie trasę: pierwszy odcinek skrzyżowanie torów w ...."

Ja pierwszy. Pełna koncentracja, żeby nic nie pomylić. Startujemy. Wszystko tak, jak podczas szkolenia: krąg, wyjściowy punkt trasy, wysokość, kurs, zegar włączony, obserwacja przyrządów silnikowych - staram się niczego nie pominąć. Wskazówka zegara nieubłaganie zbliża się do końca pierwszego odcinka. Jest tor, ale nie ma drugiego. Gdzie do licha jest to skrzyżowanie. No nie. Robi mi się gorąco. Coś musiałem skopać: obliczenia? - niemożliwe, zły kurs? - przecież nie ma na północ innych torów.

"No to gdzie jest ten punkt?"- to pytanie egzaminatora jest dobijające.
Trudno… strzelam.
"Jesteśmy nad nim" - staram się mówić pewnie i zdecydowanie, ale wewnątrz jestem całkowicie zdezorientowany.
"Wracamy na lotnisko" - no tak już wszystko jasne. Dałem popalić. Lądujemy z prostej.

Teraz kolega. Oblatuje całą trasę, później kilka kręgów, sytuacje awaryjne - to upewnia mnie w przekonaniu, że poniosłem druzgocącą klęskę. Jak ja się pokażę na lotnisku i co powiem instruktorowi? - porażka!

Omówienie egzaminu. Siedzimy przy stoliku przed egzaminatorem. Zaczyna wypełniać protokóły. Mój pierwszy. Jestem zrezygnowany, a niech tam...

"Dostajesz piątkę za wiarę w obliczenia i wskazania przyrządów, a przede wszystkim za zachowanie w kabinie, przestrzeganie reguł i poprawność pilotażu. Ten drugi tor trzy lata temu rozebrali, prawie wszyscy się na to nabierają".

Nie wierzę własnym uszom - ale numer.

"A ty kolego latasz dobrze, ale chaotycznie. Zaliczam Ci egzamin, ale proszę, abyś większą wagę przywiązywał do przygotowania do lotu i poprawności pilotażu. Latasz niechlujnie."

W tym wszystkim jest jeszcze jeden drobiazg. Nasi instruktorzy robili to społecznie, za własne pieniądze przyjeżdżali na lotnisko, a przy tym nie potrzebowali żadnego nalotu żeby dostać się do linii lotniczych, latali setki godzin rocznie i poświęcali nam swój cenny wolny czas. Przekazywali swoje doświadczenie i wiedzę. Są do dzisiaj pasjonatami lotnictwa.

Dziękuję Instruktorze.

Grzegorz Skomorowski


Powyższy artykuł po raz pierwszy pojawił się na Dlapilota.pl 18 września 2012 r. W ramach nowego cyklu, na łamach naszego portalu cyklicznie przybliżamy najciekawsze i najbardziej poczytne teksty z lat ubiegłych.

Źródło: unitedsky.eu
comments powered by Disqus

Komentarze

Przeczytałem opis szkolenia dwa razy, drugi raz po tym, gdy przeczytałem opinie.
Chciałbym zwrócić uwagę, że pasja ogromnie pomaga pokonywać przeszkody jakie los rzuca pod nogi. Pasja zjednuje przychylność otoczenia.
Chciałbym zwrócić uwagę na inną sprawę, nie to czy ktoś szkolił się za darmo i dlaczego tak, ale na jakość szkolenia.
Ilu z nas wsiadając do samolotu z nowym instruktorem w tym samym ośrodku miało wrażenie, że uczymy się latać od nowa? To co było dobre z jednym instruktorem, z następnym okazywało się nieprawidłowe. Ośrodek szkolenia i szef wyszkolenia są po to, żeby wszystkich instruktorów obowiązywały te same standardy.
Ja też wyszkoliłem się w aeroklubie, ale dlatego, że chciałem i zapłaciłem. Uważam, że aeroklub to wciąż dobra szkoła latania, ale brak skrupulatności. Kto z wyszkolonych w aeroklubie został nauczony posługiwania się check listą? Kto przed startem robi briefing przedlotowy w myśli lub na głos powtarzający procedurę awaryjną po awarii silnika?
Proszę szefów wyszkolenia aeroklubów zwracajcie uwagę na szkolenie na ziemi. Latanie to nie jest kręcenie wolantem lub drążkiem, ale rzetelna wiedza, którą trzeba posiadać, żeby latać bezpiecznie.
Na portalu dlapilota był kiedyś opis jak to świeżo upieczony lotnik PPL zabrał na lot swoją dziewczynę i wrócił na lotnisko, bo nie zapiął pasa i klamra dudniła o kadłub, aż lotnikowi włos się zjeżył na głowie. Moje pytanie, czy ośrodek szkolenia powiedział lotnikowi, że jest coś takiego jak check lista? Że wioząc pasażerów trzeba wykonać briefing specjalnie dla nich.
Dlatego zamiast skupiać się na tym, że szkolenie było "za darmo" i czy to dobrze czy źle, wolałbym skupić się na standardach szkolenia. Takich skrupulatnych instruktorów ze świecą szukać. Ja często prosto z samochodu byłem poganiany do samolotu, nie było czasu nawet zapytać o program na dziś. LATAĆ!!!

