Co zatrzymało rozwój sportów lotniczych? Diagnoza sprzed 30 lat niestety dalej aktualna
Okazuje się, że tekst napisany blisko 30 lat temu nadal trafnie opisuje rzeczywistość polskiego lotnictwa sportowego. Poniżej publikujemy artykuł Zbigniewa Kędziory, pilota, instruktora, organizatora i doświadczonego działacza środowiska lotnictwa lekkiego, od ponad pięćdziesięciu lat aktywnie zaangażowanego w rozwój polskiego lotnictwa ultralekkiego.
Autor, mający za sobą tysiące godzin w powietrzu, organizację rajdów i pokazów lotniczych, działalność społeczną oraz udział w tworzeniu przepisów dla lotnictwa lekkiego, już trzy dekady temu wskazywał na problemy, które jego zdaniem hamowały rozwój sportów lotniczych. Nie był to głos z zewnątrz, lecz refleksje człowieka współtworzącego to środowisko.
Trudno nie odnieść wrażenia, że wiele z tych spostrzeżeń pozostaje aktualnych również dziś. Nie jako narzekanie, lecz jako rzeczowa diagnoza i zaproszenie do dyskusji nad tym, co można zrobić, aby sporty lotnicze ponownie przyciągały ludzi, media i sponsorów. Zapraszamy do lektury.
Choroba
Były czasy, gdy sporty lotnicze gromadziły nie mniejsze tłumy widzów niż mecze współczesnej piłki nożnej. Bohaterów awiacji, w chwilę po lądowaniu, tłum niósł na rękach i było tak na każdym lotnisku, gdzie się pojawili. Sam jeszcze pamiętam, jak na początku lat sześćdziesiątych parę tysięcy ludzi szło na aeroklubowe lotnisko zobaczyć zawody samolotowe, a tam... trzeba było kupić bilet. Kupowali!
Było, minęło. Większość lotniczych imprez sportowych odbywa się w kameralnej atmosferze, czyli... dla zawodników, którzy przeważnie znają się od lat, nawet na zawodach międzynarodowych. Pewnie jest tam miło i sympatycznie, bo czyż nie jest fajnie spotkać się ze znajomymi? A widzowie, sympatycy sportów lotniczych owszem przychodzą, lecz przeważnie wśród widzów dominują przypadkowi spacerowicze. Tłumów na lotniskach już nie ma, a media jakoś specjalnie się lotnictwem nie interesują. Chyba że zdarza się wypadek. Wtedy jest „njus”.
Dla przykładu, jak media traktują sporty lotnicze. Niedawno odbyły się mistrzostwa świata w nawigacji lotniczej oraz mistrzostwa świata w akrobacji szybowcowej. Były też inne ważne mistrzostwa rangi światowej. Niestety w publicznej TV więcej jest o okręgowej piłce kopanej niż o światowych czempionatach lotniczych.
Powiem szczerze, mam dość słuchania kolegów o biedzie i braku pieniędzy na udział w zawodach i mistrzostwach rangi europejskiej i światowej. Rozumiem, że nie ma pieniędzy na sprzęt dla masowego i darmowego szkolenia młodzieży. To "se ne vrati", koniec, kropka. Natomiast dla mistrzów, najlepszych zawodników świata, którzy na te wyżyny wybili się dzięki własnemu uporowi, inwestowaniu w sprzęt, w treningi i starty w kraju, i za granicą. No więc, jeśli są tacy zawodnicy, to nie umieć znaleźć pieniędzy na ich wyposażenie w najlepszy sprzęt, godziwe opłacenie trenera kadry, nie móc zdobyć środków na pokrycie kosztów wyjazdu ekipy na mistrzostwa Europy, to proszę państwa trzeba umieć... Nie będę się mądrzył za szybowników czy spadochroniarzy, niech działacze tych dyscyplin robią swoje. Pozostanę przy lataniu mikrolotowym. Więc nie wierzę, że sport mikrolotowy jest niemedialny, że latanie na motolotniach jest nieatrakcyjne dla widzów, nie wierzę, że dla czołowych sportowców świata nie można znaleźć sponsorów nawet biorąc poprawkę na kryzys beznadziejność gospodarki europejskiej.
Spójrzmy na ważne imprezy lotniczo-sportowe w państwach europejskich. Poza zawodnikami, organizatorami i sędziami nie ma na nich psa z kulawą nogą. Być może zagalopowałem się, bo na imprezach lokalnych, w małych miasteczkach, bywa więcej publiczności, ale to wciąż za mało, aby pchnąć lotnictwo sportowe na nowe tory.
