Relacja z diamentowego lotu na fali Marcina Szymury

Szybowce na górze Żar (fot. Marcin Szymura)

W dniu 22 listopada br. Marcin Szymura, członek Aeroklubu Rybnickiego Okręgu Węglowego, startując z góry Żar wykonał lot na fali szybowcem Jantar Std 3, którym zdobył brakujący diament do swojej Złotej Odznaki (przewyższenie). Zapraszamy do przeczytania relacji Marcina Szymury z tego lotu.

Diamentowy lot na fali

"W niedzielę 22 listopada wybraliśmy się po raz kolejny na Żar z zamiarem polatania na fali. Prognozy wskazywały, że nie powinno być gorzej niż w czwartek, a wtedy wiało naprawdę solidnie. Tradycyjnie dzień przed wyjazdem sporo telefonów z ustaleniem kto chętny i czy w ogóle zbierze się ekipa. Ostatecznie okazało się, że jadę z Gienkiem i Andrzejem Salamonem czyli wprawionym pomocnikiem z zawodów w Ostrowie. Drugą ekipę tworzą Grzegorz Smołka i jego trzech młodych podopiecznych. W niedzielę rano, kilka minut po 6.00 spotykamy się z Andrzejem i od razu podpinamy wózek z EP i ładujemy się do auta. Z Grzegorzem szybko ustalamy, że my jedziemy na Żar, a on ze swoją ekipą będą atakować Lipową. O 6.20 wyjeżdżamy z lotniska i po drodze zabieramy Gienka. Jadąc drogą na Pszczynę nad górami widać już pierwsze soczewki na tle powoli wschodzącego słońca. Jesteśmy pełni optymizmu.

Na Żar dojeżdżamy bez żadnych komplikacji (niedziela rano mały ruch) i już o 7.30 meldujemy się z przyczepą pod dolnym hangarem. Jest jakby spokojniej niż ostatnio ale i tak praktycznie wszystkie szybowce stoją już przygotowane na zboczu. Odpinamy przyczepę i zajmujemy miejsce prawie to samo co ostatnio, a następnie szybko składamy EP tak żeby zdążyć jeszcze przed odprawą. O godzinie 8.00 odprawa na starcie. Szef wyszkolenia omawia procedury startu i lądowania oraz ogólne zasady bezpieczeństwa w lotach górskich. Godzina pierwszego startu ziemnego zostaje ustalona na 8.30. Do startu mam sporo czasu bo i tak jestem w kolejce jako jeden z ostatnich – za mną zostały tylko 2 szybowce. Gienek z Andrzejem będą atakować Puchacza, który póki co jest zajęty ale następni w kolejności mają być właśnie oni. Po złożeniu EP okazuje się, że jakoś ubyło powietrza w kołach od ostatniego razu ale ktoś mądry stwierdził, że nie bez wpływu jest temperatura, która o poranku na Żarze spadła poniżej zera.

Zgodnie z planem o 8.30 wystartowała holówka z Puchaczem na sznurku. Dzięki temu zrobiło się trochę miejsca na zboczu i podciągnąłem sobie samochodem EP na górkę tak, żeby potem wypchnąć się tylko na pas startowy. W końcu miałem czas żeby przygotować sobie na spokojnie Jantarka. Dopieściłem go taśmą na łączeniu skrzydło-kadłub, zamontowałem aku i podstawkę pod loger. W końcu przyszedł czas na tlen. Niestety butla była napełniona tylko do połowy, więc miałem pewne obawy, czy jest go wystarczająco duzó na cały lot (jak się potem okazało zupełnie niepotrzebnie). Starty szły dość sprawnie i mimo, że szybowców była podobna ilość jak ostatnio, to kolejka w miarę sprawnie poruszała się do przodu. Oczywiście pierwszeństwo w startach miały Puchacze i szybowce z Żaru, a następnie „prywaciarze". Po lądowaniu pierwszego Puchacza miejsce w przedniej kabinie zajął Andrzej i on jako pierwszy z nas poleciał na spotkanie z Panią Falą. Tym razem nad pasem nie było takiej turbulencji jak w czwartek i holówka z szybowcami wychodziła spokojnie bez niepotrzebnych atrakcji.


