Dowódca Sił Powietrznych ugościł uczestników VI Światowego Zjazdu Lotników Polskich

Uczestnicy VI Światowego Zjazdu Lotników Polskich

„Jestem wzruszony i wdzięczny, że przyjęliście moje zaproszenie i możemy dziś spotkać się w tak licznym gronie”, tak generał broni pilot Lech Majewski w imieniu wszystkich polskich lotników powitał w sobotni wieczór w Dowództwie Sił Powietrznych uczestników VI Światowego Zjazdu Lotników Polskich. Dowódca Sił Powietrznych w towarzystwie małżonki Elżbiety oraz innych generałów Sił Powietrznych i towarzyszących im małżonek podjął zjazdowiczów uroczystą kolacją.

W przemówieniu inauguracyjnym przypomniał, że spotkanie ma na celu uczczenie pamięci wybitnych Polaków-lotników, którzy złotymi zgłoskami zapisali się w historii lotnictwa krajowego i światowego – zwłaszcza Franciszka Żwirko, Stanisława Wigury, Stanisława Skarżyńskiego - oraz tych uczestników poprzednich pięciu zlotów, którzy odeszli już na „wieczną wartę”. „Im i Wam wszystkim jesteśmy winni szacunek oraz wdzięczność za to, czego dokonaliście w służbie dla ojczyzny i dla lotnictwa. Jesteście dla nas wzorem”, zapewnił generał Majewski. Wskazał, że podniosły charakter zjazdowego spotkania jest ważny dla kontynuowania tradycji polskiego lotnictwa. „Dziś, gdy otaczająca nas rzeczywistość zmienia się tak dynamicznie, kultywowanie tradycji, symboli i wartości jest źródłem duchowej inspiracji, stanowi fundament patriotycznego wychowania kolejnych pokoleń polskich lotników”.

Dowódca przypomniał, że przed dwudziestu laty sprowadziliśmy do kraju historyczny sztandar Polskich Sił Powietrznych. Ceremonia przekazania go prezydentowi Lechowi Wałęsie uświetniła I Światowy Zjazd Lotników Polskich. Asystę sztandaru stanowili weterani, było wśród nich 20 żyjących w tym czasie dowódców polskich dywizjonów z czasów II wojny światowej. „Podczas VI zjazdu sztandar, przechowywany w Sali Tradycji DSP przekażemy nowo utworzonemu Muzeum Sił Powietrznych. Inicjatorem i organizatorem I światowego Zjazdu Lotników Polskich był ówczesny dowódca Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej generał broni pilot profesor Jerzy Gotowała. Dzięki niemu spotykamy się dziś po raz szósty”, wskazał dowódca Sił Powietrznych, a zjazdowicze nagrodzili obecnego na Sali generała Gotowałę brawami. Podobne brawa otrzymał też przybyły na zjazd syn pułkownika Skarżyńskiego, Maciej. Generał Majewski wyraził nadzieję, że Święto Lotnictwa i VI Światowy Zjazd Lotników Polskich będą forum do międzypokoleniowej wymiany doświadczeń i poglądów, a ponadto pozostawią w pamięci uczestników niezapomniane wspomnienia rozmów z przyjaciółmi i znajomymi. Życzył wszystkim przybyłym na zlot wielu miłych, wzruszających spotkań i przeżyć.

Za serdeczne powitanie i organizację zjazdu podziękował dowódcy SP Richard Kornicki, przewodniczący komitetu fundacyjnego Pomnika Lotników Polskich w Londynie. „To wielka przyjemność spotkać się znów w Warszawie w gronie przyjaciół, towarzyszy broni i personelu Polskich Sił Powietrznych. Czujemy się zaszczyceni”. Syn podpułkownika Franciszka Kornickiego – uczestnika tegorocznego zjazdu a zarazem ostatniego żyjącego dowódcy dywizjonów Polskich Sił Powietrznych na Zachodzie (308 Dywizjonu Myśliwskiego „Krakowskiego” i 317 Dywizjonu Myśliwskiego „Wileńskiego”), wyraził zadowolenie ze sposobu, w jaki w Dęblinie kultywowana jest pamięć o lotnictwie polskim na Zachodzie. Powiedział, że przylot myśliwców MiG-29 z wymalowanymi na statecznikach pionowych sylwetkami pułkownika Witolda Urbanowicza i porucznika Mirosława Ferića oraz wykonanie na ich tle pamiątkowego zdjęcia było „wspaniałą niespodzianką”. Richard Kornicki zauważył, że VI ŚZLP jest o tyle wyjątkowy, że na wcześniejszych zjazdach nie było tylu potomków polskich kombatantów: synów, córek, wnuków i wnuczek.