...polecałbym check listę do analizy prognozy pogody, żeby nie było tak, że co prawda lotnik sprawdził widzialność i pułap chmur, ale już 20kt wiatru bocznego przeoczył zupełnie.
Lepiej być wyśmianym za stosowanie check listy niż coś przeoczyć.

Szanowny Panie latanie na malych samolotach {praktyka} zaczyna sie miedzy inymi od zapoznania sie z instrukcja uzytkowania w locie sprawdzeniu przez instr. czy ja bardzo dobrze opanowal w tym uzytkowania w locie. Te rzeczy trzeba znac na pamiec jak pacierz.Moda korzystania z czek listy wziela sie z tad ze prawie wszyscy szkoleni mysleli o pracy w liniach. Ale jezeli ktos ma klopoty z pamiecia niech ja stosuje.W przypadku problemu z silnikiem przy starcie nie ma czasu na otarcie potu a co dopiero czytanie listy. Swego czasu kazdy pilot ubiegajacy sie o licenje musial zdawac egzamin u Pana Tadeusza Majewskiego z sytuacji awaryjnych. I ci co zdali doskonale wiedza do tej pory jak zachowac sie w przypadku klopotow z silnikiem przy starcie. Przy takiej masowej produkcji pilotow bylo sporo bubli rowniez wsrod instr.Miejmy nadzieje ze teraz wazniejsza bedzie jakosc nie ilosc.

Wystarczy zaznaczyć temat check listy i zaraz podnoszą się głosy, że w samolocie nie ma czasu na literaturę. To może wytłumaczę się o co chodzi. Check lista w samolocie powinna być odczytana zanim przystąpimy do czynności opisanych. Ma powodować, płynne przechodzenie od jednej czynności do następnej i zapewnić to, że żadna czynność nie zostanie pominięta. Przykład? Proszę bardzo. Przed uruchomieniem, czytamy krótko, żeby odświeżyć pamięć jakie są czynności i wykonujemy je już bez zerkania, po uruchomieniu sprawdzamy, czy wszystko zostało wykonane poprawnie.
Check lista ma powodować, że pilot jest psychicznie nastawiony na czynności. Wspominałem, o briefingu przed startem. Tam jest pora powtórzyć sobie przed lotem: CO ZROBIĘ KIEDY DECHA STANIE. Zgoda, nie ma czasu na czytanie. Briefing przed lotem robię zanim wykołuję na pas, jest czas, żeby się zastanowić co zrobię, gdy stanie się to najgorsze.
Check lista ma wyrobić właśnie płynną i prawidłową sekwencję czynności u pilota.
Jestem przeciwnikiem kucia na pamięć, poszczególne czynności od przeglądu przedlotowego, poprzez kołowanie, start, lot, dolot do lotniska, lądowanie, kołowanie, gaszenie silnika, przegląd po locie. Powinny stać się nawykiem, wykonywanym świadomie, ale wyuczonym raczej niż wykutym na pamięć. Check lista jest znakomitym przyrządem do nauczenia tych nawyków.
Zwracam uwagę, że czasem zdarza się latać kilkoma typami samolotów lekkich nawet jednego dnia. Czy dla każdego Pan pamięta prędkość rotacji, maksymalnego zasięgu w locie szybowym i masę innych szczegółów? Jeśli tak, wyrażam swój szacunek.

Polecam książkę "Potęga Checklisty" Gawande. Autor był co prawda lekarzem i wieloletnim doradcą prezydenta, ale i tak nikt nic lepszego nie wymyślił.

No widzę, że od komuny nic się w świecie lotniczym nie zmieniło. Bogaty to ten zły a biedny to ten dobry. Bracia proletariusze, proponuję jeszcze dawne hasło: kto nie był w wojsku ten nie zna życia.