Niedawno byłem Mikrolotowych Mistrzostwa Polski. Nie uczestniczyłem w nich w żaden sposób, byłem zwykłym kibicem (tym psem z kulawą nogą), więc patrzyłem z dystansem. Być może poziom sportowy w ocenie zawodników był dobry, być może organizatorzy zrobili wszystko, aby zawody odbyły się sprawnie i zawodnicy czuli się dopieszczeni, ale ja - stary motolotniarz - poczułem się zażenowany zakończeniem zawodów. W zasadzie jest to dzień najważniejszy, uroczysty, czas nagradzania mistrzów i podziękowań dla wszystkich oddanych temu sportowi ludzi. Stałem w niewielkiej gromadce ok. kilkunastu osób, w której większość stanowili znajomi, rodziny uczestników Mistrzostw i sami zawodnicy. I tylu nas widziało wiekopomną chwilę dekoracji i dziękczynienia. Medale wręczali przedstawiciele władz lokalnych. Z tzw. ramienia Aeroklubu Polskiego przybył na uroczystości jeden z pracowników AP. Najzupełniej godzien szacunku, ale... Nie było nawet nikogo z członków Zarządu, bo o prezesie czy sekretarzu generalnym nie marzyłem. Więc kogo tak naprawdę obchodziły te mistrzostwa?
Niestety ta choroba ma swoje przerzuty na Europę i może nawet cały świat. Kiedyś latając po europie trafiłem w lipcu 2003r na Węgry, aby podziwiać zakończenie Mistrzostw Mikrolotowych Europy w Nagykanizsa. Wspólnie z kolegami cieszyłem się z dwóch medali naszych zawodników. Dla tej podniosłej chwili wszyscy zawodnicy ubrali odświętne narodowe koszulki. Tylko nie bardzo zrozumiałem, co robił tam przed podium ów kudłaty facet w plażowych gaciach, podkoszulku i taternickich butach. Wyglądało, że wręcza medale. Matko jedyna, gdybym był zawodnikiem, pewnie byłoby mi przykro. Bynajmniej nie idzie o to, aby wręczał te medale człowiek w garniturze i aromatycznie wypachniony. Natomiast na Mistrzostwach Europy pojawiać się powinni przedstawiciele najwyższych władz Aeroklubu Węgierskiego i figę mnie obchodzą tłumaczenia, że w tym czasie odbywały się również mistrzostwa szybowcowe. Ciekaw jestem, czy przedstawiciele w międzynarodowym ruchu awiatorskim powiedzą komuś parę słów na ten temat?
Ale wróćmy do rzeczy. Jeśli imprezy mają takie oprawy, a medalami można pochwalić się co najwyżej w domu i przed sąsiadami, to lotniczym sportem nie zainteresujemy wielu ludzi. A jak nie będzie ludzi na imprezach, to nam sponsorzy pokażą figę. Bo oni nie są od działalności charytatywnej. My sami powinniśmy coś z tym zrobić.
Mistrz Świata Alek Dernbach już po raz 19 lub 20 (kto by to zliczył) wygrał czempionat Polski. Życzę mu, aby został Mistrzem , Ikariady, Europy, (świata już jest) układu słonecznego i galaktyki .. To jednak, że po raz 20 kosi wszystkich w Polsce, świadczy wspaniale o Alku, ale źle o organizacji tego sportu. I wcale się nie dziwię, że nie przybywa nowych twarzy na mistrzostwach. Większość pilotów, przy tym świetnych, nie chce latać sportowo
Po pierwsze, dystans w poziomie latania zawodniczego między czołówką sportową a pozostałymi pilotami (też znakomitymi) staje się przepaścią. Niejeden może by spróbował się z nią zmierzyć, ale ryzyko przegranej z tymi „zawodowcami” jest ogromne, a udział w imprezie kosztuje. Kto będzie ryzykował kilkanaście godzin mało przyjemnego latania, szarpaninę w termice i wietrze, podłamywanie sprzętu przy konkurencji lądowań, ponosił spore koszty, skoro w innych formach latania można się też znakomicie wyżyć? Z tego powodu nie wiem czy już przyszedł na świat nowy, potencjalny pogromca Alka, chyba ze ten sam się wycofa z udziału w zawodach.
Po drugie obecny rodzaj konkurencji jest mało zrozumiały i mało frapujący dla większości pilotów (przeliczniki, punkty...) – trzeba mieć rzeczywiście jakąś dziwną manię, aby się tym podniecać. Spotkałem się z opinią, że motolotnia to nie samolot i nie szybowiec. Po to ma silnik, żeby latać na silniku, a nie kombinować, jak tu latać bez benzyn (konkurencja oszczędnościowa). Do takiego latania, ludzie wymyślili już sprawniejsze statki powietrzne. Motolotnia jest zwrotniejsza niż przeciętny samolot, poza tym może lądować bezpiecznie niemalże na dowolnej łące, jest jak wszędołaz. Zatem ściganie się tego typu maszyn po powietrznych torach wyścigowych nie ma sensu. Należałoby wykorzystać swoiste cechy motolotni przy układaniu zadań nawigacyjnych, a wśród zadań technicznych trzeba „zagrać” na pełne wykorzystanie zalet motolotni.