„Nie ma lepszej od ich obecności gwarancji, że dokonania polskich lotników na Zachodzie nigdy nie zostaną zapomniane”, zauważył.  Przewodniczący Kornicki wyraził zadowolenie, że w 20 rocznicę przekazania do Ojczyzny sztandaru Polskich Sił Powietrznych, jego replika zostanie przekazana do Londynu. „Na sztandarze tym czytamy, że miłość żąda ofiary. Teraz ten zwrot nabiera dodatkowego znaczenia – „Ofiary wymagają pamięci”. To jest zadanie mojego pokolenia. Dlatego przyjechaliśmy do Warszawy, dlatego poprosiliśmy o replikę sztandaru, który w Northolt będzie traktowany z równie wielkim szacunkiem, jak w czasie wojny”. Kornicki zapewnił, że organizacje kombatanckie będą kontynuować misję czczenia tradycji lotnictwa polskiego, ucząc nowe pokolenia na Zachodzie szacunku do niezwykłych lotników i ich wyjątkowych czynów.
 
Podczas kolacji generał Majewski wyróżnił kordzikami lotniczymi lub sygnetami kombatantów i weteranów od lat współpracujących z Dowództwem Sił Powietrznych. Uhonorował podpułkownika Franciszka Kornickiego, majora Marcelego Ostrowskiego, Kazimierza Racieja, generała  dywizji Franciszka Maciołę (prezes Stowarzyszenia Seniorów Lotnictwa RP), generała brygady Romana Harmozę (prezes Oddziału Mazowieckiego Seniorów Lotnictwa Wojskowego), pułkownika Kazimierza Pogorzelskiego (prezes Stowarzyszenia Lotników Polskich) i Jerzego Batlera (prezes Warszawskiego Stowarzyszenia Seniorów Lotnictwa Wojskowego).

Przed kolacją uczestnicy pozowali do kolejnego rodzinnego zdjęcia na schodach Dowództwa Sił Powietrznych.
 
Ppłk Artur Goławski
Rzecznik prasowy DSP

Źródło: Siły Powietrzne
comments powered by Disqus

Komentarze

Tragedie polskich lotników - rozmowa ze Sławomirem Orłowskim

Napisał(a): Jarosław Kalina w wydaniu 40/2012.

Wdowa po gen. Błasiku chciała ocenzurować opis katastrofy smoleńskiej

Sławomir Orłowski – autor sensacyjnej książki „Pokolenia Dywizjonu 303 – od gen. Skalskiego do gen. Błasika”