Szanowny anonimie masz szczęście albo nieszczęście, że nie żyłeś w tamtych czasach. Jaki wpływ miałbyś na spełnienie swoich lotniczych marzeń w czasach komuny oprócz zaangożowania i ciężkiej "społecznej pracy". Jaki wpływ na rzeczywistość mieli wtedy młodzi pasjonaci lotnictwa, gdy pojęcie podatku nie funkcjonowało w przestrzeni ekonomicznej a wszystko było wspólne a szkolenie po 18 roku nawet za własne pieniądze nie funkcjonowało i nie mieściło się w ideologii socjalistycznej nie mówiąc o prywatnym sprzęcie.. Nie osądzaj czy wyszkolili się za "słuszne" czy ukradzione innym pieniądze. Taka droga do lotnictwa była jedyną w tamtych czasach i wykorzystali tą możliwość. Czy na ich miejscu byłbyś w stanie zrobić coś innego oprócz uczieczki za żelazną kurtynę?. Bardzo wątpię. Sądzę, że dyskusja jest nie na temat i prowadzona przez osoby, które nie zabardzo znają realia tamtych czasów.

Nie osądzam ludzi tylko system redystrybucji dóbr, czyli najpierw zabrać wszystkim, a później porozdawać trochę według widzimisię urzędników. I tak, cieszę się, że żyję w innych czasach, choć te są mocno niedoskonałe.
Tylko, że gdy ludzie wtedy wyszkoleni jadą po dzisiejszej młodzieży i wspominają z nostalgią jak to było wtedy super, to im przypominam dlaczego było tak super. I mówię, że dzisiaj szkolący się ludzie w większości znacznie bardziej szanują latanie, bo bardzo ciężko na nie pracują.

Szanujmy sie Panowie. Kazdy ma sowja droge do mazen. Jednym przyjedzie latwiej innym trudniej ale jeszcze innym wcale.

Wszystko bardzo fajnie, tylko poczatek fatalny...Szkoda, że mamy takie GA, że to nie była Twoja decyzja, tylko zostałeś wytypowany.

Drzewiej w klubach trzeba się było dać poznać z dobrej strony. Trzeba było być zaangażowanym i rokować nadzieje, że będzie z ciebie lotnik. Dzisiaj wystarczy, że tatuś da kaskę ..... Dziś odpłacam naszemu społeczeństwu moje wyszkolenie, pomijając to, że kiedyś wszystkie wolne chwile, ferie, wakacje, wczesne poranki itd. poświęciłem lotnictwu...

Wszystkie wolne chwile, ferie, wakacje poświęcać na rozwój SWOJEJ pasji. I do tego te wczesne poranki. Straszne!
Odpłacasz społeczeństwu za to że zrzuciło się na Twoje szkolenie? A w jaki sposób? Jesteś wojskowym pilotem? Jeśli tak, to dalsza część tekstu nie jest do Ciebie. A jeśli cywilnym, to jak odpłacasz się tym, którzy też chcieli latać, ale na nich nie spłynęła łaska decydentów, a którzy zamiast sami latać, pracowali i płacili podatki na Twoje szkolenie?
Tatuś ma prawo wydawać kasę na szkolenie synka, nawet jak ten się kompletnie nie nadaje. Jego kasa, jego dziecko, jego sprawa. Natomiast zmuszanie podatników żeby płacili na szkolenie wybranych - nawet jeśli byli mega utalentowani i nie mieli nic wspólnego z matką partią - to była hańba.
Szkolić z pieniędzy podatników można tylko wojskowych i to pod warunkiem, że podpiszą lojalkę, że odsłużą i jak trzeba to zginą.

Wyszkoliłem całe rzesze pilotów - to chyba najlepsza zapłata za to, że społeczeństwo zrzuciło się na moje szkolenie w aeroklubie i na Politechnice Rzeszowskiej. Do tej pory w klubie szkolę NIEODPŁATNIE. Jak widać "decydenci" spodziewali się po mnie tego, iż w lotnictwie spędzę całe życie i będę przydatny dla aeroklubu i innych instytucji lotniczych. Z matką partią nie mam i nie miałem nigdy nic wspólnego. Bogaci tatusiowie często nie wiedzą, że ich pociecha ma całkiem inne plany życiowe, niekoniecznie pokrywające się z lotniczymi ambicjami rodziców. Jest jednak wśród "młodych" garstka ludzi, którzy czują powietrze i samolot, niestety w dobie kapitalizmu mają małe szanse na samorealizację. Pozostałym trzeba poświęcić dodatkowo wiele godzin teorii, tłumaczeń, zasad...a i tak mają to gdzieś! Wolą pojechać nad jezioro - bo ładna pogoda i upał. Nie przyjadą na lotnisko bo wczoraj była fajna dyskoteka itd.... Jak wracam z pracy (np. tydzień w trasach poza domem)wstając po cichutku o 4.30 na pytanie przebudzonej małżonki:"dokąd się wybierasz?" odpowiadam: na lotnisko, do klubu. Żona tylko z politowaniem kwituje: przecież cały tydzień byłeś na lotnisku

