Przejdź do treści
Źródło artykułu

„Na pustyni przez chwilę pachniało domem”. Z cyklu WETERANI cz. 2

Najpierw był żar. Taki, który odbiera oddech już po wyjściu z samolotu. - Czułem się, jakbym wszedł do piekarnika. Gorąco, sucho, wszędzie piasek i brak naturalnej zieleni – wspomina dziś płk pil. Łukasz Piątek, zastępca dowódcy 4 Skrzydła Lotnictwa Szkolnego, który na przełomie 2017–2018 roku dowodził Polskim Kontyngentem Wojskowym w Kuwejcie w ramach operacji Operation Inherent Resolve.

Po latach płk pil. Łukasz Piątek przyznaje, że do życia na misji można się przyzwyczaić. Tymczasowe baraki, infrastruktura budowana wyłącznie na potrzeby operacji i pustynia ciągnąca się po horyzont szybko stają się codziennością.

Życie na pustyni

Misja miała swoją rutynę. Rano śniadanie, później obowiązki służbowe, obiad, praca do popołudnia. Wieczorami sport, chwila odpoczynku albo krótkie wyjazdy poza bazę.

Ale gdzieś obok tej codzienności cały czas trwała operacja wojskowa. - W tym samym czasie załogi naszych Jastrzębi (samolotów F-16) realizowały zadania w przestrzeni powietrznej Iraku od poniedziałku do soboty - opowiada płk Piątek, pilot F-16. Polscy żołnierze współpracowali z siłami koalicji, przede wszystkim z Amerykanami. Z bazy Al Jaber transportowano zaopatrzenie dla polskich żołnierzy sił specjalnych stacjonujących w Iraku, między innymi w Bagdadzie i bazie Al Asad. - 

Korzystaliśmy z lotnictwa Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. To była codzienna współpraca i wspólna odpowiedzialność za bezpieczeństwo naszych ludzi - wspomina zastępca dowódcy 4SLSz.
W kuwejckiej bazie stacjonowali również Włosi wykonujący zadania rozpoznawcze. - Po misji chodziliśmy czasem do prowadzonej przez nich pizzerii. To była najlepsza pizza na świecie, szczególnie po wielogodzinnej misji nad Irakiem  - przyznaje z uśmiechem nasz rozmówca.

„Żołnierze stają się rodziną”

Choć życie na misji miało swój rytm, a poczucie tymczasowości było obecne cały czas. - Baraki były tymczasowe, cała infrastruktura budowana tylko na potrzeby misji. Człowiek wiedział,
że jest tam na chwilę - opowiada weteran. A jednak po kilku miesiącach żołnierze zaczynali funkcjonować jak jedna rodzina. - Spędzaliśmy ze sobą 24 godziny na dobę przez ponad pół roku. W takich warunkach człowiek naprawdę poznaje innych ludzi - mówi płk pil. Łukasz Piątek.

Jak przyznaje, właśnie podczas misji dowódca widzi swoich podwładnych inaczej niż podczas codziennej służby w kraju. - Na misji dowódca bardziej zżywa się ze swoimi żołnierzami. Dostrzega cechy charakteru i osobowości, których wcześniej nie miał szansy zobaczyć - tłumaczy. Szczególnie ważna staje się wtedy lojalność. - Nie kolesiostwo, tylko prawdziwa lojalność oparta na wzajemnym szacunku, wspólnych celach i zaufaniu do dowódcy - podkreśla.

Jak mówi, od początku zależało mu, by żołnierze wrócili do kraju z poczuciem dobrze wykonanej misji, ale też z przekonaniem, że dowództwo pamiętało o nich i ich rodzinach. - Wysyłaliśmy kartki świąteczne i listy gratulacyjne do rodzin żołnierzy. Szczególnie dumni byli rodzice i dzieci moich podwładnych - wspomina.

Rozłąka

Na misję wyjeżdżał, zostawiając w Polsce żonę, dwuletniego syna i trzymiesięczną córkę. - Rozłąka z rodziną nigdy nie jest łatwa - przyznaje. Wiadomo, że współczesne środki komunikacji pozwalają dziś na codzienny kontakt, ale, jak podkreśla,  żadna rozmowa przez telefon nie zastąpi obecności w domu. - Żadna misja nie wynagrodzi rozłąki z najbliższymi - mówi spokojnie. Dlatego nie zgadza się z tymi, którzy patrzą na misje wyłącznie przez pryzmat pieniędzy. - To złe podejście. Taki wyjazd to przede wszystkim ogromne doświadczenie, przygoda i przyjaźnie, które zostają na całe życie – podkreśla płk Piątek.

Irak widziany z powietrza

Jednym z najmocniej zapamiętanych przez naszego rozmówcę obrazów pozostaje sam Irak. - Praktycznie po przekroczeniu granicy było widać różnicę między ogromnym zapyleniem Kuwejtu a przejrzystością powietrza nad Irakiem - opowiada. Z góry dobrze było widać także skutki wojny. - Zieleń tylko wzdłuż Tygrysu i Eufratu, a dalej pustynia. I zniszczone prawie wszystkie mosty oraz lotniska - opowiada. To właśnie takie obrazy najmocniej przypominają, czym naprawdę jest wojna, nawet jeśli ogląda się ją z kabiny samolotu.

Smak Górnego Śląska na kuwejckiej pustyni

Pod koniec rozmowy pułkownik wraca jeszcze do jednego wspomnienia, o którym wcześniej publicznie nie opowiadał. Na kuwejckiej pustyni jego żołnierze postanowili zrobić mu niespodziankę.
- Pochodzę z Górnego Śląska, więc dziewczyny przygotowały rolady i kluski śląskie. I powiem szczerze, najlepszą roladę jadłem właśnie w Kuwejcie - przyznaje z uśmiechem, po chwili dodając: - Przez moment na tej kuwejckiej pustyni naprawdę było czuć smak domu – kończy zastępca dowódcy 4SLSz.

To chyba właśnie dlatego po latach od zakończenia misji płk pil. Łukasz Piątek najmilej wspomina nie pustynię, loty i odprawy tylko ludzi i relacje budowane z daleka od rodzinnego domu. 

Tekst: por. Marlena Kuna
oficer prasowy 4SLSz
 

FacebookTwitterWykop
Źródło artykułu

Nasze strony