Rozmawia Jarosław Kalina

Książka „Pokolenia Dywizjonu 303” odbrązawia mit nieustraszonych lotników latających „na drzwiach od stodoły”.
– Moją intencją było pokazanie wszystkich barw zdobywania przestworzy. Tak jak w podtytule: od gen. Skalskiego, który nie tylko był lotniczym asem, lecz także z narażeniem życia chciał odbudować lotnictwo w powojennej Polsce, gdzie i tak rządziła Armia Czerwona. Potem są tragiczne losy bohaterów czasu pokoju poświęcających swoje najlepsze lata dla służby w ludowym lotnictwie wojskowym. Oni też mają swój wkład w wolną i niepodległą Polskę, mimo że byli szkoleni praktycznie do jednego wylotu na walkę z wojskami NATO z bombą atomową. Opowieść kończy się kulisami tragicznego wylotu do Smoleńska, kiedy okazało się, że nawet najwyższy dowódca lotnictwa nie przestrzega regulaminów wykonywania lotów, pisanych – jak to się mówi z patosem – „krwią wielu pokoleń lotniczych”.
Chichot historii?
– Według mnie olbrzymia doza arogancji, która od zawsze towarzyszy hierarchii wojskowej. Młody pilot jest szkolony i pouczany przez starszych, jak ma działać w sytuacjach ekstremalnych i gdzie jest jego miejsce w szyku. Bo starszy stopniem wie więcej. A w końcu okazuje się, że stary wyga popełnia szkolne błędy. Są albo starzy piloci, albo odważni piloci. Nie ma starych, odważnych pilotów. Mirosławiec, wcześniej Powidz, no i na koniec Smoleńsk – te katastrofy udowodniły, że na najwyższych szczeblach popełniano błędy doprowadzające do tragedii, których można było uniknąć. Wszystkie przesłanki w ciągu prowadzącym do katastrofy zamiatano pod dywan. W decydujących sytuacjach okazywało się, że i tak najważniejsza jest decyzja przełożonego, którym często powoduje logika załapania się na wyższy etat.
Tak jak w powiedzeniu: jaka jest największa tajemnica wojskowa…
– ...że generał jest idiotą. Coś w tym tkwi. Kiedyś była jedyna słuszna linia partii, dziś jest wytyczona ścieżka awansu na wyższe stanowiska. Temu jest często podporządkowana realizacja zadań przez podwładnych. To jednak w książce zostało tylko zasygnalizowane. Bardziej chciałem w niej podkreślić wspólnotę losów poszczególnych roczników absolwentów Szkoły Orląt. Ta niezwykła w skali światowej uczelnia przed wojną przygotowała do obrony Rzeczypospolitej lotników, którzy jak na ironię bronili Francji i Wielkiej Brytanii. W powojennym podziale Europy polscy piloci mieli atakować właśnie ten zgniły Zachód. Z postsowieckich migów szybko przeszkolili się na F-16. To było wyzwanie na miarę lotu Ikara! I właśnie ci oficerowie wprowadzali Polskę do Paktu Północnoatlantyckiego. Dziś sztabowcy z NATO podkreślają, że jesteśmy jednym z najważniejszych i najlepiej wyszkolonych sojuszników. W książce jest opisany szok, jaki przeżył Stanisław Skalski, gdy się przekonał, że w polskim wojsku dominował język rosyjski. Dziś podstawą komunikowania się w powietrzu i na ziemi jest język angielski. Zmieniono cały proces szkolenia lotników wojskowych. Niektórzy, co zaznaczyłem w „Pokoleniach...”, chcieli pójść jeszcze dalej i przenieść wszystko do USA, tak jak to robią Niemcy, płacący olbrzymie sumy za każdego pilota wojskowego. Za żadne pieniądze nie kupi się jednak „ułańskiej fantazji”.
Z książki dowiadujemy się, że szkoliliśmy pilotów dla Izraela i nikt nam za to nie zapłacił.
– To jest moim zdaniem największa sensacja w naszej najnowszej historii. Szkoliliśmy lotników, saperów, czołgistów i wielu innych specjalistów, którzy w tajnym planie Stalina byli wojskową awangardą tworzącego się państwa żydowskiego. Wojskowi weterani coś tam wiedzieli, czegoś się domyślali, ale nikt głośno o tym nie mówił. Wielu starszych oficerów, z którymi o tym rozmawiałem, potwierdzało taki proceder, trwający od 1945 aż do 1968 r., ale nikt nie chciał wystąpić pod nazwiskiem. Może tym właśnie powinien się zająć Instytut Pamięci Narodowej, bo śledztwo w tej sprawie pomoże wyjaśnić nam wiele mechanizmów działania ówczesnej władzy. Po lekturze książki wielu moich czytelników stwierdziło, że dziś inaczej patrzą na „zaplute karły reakcji” i wyroki śmierci wydawane przez polskie sądy wojskowe. Morderstwa sądowe były najlepszym sposobem ukrycia prawdy i pozbycia się niewygodnych świadków. Innym aspektem grzechu pierworodnego w micie założycielskim izraelskich sił zbrojnych może być fakt, że historię konfliktów i wojen na Bliskim Wschodzie można odczytać na nowo. Wszak Stalin nie przepuściłby takiej wspaniałej okazji stworzenia siatki agentów w Izraelu. Szkoda jednak, że wielu polskich patriotów przypłaciło życiem wytropienie tego spisku w wojsku polskim. Jeden z bohaterów książki, który zdecydował się o tym opowiedzieć, został zesłany na akcję „Wisła” w Bieszczady, gdzie miał podzielić los gen. Świerczewskiego, i przez wiele lat otrzymywał pogróżki.
A autor książki nie obawia się, że będzie na cenzurowanym?
– W Radiu Maryja i na łamach „Uważam Rze” oraz „Naszego Dziennika” już zostałem okrzyknięty politrukiem i agentem. Dokonała tego Ewa Błasik, żona gen. Andrzeja Błasika, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Wbrew temu, co twierdzi, znamy się bardzo dobrze. Państwo Błasikowie bywali w moim domu, gdy mieszkali w Poznaniu, a ja na prośbę jej męża zostałem rzecznikiem prasowym bazy lotniczej w Krzesinach. Ewie Błasik nie spodobało się, że przed publikacją nie skonsultowałem z nią opisu przebiegu kariery zawodowej dowódcy Sił Powietrznych. Bo w zamyśle „wdowy smoleńskiej” miała to być hagiograficzna prezentacja sylwetki pierwszego lotnika IV Rzeczypospolitej. Ja natomiast pozwoliłem sobie na możliwie najlepszy opis jednego z kolegów z naszej promocji w 1985 r. w dęblińskiej Szkole Orląt. Staram się zrozumieć jej walkę o dobrą pamięć o mężu, ale nie mogę sobie pozwolić na cenzurę w stylu ojca dyrektora. Pierwsze pytanie Ewy Błasik, które mi zadała, gdy wręczałem jej książkę podczas ostatniego zlotu lotników polskich, dotyczyło tego, czy też uważam, że „Andrzeja nie było w kokpicie załogi”. Rozgniewała się bardzo, gdy przeczytała zacytowane fragmenty rozmów zarejestrowanych przez urządzenia pokładowe Tu-154 podczas lotu do Smoleńska. Szef komisji badającej przyczyny katastrofy, płk pilot Edmund Klich, który jest dla mnie wielkim autorytetem w dziedzinie lotnictwa, bo był również moim wykładowcą, pierwszy potwierdził ten fakt i stał się wrogiem numer jeden „komisji Macierewicza”. Wszyscy, którzy uważają podobnie, są na tej liście numerami dwa, trzy itd. Teraz padło na mnie. A politrukiem nigdy nie byłem, bo zaraz po promocji oficerskiej trafiłem do redakcji pisma lotniczego „Wiraże” i dzięki temu miałem okazję obserwować losy wielu polskich lotników. To dzięki nim powstały „Pokolenia Dywizjonu 303” i mam nadzieję, że czytelnicy potraktują tę książkę jako dalszą część „Dywizjonu 303” Arkadego Fiedlera. Na takich wzorcach wychowywało się wiele pokoleń młodzieży, która garnęła się do lotnictwa. Mam nadzieję, że to oni będą kontynuowali polską szkołę latania.
Odpowiedzi
Usilne wybielanie gen.Blasika
Usilne wybielanie gen.Blasika zakrawa na smiesznosc.kto byl w wojsku wie jak towyglada chlanie jest na porzadku dziennym,a gdyby nawet wypil kielicha nie wykonywal obowiazkow sluzbowych,a pozatym to co ujawnil Palikot ile alkocholu zamawiano do samolotow kto to wypijal smerfy.Ale wielki krzyk bronmy honoru polskich oficerow jaki honor u niektorych jest on bardzo watpliwy.