Rozpatrzmy dwie skrajne sytuacje:
1. Młody pasjonat lotnictwa, utalentowany, pracowity, zdyscyplinowany, spędzający całe dnie na lotnisku, słowem idealny kandydat na lotnika, został wytypowany do szkolenia samolotowego tylko i wyłącznie w oparciu o merytoryczne argumenty. Szkoli instruktor spłecznik, resztę (znakomitą większość) kosztów pokrywa społeczeństwo. W tych kosztach uczestniczą także ci ludzie, którym samoloty warczą nad głowami i mają ich serdecznie dość, także ci, którzy nie przeszli selekcji i z bolącym sercem pracują poza lotnictwem płacąc podatki na nie swoje szkolenie, także ci którzy woleliby zamiast płacić na szkolenie zupełnie obcej osoby, wyszkolić się na nurka, albo zdobywcę Mount Everestu.
2. Rozpieszczony synek bogatego tatusia służy temu tatusiowi do realizacji tatusiowych ambicji. Młody w ogóle do latania się nie garnie, nie ma talentu, jest leniwy, woli imprezy niż latanie. Ale tatuś postanowił wyłożyć SWOJĄ kasę i uważa że kupi synkowi licencję. Instruktor nie dopuszcza młodego do lotu samodzielnego, dodaje mu godzin. Oburzony tatuś idzie do innego ośrodka i tam to samo. W końcu po 100 godzinach męki w powietrzu młody jakimś cudem zdaje PPL. Powiedzmy, że umie się nie zabić. Lotnik oczywiście z niego żaden.

Która opcja jest sprawiedliwa? Oczywiście druga, bo tam jest marnowana kasa prywatna. W opcji pierwszej publiczne pieniądze są przeznaczane na realizację pasji pojedynczych osób. I powiedzmy sobie szczerze - społeczeństwo nic z tego nie ma. Wyszkolony za publiczne pieniądze lotnik pracuje później jako pilot i zarabia pieniądze dla siebie. Niekiedy(rzadko) pracuje dodatkowo jako instruktor społeczny w aeroklubie, ale co ma z tego społeczeństwo? Nic. Światek lotniczy tak, społeczeństwo nie.
Przedstawiłem dwie skrajne sytuacje, a weźmy pod uwagę, że istnieją opcje pośrednie. W tzw. piramidzie lotniczej też się zdarzali tatusiowie i synkowie (był nawet o tym jeden odcinek 'Drobiazgów' Pana Grzegorza). I Obecnie w 'kapitalizmie' bardzo często są ludzie i z pasją lotniczą, i z pieniędzmi. Powiedziałbym, że nawet w większości.

Napisałem 'kapitalizm' w cudzysłowie, bo żadnego kapitalizmu nie mamy. W kapitalizmie dzień wolności podatkowej wypada w styczniu, a nie w lipcu, jak u nas. Płacimy ogromne podatki, m.in. na to by zostały przekazane na realizację pasji zupełnie obcych nam osób w zupełnie obcych nam dziedzinach.
Ja nie chcę od państwa dotacji do mojego szkolenia lotniczego. Ja chcę żeby po prostu państwo przestało mi zabierać moje pieniądze. Bo ja je znacznie lepiej wykorzystam. Chcę kapitalizmu, czyli godziny lotu cessny czy zlina w granicach 80zł. Tak, to jest możliwe!

Miły Panie WM.
Opisane przez Pana dwie skrajne sytuacje bardzo przypominają mi tzw. małżeństwo z przymusu (ambicja rodziców)oraz pkt.1 małżeństwo z miłości. Gdzie tu sprawiedliwość?
Odnosząc się do "nieprzydatności dla społeczeństwa a jedynie dla światka lotniczego" twierdzę stanowczo, że to właśnie lotnicy z wyboru gaszą pożary lasów, wożą chorych i rannych w wypadkach, czy też strzegą porządku publicznego i bronią naszych granic, latają w przewozie itd. - więc społeczeństwo coś chyba jednak z tego ma. Nie zapominajmy również o synku kasiastego (członek społeczeństwa), którego nieodpłatnie szkoli w klubie.

Nie zgodzę się również z tym, że marnowane były pieniądze podatników, za które szkolono na samolotach młodzież. W znakomitej większości tacy wytypowani na samoloty pracują, bądź pracowali w lotnictwie, a nie uganiali się za wielkimi pieniędzmi, czy łatwiejszym życiem.