W tym miejscu spójrzmy na całą rzecz okiem widza
Chcemy, aby on przyszedł na lotnisko. Chce tego (daj nam Boże) nasz sponsor. Otóż moi mili, startująca motolotnia to żadna rewelacja. Niechby raczej pokręciła się nad lotniskiem i pokazała co potrafi sędziom i jednocześnie widzom. A ona nie, ona leci w siną dal na trzy godziny. Potem pilot jak szczęśliwie wyląduje, to ściboli coś w papierach, oddaje sędziemu jakieś kwity i ledwie żywy znika. A widz chciałby cokolwiek z tego zrozumieć. Wyobraźmy sobie, że chce mu w tym pomóc komentator, który powie zgromadzonym na lotnisku widzom, na czym to wszystko polega i kto wygrywa.
I tak, najpierw opowiadałby o zawodnikach, których nie ma, bo polecieli w trasę. A gdy przylecą toby się widz dowiedział, że wylądował Iksiński, przekazał sprawozdanie z lotu, a wyniki będą rano lub wieczorem, albo jutro. Ponieważ widz nie ukochał sportów lotniczych tak silnie jak piłki kopanej, więc odchodzi z lotniska z przekonaniem, że niczego nie przeżył, niczego nie rozumie, że w sumie cale to latanie jest zwykłą kichą.
Komentator może chciałby zatrzymać zawiedzionego widza, opowiadając mu o konkurencji „celność lądowania”: „Proszę państwa. Tam na środku lotniska ludzie starają się trafić w taki prostokąt. Jak trafią, to wygrywają. Proszę się teraz położyć na trawie i trochę pospać, a sędziowie za parę godzin podadzą wyniki i wyłonimy zwycięzcę tej konkurencji o ile nie będą złożone protesty”. Gdyby tak się działo na skoczni narciarskiej w zawodach z udziałem najlepszych skoczków to tłum widzów rozszarpałby nieszczęsnego komentatora wraz z organizatorami. No i skoczkowie mają sponsoring, bo mają widzów.
Parę lat temu na Mistrzostwach Świata na Węgrzech, protestów było tyle, że sędziowie dwa dni i dwie noce je rozstrzygali. Żar lał się z nieba, orkiestra już grała, medale błyszczały na stoliku, a sędziowie wciąż debatowali. Całe szczęście, że widzów nie było (mistrzostwa odbywały się w szczerym polu), bo pewnie by gwizdali.
Pora już powiedzieć głośno, że sport lotniczy jest chory i może umrzeć na „uwiąd koncepcyjny”. Do powstania choroby sami przyczyniliśmy się, więc nie miejmy żalu, że nas nie chcą pokazywać w mediach, że nie mamy widzów, nikt się nie interesuje naszymi wyczynami. Tłum widzów nie zawyje z podziwu dla jakiegoś zawodnika, kiedy o jego wyniku (choćby nawet rewelacyjnym) dowie się dopiero na drugi dzień, kiedy emocje już opadną.
Wiem, są tacy, co to uważają, iż wszystko jest w porządku. Tłumaczą: „bo w Hiszpanii i Francji lub gdzieś tam w Anglii było podobnie”.
Co do Hiszpanów, wiem jedno. Największe wydarzenie sportów lotniczych jakim jest ikariada została zrobiona po amatorsku, tak po prostu - pięknie spartaczona.
Czytaj również: „Łączy nas Prawo Bernoulliego, reszta wymaga zmian”, rozmowa ze Zbyszkiem Kędziorą na temat lotnictwa lekkiego w Polsce
Zbigniew Kędziora (ur. 1954 r.) pilot, instruktor, organizator i działacz środowiska lotnictwa lekkiego, od ponad pięćdziesięciu lat aktywnie związany z polskim lotnictwem sportowym i ultralekkim.
Pierwszy kontakt z lotnictwem miał jako sześciolatek, kiedy odbył lot na kolanach ojca samolotem CSS-13, popularnie zwanym „kukuruźnikiem”. To wydarzenie – jak sam podkreśla – na trwałe zapisało się w jego pamięci i ukształtowało późniejszą pasję do latania. Choć los nie skierował go na zawodową drogę lotniczą, zainteresowanie lotnictwem towarzyszyło mu nieprzerwanie.
W 1974 roku rozpoczął szkolenie spadochronowe. Ówczesne realia różniły się znacznie od dzisiejszych standardów – sprzęt, organizacja i metody szkoleniowe były skromniejsze – jednak okres ten wspomina jako wielką przygodę i cenne doświadczenie. Spadochroniarstwo uprawiał do momentu powołania do wojska w 1979 roku.