powtórz

Książka świetnie napisana
Książka świetnie napisana przez Sławomira Orłowskiego, którego znałem jak był dziennikarzem "Wiraży". Czyta się jak super kryminał. Akcja jest rzeczywiście kontynuacją "Dywizjonu 303" Arkadego Fiedlera dlatego warto mieć ją w swojej bibliotece!

Pomijajac tresci "POLITYCZNE" ksiazka zwiera szereg bledow merytorycznych, np. podpis ze Jurek Pilat katapultowal sie z Iskry z podchorazym - lecial sam i dlatego sie uratowal! Takich kwiatkow jest wiecej. Co do autora - mialem wiele razy stycznosc - mnie zastanawia jedno - chwali sie autorskim scenariuszem uroczysyosci przyjecia f16 - kto byl i slyszal komantarze obecnych ktorzy nie byli vip, a najlzejszy to bylo k. . . wie ze tym to sie chwalic nie wolno. Ale tak to jest gdy ktos na zlocie na Krzesinach wyprasza "fotopstrykow" slowami w. . . - w koncu ta zgraja entuzjastow ma mniejsze znaczenie praktyszne niz pani z superaka - ach ci spoleczno polityczni :-) gdyby nie powyzsze kwestie polityczne i merytoryczne ksiazka nawet ciekawa - de facto troche brakuje wspomnien najnowszego poklolenia lotnikow. Pozdrawiam

Lotnik, jeżeli uważasz ,,dzieło'' Arkadego Fiedlera pn. Dywizjon 303 za materiał źródłowy, to sobie je czytaj do woli. A jak miałbyś niedosyt to sobie jeszcze poczytaj: Bój pod Rąblowem i inne ,,dzieła'' pismaczyn faworyzowanych przez PRL.

Na temat Polskich Sił Zbrojnych w Anglii, a zatem i Dywizjonu 303 jest wystarczająca ilość konkretnych materiałów opartych na udokumentowanych faktach.

Co wy, kurna wiecie o lotnictwie? Najpierw przeczytajcie "Pokolenia dywizjonu 303" potem zabierzcie głos na tym forum!

Polityczyni to zakała Wojska Polskiego, przeflancowali się na kadrowców i dalej niszczą to co dobrego w tym wojsku zostało. Niszczą struktury i dobre pomysły a kto nie jest z nimi to go szybko wyłączą do cywila.

Jak można z tym żyć?

Trudno określić liczbę śmiertelnych ofiar stanu wojennego. Opinii publicznej znane są ofiary pacyfikacji kopalni "Wujek", manifestacji we Wrocławiu, w Gdańsku czy Lubinie. Jednak w wyniku postrzałów, pobicia, także zagazowania, ginęli nie tylko uczestnicy strajków i manifestacji, nie tylko działacze związkowi i opozycyjni oraz członkowie ich rodzin. Śmierć spotykała również zupełnie przypadkowe osoby, które miały nieszczęście znaleźć się w niewłaściwym miejscu i czasie, czasami po prostu na drodze, w pobliżu domu, na przystanku tramwajowym czy autobusowym. Tak stało się w przypadku Wojtka Cieleckiego z Białej Podlaskiej. Został zastrzelony przez pijanych żołnierzy 2 kwietnia 1982 roku. Miał wówczas zaledwie 19 lat. Jego śmierć wstrząsnęła rodzinnym miastem - Białą Podlaską, w pogrzebie uczestniczyły tłumy bialczan. Dziś na miejscu zbrodni przy ulicy Długiej stoi metalowy krzyż.

Rozmowa z Jadwigą Cielecką - matką Wojciecha Cieleckiego, zabitego w Białej Podlaskiej 2 kwietnia 1982 roku