(fot. Marcin Szymura)

W końcu koło 11.00 na Żar dotarła reszta naszej ekipy z Grzegorzem na czele. Niestety nie udało im się polecieć z Lipowej z uwagi na niesprawnego Bociana, którego po złożeniu musieli i tak szybko zdemontować. Po około 1,5 h lotu wylądował Andrzej ze swoim instruktorem. Zbliżała się godzina 12.00 i kolejka coraz bardziej zmierzała w moim kierunku. Niestety trochę martwił obraz nieba bo pojawiało się na nim coraz więcej zachmurzenia średniego, które mogło utrudnić latanie na fali. W końcu o godzinie 11.54 EP oderwał się żwawo od pasa i razem z holówką zaczęliśmy dość szybko nabierać wysokości. Niestety początkowo leciało mi się bardzo niewygodnie. Kilka warstw spodni oraz bluz zwieńczonych kurtką narciarską spowodowało, że szczelnie wypełniłem całą kabinę. Czułem się jakbym przytył ze 20 kg. Hol na Magurkę nie trwał długo i na wysokości 600m ponad lotnisko pociągnąłem za wyczep. Od tej pory trzeba już sobie radzić samemu.


(fot. Marcin Szymura)

Poleciałem kawałek po prostej i w pierwszym noszeniu od razu zacząłem esować. Zrobiłem tak dlatego, że wario od razu wskazało 2-3 m/s, a na żaglu nie było żadnego szybowca. Po paru esach miałem już 700 m (wszystkie wys. w odniesieniu do lotniska EPZR) i stwierdziłem, że warto odprostować bo noszenie się ustabilizowało i pewnie za chwilę pojadę windą do góry. Niestety tak jak szybko znalazłem noszenie, tak równie szybko wpadłem w duszenie, które zamknęło wariometr i 100 m wysokości zgubiłem dosłownie w kilkanaście sekund – rotor to jednak piekielna siła. Przez chwilę myślałem, że nie dam rady nawet dolecieć z powrotem do zbocza. Od tego momentu nabrałem jeszcze większego szacunku do latania w górach i postanowiłem, że spróbuję grzecznie wygrzebać się nad Magurkę nie oddalając się zbytnio od zbocza. Tak też zrobiłem i powoli, mozolnie nabierałem wysokości esując w rejonie najbardziej wysuniętej na południe części zbocza. Na 900 m byłem już nieźle spocony w tym całym ekwipunku i musiałem otworzyć przedni nawiew żeby nie utracić widoczności. Powyżej 900 m noszenie zdawało się robić coraz bardziej laminarne, a to świadczyło że fala zaczyna mnie powoli zabierać do siebie. Niestety w metrowym noszeniu wysokościomierz przesuwał się do góry jak na zwolnionym filmie, ale nie wypadało narzekać, bo jak się okazało niektórzy jeszcze walczyli w parterze.


(fot. Marcin Szymura)