Pod koniec lat 70., wspólnie z kolegą, zainteresował się lotniarstwem. W warunkach ograniczonego dostępu do dokumentacji technicznej zbudowali jedną z pierwszych lotni w Polsce. Konstrukcja powstawała na podstawie analiz fotografii zachodnich wzorów – proporcje i wymiary wyznaczano metodą porównawczą, odnosząc rozpiętość skrzydeł do sylwetki pilota. Efektem była jedna z największych lotni w kraju w tamtym czasie.
W połowie lat 80. jako doświadczony lotniarz i instruktor przez cztery lata prowadził obozy lotniowe nad jeziorem Szelment koło Suwałk, organizowane przez biuro turystyczne Juventur. W szkoleniach wzięło udział około 200 uczestników, wśród których znaleźli się późniejsi uznani piloci lotniowi. Równolegle rozwijał swoją aktywność w szybownictwie w Aeroklubie Suwalskim oraz zbudował pierwszą motolotnię wyposażoną w silnik Trabanta.
Przełom lat 80. i 90. to dynamiczny rozwój motolotniarstwa w Polsce. Zbigniew Kędziora zdobywał doświadczenie również za granicą – przez pewien czas mieszkał we Włoszech, gdzie latał na lotniach i motolotniach, przemierzając z powietrza znaczną część południowej Italii, aż po Sycylię. Był to okres intensywnego rozwoju technologicznego – silniki Trabanta zaczęły ustępować miejsca jednostkom Buran i Rotax, a motolotnie coraz częściej pojawiały się na pokazach lotniczych.
Brał udział w pokazach lotniczych w Góraszce (łącznie przez 11 lat) oraz w Dęblinie. Na potrzeby występów powołano „Pokazowy Zespół Motolotniowy”, który zaprezentował się publicznie czterokrotnie. W 1994 roku zainicjowano pierwszy Rajd Motolotniowy im. Krzysztofa Kosiora. Formuła rajdu zakładała pokonanie w ciągu sześciu dni jak największego dystansu – minimum 1000 km. W ciągu ośmiu edycji uczestnicy przemierzyli niemal całą Polskę, odwiedzając liczne aerokluby, w tym lotnisko w Dęblinie, gdzie jednorazowo zgromadziło się 36 motolotni. Rajd dwukrotnie wykraczał poza granice kraju – na Litwę (23 motolotnie i 2 samoloty ultralekkie) oraz na Węgry, by kibicować polskim zawodnikom podczas mistrzostw świata w Nagykanizsa. Wydarzenia te stanowiły znaczące wyzwanie organizacyjne i na trwałe zapisały się w historii środowiska.
Od około 20 lat jest właścicielem samolotu ultralekkiego. Z uwagi na kwestie organizacyjne i techniczne zrezygnował z posiadania motolotni, koncentrując się na jednym statku powietrznym. Równolegle pozostaje aktywnym żeglarzem i właścicielem jachtu.
Oprócz działalności lotniczej praktycznej angażuje się w sprawy organizacyjne i legislacyjne dotyczące lotnictwa ultralekkiego. W 2016 roku zainicjował działania mające na celu uproszczenie przepisów regulujących rejestrację samolotów amatorskich. Dzięki współpracy z przedstawicielami administracji rządowej doprowadzono do powstania rozporządzenia (nr 1041), które czasowo ułatwiło wpis do ewidencji statków powietrznych tej kategorii. Choć regulacje te w późniejszym okresie uległy ograniczeniu, wielu pilotów zdążyło z nich skorzystać.
Wobec braku reprezentatywnej organizacji środowiskowej zdolnej do dialogu z Urzędem Lotnictwa Cywilnego, współtworzył pięć lat temu „Konsultacyjny Zespół ds. Lotnictwa Lekkiego”. Zespół opiera się na jasno określonych zasadach: członkowie nie prowadzą komercyjnej działalności w branży ultralekkiej, są czynnymi pilotami oraz właścicielami statków powietrznych, a także posiadają praktyczne doświadczenie i wiedzę merytoryczną. Celem zespołu jest reprezentowanie środowiska wobec władz i inicjowanie konstruktywnego dialogu.
ZKLL był organizatorem ogólnopolskich zlotów lotniczych (m.in. Narew, Płock–Jeziorko, Włocławek) oraz konferencji „Bariery rozwoju lotnictwa” w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu.
Obecnie Zbigniew Kędziora pełni funkcję prezesa Zarządu Towarzystwa Lotniczego Białystok, które zarządza lądowiskiem Brody. Nadal aktywnie uczestniczy w życiu środowiska lotnictwa lekkiego, łącząc wieloletnie doświadczenie pilota z działalnością organizacyjną i społeczną.
Komentarze