Pani syn zginął z rąk żołnierzy 61 pułku lotniczego stacjonujących w Białej Podlaskiej, w pobliżu Pani domu. Czy wcześniej nie dochodziło do incydentów związanych z tym sąsiedztwem?
- Mieszkamy na peryferiach Białej Podlaskiej, w bardzo spokojnej dzielnicy miasta. Zawsze czuliśmy się tu bezpiecznie. Niedaleko od nas mieściła się jednostka wojskowa i lotnisko. Sąsiedztwo to nie było jednak zbyt uciążliwe. Pracowałam w przedszkolu, do którego uczęszczało wiele dzieci "z lotniska", dlatego znałam dużo żołnierskich rodzin, ich problemy. Zawsze uczyłam dzieci - te z przedszkola i własne - szacunku do wojska i do polskiego żołnierza, który jest obrońcą Ojczyzny. Tłumaczyłam, że dzięki niemu jesteśmy bezpieczni, a gdy zajdzie potrzeba, stanie w obronie drugiego Polaka. Również gdy został ogłoszony stan wojenny, mówiłam, że nie należy przed żołnierzami uciekać, bo nie skrzywdzą niewinnego człowieka - nie będą przecież strzelać do swego rodaka. Myślałam, że w wojsku są normalni ludzie. Syn był pewny, że to prawda. Niestety, pomyliłam się. Niejednokrotnie dochodziły nas słuchy, że w stanie wojennym żołnierze przechodzili "pranie mózgów", wmawiano im na przykład, że "Solidarność" przygotowuje zamach stanu, że chce oddać Polskę Niemcom. Poza tym chyba czymś ich karmiono, gdyż cechowała ich niezwykła agresja. Tak zostali nastawieni przeciw "Solidarności", że gotowi byli strzelać do własnych rodziców, gdyby dostali taki rozkaz. Żaden by się nie zawahał. Pewien porucznik, który odwiedzał nas po śmierci syna, wyznał mi, że zrozumiał swoją matkę, która gdy szedł do wojska, mówiła mu, że wolałaby, żeby połamał nogi. Dopiero w stanie wojennym przekonał się o prawdziwości jej słów.

Czy mogłaby Pani opowiedzieć o Wojtku - jakim był człowiekiem, synem?
- Był spokojny, niezwykle życzliwy ludziom, zawsze uśmiechnięty, uczynny, dlatego bardzo lubiany przez kolegów szkolnych i współpracowników, a nawet przypadkowo spotkanych ludzi. Nie miał wrogów. Kiedyś spotkałam bezdomnego mężczyznę - takiego bialskiego kloszarda, traktowanego w mieście jako dziwaka. Powiedział mi, że Wojtek jest jedynym dzieckiem, które nie tylko mu nie dokucza, ale mówi dzień dobry, traktuje z szacunkiem. Już jako dziecko kręcił się ojcu pod rękami w prowadzonym przez niego zakładzie stolarskim, wiele się nauczył. Gdy ktoś poprosił go o naprawę mebla, wykonanie jakiegoś drobnego sprzętu, chętnie się podejmował i robił to bezinteresownie. Dla mnie był pomocą, także w pracach domowych.
Skończył kaletniczą szkołę zawodową, ale ponieważ bardzo dobrze się uczył, planował kontynuowanie nauki w technikum. Tymczasem pracował w wyuczonej specjalności - jako kaletnik. Zapisał się do zakładowej "Solidarności", bo uwierzył - jak wielu Polaków - że dzięki niej "Polska będzie Polską".

Noc z 1 na 2 kwietnia 1982 r. przeszła do historii w Białej Podlaskiej jako "czarna noc". Co się wówczas działo w mieście?
- Na przełomie marca i kwietnia w bialskiej jednostce wojskowej zmieniało się dowództwo i to była okazja do świętowania - głównie przy pomocy alkoholu. 1 kwietnia w supersamie sprzedawali wino bez kartek, więc żołnierze, milicjanci i zomowcy kupowali całymi skrzynkami. Wojtek był tego dnia w sklepie, widział, co się dzieje. Nie skorzystał z okazji, nie kupił alkoholu, ale za kartki wykupił cukierki, które miał schować na imieniny, ale zaraz rozdał je dzieciom. Gdy wrócił do domu, przewidywał, że ta noc w Białej nie będzie spokojna. Między innymi z powodu tych obaw wyszedł z domu o godz. 23.00, a więc już po godzinie milicyjnej, by przyprowadzić siostrę z przystanku autobusowego. Małgorzata pracowała w spółdzielni krawieckiej "Nowy Styl", tego dnia miała nocną zmianę. Przystanek był na sąsiedniej ulicy, mniej więcej pół kilometra od naszego domu. Mieszkaliśmy na spokojnym przedmieściu, nie sądziłam, że kogoś o tej porze spotka po drodze.

