Challenge Internationale des Avions de Tourisme 1932r.

Franciszek Żwirko (z lewej) oraz Stanisław Wigura przed RWD-6 SP-AHN

To w tym roku tak głośno o sukcesie Polaków na miedzynarodowych zawodach samolotowych, gdyż przypada 80 jego rocznica. Aby nie była to tylko martwa data w naszych kalendarzach, zachecamy do lektury artykułu o tym jak to wtedy wyglądało....


1928 r. – organizatorem pierwszych zawodów samolotów turystycznych został Aeroklub Francji. Na starcie stanęło 25 pilotów. Do pokonania mieli blisko 2 000 km. Mieli je pokonać w przelocie etapowym. Jedną z konkurencji był lot okrężny dookoła Francji. Impreza okazała się bardzo trudną dla ludzi i maszyn. Do mety doleciało 6 pilotów. Ale co ważne pierwszy krok został właśnie zrobiony.

Rok później powtórnie organizatorem i gospodarzem pierwszego Challenge` u. Skorzystała z tego FAI. Została patronem tej imprezy. Tak właśnie narodziło się znane nam lotnictwo sportowe.

Z chwilą ogłoszenia zawodów do wiadomości uczestników i kibiców został podany regulamin. Podawał nie tylko co będzie podlegało punktacji. Zawierał informacje jakie samoloty mogą brać udział w zawodach.

Tak więc na starcie pierwszych tego typu zawodów znalazły się samoloty z pięciu państw. Francuzi, Niemcy, Włosi, Szwajcarzy i Czechosłowacy wystawili łącznie 55 maszyn. Na starcie zabrakło Anglików. Linię mety osiągna)ęły 31 samolotów. Zwycięzcą okazał się niemiecki pilot Morzik. Fritz Morzik leciał na BFWM – 23 C.

Rok później gospodarzami stał się kraj zwycięzcy z 1929 r. Aeroklub Niemiec na potrzeby zawodów opracował nowy regulamin. Ten w swojej treści bardzo wysoko stawiał przed konstruktorami ocenę techniczną samolotu. Płatowiec był poddawany ciężkim próbom. Przedłużona została trasa lotu. Dlatego też wzrosły wymagania co do zwiększenia prędkości podróżnej lecącego samolotu. Nowością podlegającą ocenie była próba startu i lądowania. Krótki okres dzielący od siebie imprezy za bardzo nie pozwalał na przygotowanie nowych maszyn, a pilotom na odpowiedni trening. Do imprezy zostało zgłoszonych 101 maszyn. Wśród nich, po raz pierwszy znalazły się konstrukcje rodem z Polski wraz z polskimi załogami. Nasza reprezentacja składała się z trzech RWD – 2 i w tej samej liczbie RWD – 4. Ze startu skorzystały również Polskie Zakłady Lotnicze i Podlaska Wytwórnia Samolotów. Mimo, że na starcie zabrakło tym razem Czechosłowacji a znalazła się Hiszpania i Wielka Brytania. Co po wycofaniu się niektórych zawodników dawało 61 maszyn, z którymi przyjdzie stoczyć nam nowicjuszom - sportową ciężką walkę z silnymi, ale czy lepszymi, przeciwnikami?

Początek zapowiadał się dla Polaków pomyślnie. Niestety dalszy ciąg nie był optymistyczny. Jeden z naszych reprezentantów znalazł się w szpitalu. Para innych miała uszkodzony samolot przez obsługę naziemną lotniska. Mimo naprawy pech jej nie opuszczał. Silnik odmówił posłuszeństwa. Kłopoty z nim miały inne nasze załogi. RWD zdawały się zawodzić swoich konstruktorów. Nie było lepiej z lotem okrężnym załóg startujących za sterami PZL i PWS. Niemcy natomiast powtórzyli swój sukces. Zwyciężył ten sam zawodnik na odpowiednio zmodyfikowanej wersji używanej w poprzednich zawodach.