Obecnie każdy może przysiąść nad książkami i pójść do Rzeszowa, Chełma, czy Dęblina. Kasiaści mają zdecydowanie większe szanse "załapać się" tam na darmowe szkolenie do zawodowej, niż pozostali - i gdzie tu sprawiedliwość?

Dodam jeszcze, że płacimy również na wykształcenie lekarzy, prawników itd. Nie znaczy to, że gdy karetka na sygnale budzi mnie w środku nocy ("...którym samoloty warczą nad głowami i mają ich serdecznie dość...") wypominam,że się wożą na sygnale za moje pieniądze. Prawnicy bronią bandytów, złodziei, mafiozów też za moje .. ale trzeba było nie mało samozaparcia i PREDYSPOZYCJI zweryfikowanych na wielu egzaminach aby tym lekarzem, prawnikiem czy pilotem zostać.

Szanowny Panie nie wytypowany ale wyselekcjonowany.
Proszę zwrócić uwagę, że darmowe szkolenie lotnicze na PRz, Chełmie, Krośnie jest dla ludzi, którzy mają już PPL(A) zrobione za własne (albo rodziców) pieniądze. Czyli dla biednych to nie jest. Podobnie z resztą studia wyższe na publicznych uczelniach – też nie są dla biednych. Biedny kończy technikum i idzie do pracy aby pracować na bezpłatne studia dla bogatych, a sam zaocznie lub wieczorowo chodzi na studia, za które płaci pełną stawkę. A już lekarzem czy prawnikiem na pewno nędzarz nie zostaje. Tak było w systemie ‘społecznej sprawiedliwości’, tak jest teraz w naszym systemie udającym wolno rynkowy. Dlatego jestem za tym, aby studiów opłacanych przez państwo nie było w ogóle. Zostawić ludziom ich pieniądze i niech sami zdecydują na co wydać. Na pewno będą wydane znacznie efektywniej niż za pośrednictwem państwa. W takim systemie biedny by się zawziął i zarobił na studia, szkolenie lotnicze, inne swoje potrzeby. Stać by go było, bo państwo nie zabierałoby mu grubo ponad połowy jego dochodów, tak jak dzisiaj, tylko max 10%. Po wyłożeniu pieniędzy na studia, lekarz, prawnik, czy pilot idzie do pracy i zarabia najpierw na zwrot inwestycji w studia, później już jest do przodu. Tak to działa w normalnym systemie.
Dęblin (uczelnia wojskowa), to zupełnie co innego. Oficerowie stamtąd wychodzący latają i żyją na rozkaz. Bronią nas także ryzykując życiem w razie potrzeby. Jak trzeba, to biorą udział w konfliktach w imię idei, z którą nie muszą się zgadzać. To może i górnolotnie brzmi, ale tak jest.
Wróćmy jeszcze do GA, do pilotów wyszkolonych za darmo a wykonujących zupełnie inny zawód. Jest masa ludzi, także tych wyszkolonych, wytypowanych w aeroklubach w PRLu, którzy latają sobie tylko dla własnej przyjemności. Tutaj to już na prawdę nie widzę żadnego uzasadnienia, dla którego społeczeństwo miałoby płacić za ich szkolenie.

"Tak krawiec kraje, jak mu materiału staje..." - mimo że komuna, że na 100 osób kategorię II-V w GOBLL dostawało tylko 15, mimo że każdy podpisywał lojalki iż ma zamiar studiować w Dęblinie i bez mrugnięcia okiem stanąć gdy ojczyzna wezwie w potrzebie, to nie dla wszystkich starczyło samolotów i paliwa. Trzeba się jeszcze było wykazać niemalże bezgranicznym poświęceniem dla lotnictwa. Swiątek, piątek czy niedziela, wiecznie na lotnisku, jak nie loty na szybowcach czy samolotach to malowanie płotu, zamiatanie hangaru, wymiana świec czy gum amortyzatorów na Gawronie, mycie zaolejonego antonowa... Tylko takich typowano... Poznaliśmy to lotnictwo do jego "skostniałego szpiku", uodporniliśmy się na wiatr w oczy i beton partyjny. Nauczyliśmy się szacunki i cierpliwości. No, ale może dzięki temu dziś mamy co wspominać i ze zrozumieniem wsłuchujemy się w dramatycznie przeżycia odzianych w kombinezony i obwieszonych gadżetami lotników którzy wysiadając z C-150 mówią "ciężko było, ale dałem radę" ;)

drzewiej to byyło....sie latało, i nawet powietrze jakieś rzadsze dzis niz trzydziesci lat temu...