Wyszedł o godz. 23.00, a został zastrzelony przed godz. 3.00. Co się działo w tym czasie?
- Małgorzata wróciła od autobusu sama, nie spotkała po drodze Wojtka. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nie było możliwości uzyskania jakichkolwiek informacji. Jedyny telefon na naszej ulicy był w domu oddalonym o około kilometr. O tragedii dowiedziałam się dopiero rano, gdy jechałam do lekarza na umówioną wizytę. Byłam wówczas poważnie chora na kręgosłup. Fragmentaryczne informacje o tym, co się wydarzyło, docierały do nas przypadkowo. Prawdopodobnie było kilku świadków tego, co działo się z synem, ale nikt nie chciał o tym mówić. Ludzie się bali. Z tych wyrywkowych informacji dowiedzieliśmy się, że po drodze przypadkowo natknął się na dwóch pijanych żołnierzy z pobliskiej jednostki. Jeden był w randze starszego sierżanta (Andrzej Kuśpit), drugi - porucznika (Gregorczyk). Szli "na melinę", która znajdowała się przy naszej ulicy, by dokupić alkohol. Zastąpili synowi drogę, nagabywali go o wódkę. Prawdopodobnie żądali od niego, by kupił dla nich alkohol, ale on się nie zgodził. Zaczęli go bić. Sąsiadka powiedziała, że widziała, jak żołnierze tłukli go leżącego na ławce przy przystanku. W pewnej chwili wyrwał się im i schował na pobliskim podwórku. Został jednak stamtąd wyrzucony przez gospodarza posesji, wyszedł na ulicę. Tam dorwali go prześladowcy. Zaczęli go ponownie katować, ale tego było za mało - na koniec wystrzelali do niego cały magazynek nabojów. Jedna z kul trafiła w głowę, inna przebiła aortę. Stało się to o godz. 2.45. A więc był bity przez ponad 3 godziny. Gdy pogotowie zabrało syna do szpitala, nie było już dla niego ratunku. Ktoś ze spółdzielni stolarskiej, w której pracował mój mąż, powtórzył mi, że dotarł tam porucznik Gregorczyk i na portierni wygrażał: "Jeśli gówniarz żyje, jeszcze mu pokażę, co to znaczy wojsko, jak się słucha wojska!". Gdy schwytała ich żandarmeria wojskowa, zostali najpierw odstawieni na pogotowie. Lekarka opowiadała mi potem, że żołnierze byli tak pijani, że byli ledwie przytomni.
Wszyscy współpracownicy Wojtka, gdy się dowiedzieli o tragedii, poszli do szpitalnej kostnicy, by złożyć hołd koledze - ofierze bestialstwa. Za to ZOMO obstawiło cały zakład. Na pogrzeb syna przybyły olbrzymie tłumy ludzi. W dużej mierze dzięki temu, że na mieście porozklejane było setki kartek z informacją o czasie i miejscu Mszy św. pogrzebowej. Koledzy syna porozklejali plakaty z różnymi napisami, m.in.: "Hitlerowcy! Oddajcie syna matce", "Jak mogliście to zrobić?".
Przed pogrzebem zastępca dowódcy (obecnie generał) wezwał mnie na rozmowę i straszył, że jeśli dojdzie do jakichś demonstracji, to będą strzelać. Mieliśmy jeszcze dwoje dzieci, zaczęłam krzyczeć: "Strzelajcie, będzie od razu pięć trumien! Za jednym zachodem będziecie mieli z nami spokój". Jednak bardzo się baliśmy o tych, co przyszli na pogrzeb. Koledzy Wojtka wpadli na pomysł, żeby w drodze z kościoła na cmentarz zanieść trumnę na lotnisko. Byłam tym pomysłem przerażona.

Ta zbrodnia, w przeciwieństwie do wielu popełnionych w stanie wojennym i w następnych latach, miała swój finał w sądzie.
- Tak, ale była to parodia procesu. Żołnierzy, którzy napadli syna, aresztowała żandarmeria wojskowa. Wojsko ich podało do sądu, żądając kary śmierci dla obydwu. Jednak tylko sierżant Kuśpit był przesłuchiwany, porucznika Gregorczyka wkrótce zwolniono, nawet nie powołano przed sąd jako świadka. W czasie procesu nikt nie powiedział, że syn zginął niewinnie. Oskarżony twierdził, że to syn był pijany, podawał się za dowódcę jakiejś bandy i chciał ich pozabijać, więc musieli się bronić: tak się go bali, że musieli go zastrzelić. Gdy na jednej rozprawie zabrałam głos, nie informowano mnie o terminie następnych rozpraw. Sprawa toczyła się za plecami rodziny. Sierżant Andrzej Kuśpit został skazany na 12 lat.
Ponieważ byłam poważnie chora, mogłam walczyć o rentę po synu, ale wojsko nie chciało tego wziąć na siebie. Poinformowano mnie, że mogę się ubiegać o indywidualną rentę od sprawcy zabójstwa syna. Nie uczyniłam tego. Wiedziałam, że Kuśpit jest alkoholikiem, ma dwoje dzieci i ciężko chorą żonę - po operacji zastawki serca. To oni musieliby ponosić konsekwencje zbrodni ojca. Zabójca syna wyszedł z więzienia już po 4 latach, jego żona zmarła, on sam wyjechał z Białej. Nie wiem, co się dzieje z jego dziećmi.
Mimo upływu czasu ciągle zadaję sobie pytanie, dlaczego to właśnie spotkało mego syna, ale wiem, że odpowiedź zna tylko Pan Bóg. I On pomógł mi wypełnić pustkę, jaka pozostała po Wojtku. Zaprzyjaźniłam się z młodzieżą oazową, od 1983 r. zaczęłam z nimi jeździć na rekolekcje, prowadziłam kuchnię. Dzięki temu dziś oprócz dwojga swoich dzieci mam gromadę tych oazowych, dla których byłam i pozostałam "ciocią" - tak się do mnie zwracają. Przyjeżdżają do mnie, odwiedzają mnie, piszą listy.
Od tamtych wydarzeń minęły 24 lata, zabójca syna jest 20 lat na wolności, w tym czasie nie odezwał się do nas ani słowem, nie przeprosił, nie powiedział, co się wtedy stało, nie wyraził żalu za to, co zrobił. Porucznik Gregorczyk pozostał zupełnie bezkarny. Nie wiem, jak można z tym żyć. Czy w ogóle rozumieją, co zrobili? Modlę się o nich, by zrozumieli, co uczynili.