Ogłoszono, że następna impreza będzie miała miejsce w 1932 r. Organizatorem jej będzie Aeroklub Niemiec. Ten również ma opracować i podać do wiadomości uczestników nowy regulamin zawodów. Tak się stało. Wprowadził koleiną nowość. Była to ocena prędkości minimalnej i maksymalnej. Każdy z uczestników wykorzystywał cenny czas na przygotowanie ludzi i samolotów. Polacy nie próżnowali. Inżynierowie od RWD i PZL wyciągnęli wnioski z nie tak dawnej porażki. Nie poddali się. Efekt ich pracy można było obejrzeć na wiosnę 1932 r. Próby w powietrzu i ziemi odbywały trzy RWD – 6 i PZL - 19. Nie wszystko przebiegało zgodnie z planem. W czasie prób uległ zniszczeniu jeden z wystawionych do zawodów RWD. Pilot, który miał na nim uczestniczyć w zawodach został skreślony z listy zawodników. Co nie oznaczało, że reszta ekipy nie przerwała treningu. Latali.

Do imprezy, która miała się odbyć od 11 do 28 sierpnia 1932 r., Polska wystawiła pięć załóg. Na starcie oprócz gospodarzy, pojawiły się nie tylko nasze samoloty, ale również z Czechosłowacji, Francji, Szwajcarii i Włoch. 43 maszyny. Od początku gospodarze, a tym samym organizatorzy, byli uważani za faworytów. Wystawili najwięcej maszyn i o czym należy pamiętać i powtórzyć - byli u siebie. Gdy jednak doszło do prób technicznych, zainteresowani spojrzeli ciekawie w kierunku polskiej ekipy. RWD i PZL otrzymały więcej punktów od Niemców i Włochów nawet Francuzów. Po starcie na bramkę i próbach minimalnej prędkości zaczęły się poważne spekulacje. Która z maszyn lepsza - niemiecka czy polska.

Lot okrężny za każdym razem był surowym sędzią w ocenie ludzi i samolotów. 7 360 km przez 11 krajów do pokonania w 3 etapach wystarczy aby co słabsi zrezygnowali albo odpadli w drodze. Nasza para Żwirko i Wigura startowała do niego z przewagą punktów. Dawało to polskim załogom pewną szansę. Tylko, że Niemcy mają więcej samolotów. Dlatego postanowili się podzielić na dwie grupy. Pierwsza, kontroluje sytuację wśród rywali. Druga narzuca szybkość potencjalnym rywalom. Kto się da nabrać na ten manewr. Skusili się Włosi. Mieli do tego powód. Jeden z etapów wiódł do Rzymu. Niestety, to szaleństwo skończyło się dla nich tragicznie. W efekcie musieli się wycofać z dalszego wyścigu. Polska ekipa leciała nadzwyczaj spokojnie. Nikogo nie ponosiła ułańska fantazja. PZL starały się być bliżej grupy prowadzącej, a RWD zachowywały dystans. Tak, że mimo ubywania zawodników, gdy doszło do podsumowania drugiego etapu okazało się, że Żwirko ma więcej punktów od najlepszych Niemców.

Do decydującego rozdania miało więc dojść na ostatnim etapie. Paryż przez Kopenhagę do Berlina, długość 2 400 km. Niemcy postawili wszystko na jedną kartę. Kto wygra Heinkle czy RWD. Żwirko ląduje pierwszy w Dortmundzie. Gdzieś się „zgubił” najpoważniejszy rywal Poss. Seidemann i Marienfeld depcze Polakowi po ogonie. Goteborg Niemcy lądują pierwsi. Na nocleg w Kopenhadze odlatuje Żwirko i Poss. Gdy przylatują do Hamburga czekają na poprawę pogody. Pozostali z ekipy gospodarzy mimo wiatru wiejącego od czoła lecą dalej do… Berlina. Wiatr się wzmaga. Komunikat meteo zawiera optymistyczną wiadomość – na wysokości 2 000 m stoi cisza. Żwirce nie trzeba dwa razy powtarzać. Nabiera wysokości. Jest. Poss idzie jego śladem. Nasz ma nad swoim rywalem pięć punktów przewagi. Ma lepszy czas. Daje więc pełny gaz…

Ostatnia konkurencja. Do pokonania tylko- czy aż - 300 km. Żwirko startuje pierwszy tuż za nim Poss i reszta jego rodaków. Czuje ich oddech na swoich plecach. Minął drugi ostatni punkt kontrolny z tego już prosta droga do Berlina. Pościg rośnie w oczach. I już skrzydła mijają linię mety. Żwirko wygrał Challange w 1932 r. przewagą 3 punktów nad Possem i Mrozikiem. 9 i 11 miejsce zajęły polskie załogi. Niemcy uplasowali się na wszystkich poza 5. To należało do Szwajcara. Do mety doleciało dziewiętnaście samolotów.

Konrad Rydołowski

Źródło: Konrad Rydołowski
comments powered by Disqus