W końcu z wysokości 1500 m postanowiłem przeskoczyć w stronę Skrzycznego, bo dalsze latanie przy Magurce nie miało już sensu. Jak tylko zbliżyłem się do drogi Bielsko-Żywiec znów wpadłem w duszenie, które zamknęło wariometr, a stery dosłownie przestały reagować. Spadałem jakbym wsiadł do windy jadącej w dół. Zapas wysokości po prostu topniał. 500 m straciłem szybciutko, ale w końcu przeleciałem za dwupasmówkę i poczułem pierwsze ruchy powietrza w odwrotnym kierunku. No nareszcie, bo większość szybowców latała już dość wysoko, a ja się grzebałem. Na początku wario wskazywało nawet 3 m/s noszenia ale potem ustabilizowało się na poziomie 2 meterków. Niestety kolejny przystanek zaliczyłem na wys. 1700 m. Nagle nie mogłem znaleźć noszenia mimo, że wracałem praktycznie po tej samej trasie. W końcu w rejonie między Skrzycznym a Szyndzielnią zaczęło nosić maksymalnie do 1,5 m/s co pozwoliło powoli wchodzić w wyższe partie fali. Będąc na 3000 m zauważyłem, że na południe do Skrzycznego w rejonie Węgierskiej Górki lata kilka szybowców na bardzo dużej wysokości. Przemieściłem się w to miejsce i był to strzał w dziesiątkę. Laminarne 2 meterki i winda do góry ruszyła. Na wys. 3700 m założyłem kaniule i odpaliłem tlen na dawkę 3. EP szybko zaczął połykać kolejne setki metrów i ani się nie obejrzałem, a już zbliżałem się do 5000 m. Na palec założyłem pulsoksymetr żeby sprawdzić jak natlenienie organizmu – było dobrze w granicach 97-98 % ale po przekroczeniu 5000 m zwiększyłem tlen do 5 (maks. ustawienie to 7).


(fot. Marcin Szymura)

Kabina zaczęła zamarzać od środka i teraz zacząłem doceniać ubiór na cebulkę. Kilka warstw robiło dobrą robotę, jedynie musiałem co chwilę ruszać palcami u nóg, żeby je trochę pobudzić. Co jakiś czas wykonywałem pełne wychylenia sterów, żeby przeciwdziałać ich ewentualnemu oblodzeniu. Kabinka zamarzła już od ramy do 1/3 wysokości i poczułem się bardziej jak w piracie niż w Jantarku. Od wysokości około 5300 m noszenie trochę zelżało i maksymalnie dochodziło do 1m/s. Teraz najważniejsze żeby z niego nie wypaść bo do diamentu było już bardzo blisko. Do euforii już niewiele brakuje, ale musiałem jeszcze zachować koncentrację na ostatnie kilkaset metrów. W końcu osiągam 5700 m nad EPZR ale żeby mieć 100% pewność podkręcam jeszcze 100 m i z 5800 m podziwiam piękne widoczki. Niestety telefon szybko mi padł i nie miałem możliwości tego udokumentować (zdjęcia z 19.11.2020 r.) . To też utrudniło mi sprawdzenie poziomu tlenu w butli, którą miałem za głową. Byłem zmuszony nieźle się wygiąć, żeby coś tam zobaczyć ale udało się – manometr pokazuje jeszcze ¼ butli czyli na spokojnie mogę rozpocząć schodzenie. Powoli zacząłem opuszczać tą piękną choć bardzo zimną krainę. Lód z szyby zaczął znikać wraz z utratą wysokości. Oczywiście przyssawka nie dała rada i odpadła podczas wznoszenia na ok. 4000 m. Przez radio zaczęli ściągać szybowce, które startowały jako pierwsze. Stwierdziłem, że też nie będę się ociągał z lądowaniem i wbiłem się w kolejkę zgłaszając nad Żarem 900 m. Byłem trzeci w kolejności. Wejście w krąg znad internatu z 300 m, a po chwili zgłaszam prostą do lądowania. O 15.06 melduję się na ziemi, gdzie wita mnie Andrzej, z którym od razu przybijam piątkę i szczęśliwy spycham EP z pasa, robiąc miejsce kolejnym szybowcom.

Tak udało się – mam diament, jest szczęście, po prostu jest pięknie."

Gratulujemy!

Przypomnijmy, że podczas tegorocznych zawodów szybowcowych Ostrów Glide w klasie Klub A, które rozgrywane były w dniach 14-26 sierpnia na lotnisku Michałków, Marcin Szymura zdobył brązowy medal.

Źródło: Marcin Szymura
comments powered by Disqus