61 pułk lotniczy funkcjonował w strukturze WSOSP.

Autor: Anna Wasak

Wyrazy współczucia dla rodziny, ale niestety patologie są wszędzie.

Dziwi tylko fakt że ludzie moralnie zdyskwalifikowani zaczynają wracać na piedestały. Bo tak jak pisałem po 89 polityczni nie wiedzieli gdzie oczy podziać. Teraz stali się całkiem użyteczni machinie propagandowej naszych czasów! Jakoś dziwnie podobnej do tej sprzed 89!

Nie ma szans na wyjaśnienie tej całej historii dzisiaj? Przydałoby się i Wojsku i społeczeństwu.

Chwala polskim lotnikom ..absolwentom .. szczczegolnie tym co dzielnie wspierali oddzaly ZOMO w Stanie Wojennym.
Jak rowniez tym oficerom politycznym ktorzy zmuszeni byli zakopac swoje legitymacje partyjne i teraz zamiast przesluchiwac , musza chodzic do spowiedzi.

Dębliniak, a owszem dzięki za info. Teraz już nie wątpię, że facet, za którym się wstawiłeś ,,był w porzo''. W tamtych czasach, żeby ,,być w porzo'', trzeba było być ,,politycznie wyrobionym'', zwłaszcza, aby się załapać na redaktora Wiraży.

A zatem pytanie kluczowe: dlaczego teraz ów ,,co był w porzo'', teraz / dzisiaj szarga w tak podły i podstępny sposób śp. Gen. Błasika???

Wy wszyscy rodem z LWP jesteście ,,w porzo'', tfu....

Nie generalizuj, jednak nie wszyscy z LWP byli "w porzo", część na swój sposób chciała dobrze (nie tylko dla ZSRR:), gdyby wszyscy byli politycznie urobieni nie było by tego co udało się w 89!

Teraz kilka szumowin odżywa ale to jeszcze nie całość!

Sławomir Orłowski, hm, czy to ,,przypadkiem'' nie ten sam facet, który jest od kilku lat dyrektorem na lotnisku Biała Podlaska. O ile wiadomo ,z kręgów Dęblińskich'', tenże sam Sławomir Orłowski musiał się pożegnać z WSOSP z powodu negatywnej weryfikacji, a poza tym, jako RASOWY pol.wych niewielu miał kumpli w Dęblinie.

No, cóż, ilu jeszcze takich miesza.... .

Pozdrawiam Rodzinę śp. Gen. Andrzeja Błasika.

No to mało wiesz gościu o Orłowskim, to jest bardzo wporzo facet i ma tu wielu kumpli, którzy skopią ci tyłek jak chcesz. A w Dęblinie nigdy nie służył i nikt go nie musiał się pozbywać, bo zaraz po promocji został redaktorem w Wirażach

Gen.pil.Stanisław Skalski-legenda polskich Skrzydeł,nigdy nie latał w dywizjonie 303

Witam i bardzo nisko kłaniam się i pozdrawiam Drogi Stanisławie. Jerzy Tolala.

UJAWNIAMY! Znów oczerniają gen. Błasika. Ewa Błasik: wykorzystano mnie do legalizowania paszkwilu na mojego męża
opublikowano: wczoraj, 15:11 | ostatnia zmiana: wczoraj, 15:24
Gen. A. Błasik w F-16, Zdjęcie udostępnione przez E. Błasik
Gorąco polecam książkę "Pokolenia dywizjonu 303 od gen. Skalskiego do gen. Błasika". Same sensacje! A generałowa Błasikowa zrobiła niezłą reklamę autorowi
W czasie otwarcia wystawy poświęconej gen. Andrzejowi Błasikowi doszło do skandalu. Sławomir Orłowski, autor książki o polskim lotnictwie, zastawił pułapkę na Ewę Błasik

- ustalił portal wPolityce.pl.

W piątek w Dęblinie otwarta została wystawa poświęcona pamięci gen. pilota Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Wystawę otworzyła wdowa po gen. Ewa Błasik wraz z dziećmi. Jak tłumaczy portalowi wPolityce.pl, „wystawa będzie dostępna do 10 października, gdy odsłonięta zostanie tablica poświęcona gen. Błasikowi w legendarnej dęblińskiej szkole Orląt, której mąż był komendantem i rektorem”.

Udostępniłam pamiątki po mężu na tę wystawę. Chciałam, by lotnicy VI światowego zlotu (odbywa się właśnie – red.) mogli się zapoznać z nimi, ponieważ dobrze znali mojego męża, uznawali go za swojego dowódcę. Niezwykle go szanowali, o czym przekonałam się w momencie, gdy oskarżano go w mediach po 10 kwietnia. Lotnicy zawsze stawali w jego obronie i apelowali do władz o wsparcie dla mnie i zadbanie o dobre imię mojego męża

- wyjaśnia Ewa Błasik.

W czasie otwarcia wystawy doszło jednak do skandalu. Sławomir Orłowski, który jak wynika z naszych informacji, jest absolwentem kierunku politycznego dęblińskiej szkoły lotników zastawił pułapkę na Ewę Błasik. Orłowski przybył na wystawę w asyście fotografa i Władysława Harasimowicza z Domu Wydawniczego Harasimowicz i wręczył swoją ostatnią książkę wdowie po tragicznie zmarłym generale.

Podszedł do mnie Sławomir Orłowski. Znałam go, ponieważ w tym samym roku co mój mąż skończył szkołę w Dęblinie. Dlatego też ucieszyłam się i przywitałam go. On wręczył mi swoją książkę „Pokolenia dywizjonu 303”. Okładka mi się spodobała, była wymowna. Na dole zauważyłam napis: „od generała Skalskiego do generała Błasika”. Pomyślałam, że jest to książka prawdy i w dobrej wierze ją przyjęłam. Nasze spotkanie było fotografowane, ponieważ Orłowski był tam ze swoi fotografem. Uwieczniono więc przekazanie mi tej publikacji

– relacjonuje Ewa Błasik.

Dopiero wracając do domu Ewa Błasik zorientowała się, że w sposób podstępny została wykorzystana do legalizacji kłamstw i paszkwilu na swojego tragicznie zmarłego męża.

W drodze powrotnej do domu zaczęłam czytać książkę. Okazało się, że jest ona pełna kłamstw. To jest paszkwil na śp. mojego męża, Prezydenta RP i ministra obrony narodowej Aleksandra Szczygło. On ich wszystkich brutalnie oszkalował. Poczułam się wykorzystana przez Orłowskiego do legalizacji tych bzdur. Boję się, że on będzie wykorzystywał zdjęcia z naszej rozmowy do uwiarygadniania kłamliwych tez zawartych w tej książce

– wyjaśnia nam Ewa Błasik.

W rozmowie z portalem wPolityce.pl przyznaje, że zszokowana jest ona i jej dzieci:

Córka płakała, pytając dlaczego tamten człowiek wypisuje takie rzeczy, dlaczego kłamie. W książce tego człowieka są nieprawdopodobne fantazje. On żeruje na śmierci ofiar katastrofy smoleńskiej. Chce się wypromować, kłamiąc na temat mojego męża.

Wydawcą książki Orłowskiego jest Dom Wydawniczy Harasimowicz. Na swoim profilu na Facebooku chwali się książką i przedstawia ją jako swoją nowość. We wpisie DWH czytamy:

Na szczególną uwagę zasługują opisy karier oficerskich ze znamiennej i tragicznej promocji z 1985 roku. Generałowie piloci: Błasik, Andrzejewski, Bartoszcze, Piłat, Śliwka i Mikutel osiągnęli najwyższe stanowiska dowódcze. Błyskotliwe kariery aż dla czterech z nich zakończyły się śmiercią w lotniczych katastrofach! Co spowodowało ich wzlot i upadek? Czy tragiczny los legendarnego Ikara jest pisany wszystkim ambitnym pilotom? Jak wyglądały kulisy lotu Tu-154 do Smoleńska? Wszystkie odpowiedzi na te pytania i znajdziecie w książce napisanej przez bezpośredniego świadka ważnych lotniczych wydarzeń i ich kolegę z promocji redaktora Sławomira Orłowskiego.

Wygląda jednak na to, że Orłowski ma jedynie do przekazania rosyjskie kłamstwa na temat katastrofy smoleńskiej i jej „głównych winowajców”. Ewa Błasik zaraz po wstępnym zapoznaniu się z przekazaną jej książką zadzwoniła do wydawnictwa.

Mówiłam im, że książka nadaje się jedynie na proces. Usłyszałam, że wydawca nie bierze odpowiedzialności za treści zawarte w niej, że nie wie czy to jest książka kłamliwa czy prawdziwa, ponieważ nie zna środowiska lotniczego. Powiedziałam, że to wszystko, co się w niej znajduje, nie ma związku z prawdą

- tłumaczy Ewa Błasik i apeluje, by książki Orłowskiego nie kupować.

Gen. Andrzej Błasik oraz jego żona Ewa Błasik po raz kolejny stali się ofiarą niegodziwości ludzkiej. Po raz kolejny okazuje się, że byli oficerowie polityczni lansujący się na dziennikarzy oczerniają rodzinę gen. Błasika i legalizują rosyjskie kłamstwa na jego temat. Tym razem do tego procederu postanowiono wykorzystać również rodzinę śp. Dowódcy Sił Powietrznych RP.

"politycznych" na WSOSP'ie było sporo i ile po 89 mało który miał odwagę się przyznać co robił (jak się szmacił) to teraz zaczynają brylować od nowa, znak czasów!

na WOSL-u, na WSOSP-ie troche mniej ;