Sebastian Kawa: Znów wśród kondorów

SZD-56-2 "Diana-2" w Andach (fot. sebastiankawa.pl)

Z wielkim entuzjazmem leciał Sebastian w Andy.

Ekscytowały go wspomnienia ze wspaniałych lotów w tych potężnych górach podczas mistrzostw świata w 2010 roku, oraz fascynujących lotów nad Aconcaguę i na fali w Patagonii. Mimo zmęczenia trwającą półtorej doby podróżą udał się wprost na lotnisko Vitacura, aby wyciągnąć szybowiec z klatki transportowej i zmontować go do lotu.

Entuzjazm przeszedł w rozpacz, gdy nazajutrz po dokładnym oczyszczeniu z podróżnego pyłu mógł dokładnie ocenić jego stan. Lustrzane powierzchnie skrzydeł zamieniły się w powierzchnię stawu owiewanego zefirkiem.

Katastrofa. Utrata walorów aerodynamicznych, a być może także naruszenia struktury skrzydła w stopniu uniemożliwiającym latanie.

Nie wiadomo jeszcze, czy destrukcja ta była efektem błędów wykonawczych, czy przegrzaniem szybowca podczas długiego postoju w klatce transportowej.

Nie wiadomo jeszcze, czy destrukcja ta była efektem błędów wykonawczych, czy przegrzaniem szybowca podczas długiego postoju w klatce transportowej.

Tyle kosztów, tyle przygotowań i trudu na nic ?! Czyżby Sebastian miał czekać tu do dnia powrotu w roli obserwatora wyścigów ? Pośpieszne konsultacje z Jurkiem Biskupem, Grzegorzem Peszke i prof. Kubryńskim, oraz producentami szybowca, braćmi Jonker, dały wytyczne do badania stanu konstrukcji. Szczegółowa ocena według tych wskazówek wskazuje na to, że ze stanem struktury szybowca nie jest tak źle, ale serce krwawi na widok powierzchni skrzydeł.


Carlos Roca

W locie szybowiec zachowuje się poprawnie. Sebastian uzyskał nawet najlepszy wynik podczas pierwszego dnia treningu i wygrał wczoraj pierwszą konkurencję zawodów Abierta-Cordilliera stanowiących preludium do mistrzostw świata.


Rene Widal

Przez połowę 463- kilometrowej trasy ścigał się łeb w łeb  z latającym na „Ventusie 3” Chilijczykiem Rene Widalem. Szybowiec ten jest najnowszym produktem firmy Schemp Hirth, ale Rene nie doszacował warunków i nie zabrał pełnego balastu wody.

Teraz czeka Sebastiana wiele dni bardzo uciążliwego ręcznego szlifowania skrzydeł, lecz to dla niego nie nowina.

Wesołe jest życie reprezentanta

Po lotach demontowanie szybowca, ręczne szlifowanie zdeformowanych skrzydeł.

Od rana znów ćwiczenia ruchów właściwych dla praczek korzystających niegdyś z taki i balii. Potem pośpieszne montowanie szybowca i lot. Po wylądowaniu powtórka z zajęć warsztatowych i tak wkoło. Nie ma czasu na nudę…

Zawody te są okazją do poznania Andów, więc wczoraj Sebastian zdecydował się na lot wzdłuż najwyższego skalnego łańcucha wiodącego przy granicy z Argentyną. Nigdy tam nie był. Lot bardzo interesujący z pięknymi widokami.


Na kursie Aconcagua


Jak nazwa wskazuje, górnik pracuje w górach

Ponieważ przed startem nie miał czasu na odpowiednie przygotowanie się to miął sposobność sprawdzenia jak czuje się pilot w krótkich spodenkach na wysokości blisko 5000m. Warunki nad jego skalnym łańcuchem były bardzo dobre, ale potem pasmo obniżało się i kontynuowanie lotu nad pustkowiami, gdzie nawet koza nie znajdzie nic do jedzenia mogło być podróżą bez biletu powrotnego. Trzeba było zawrócić. Pasmo bliższe Pacyfiku jest niższe, ale jest bardziej regularne i ciągnie się chyba do Panamy. Lecący wzdłuż niego piloci mogli spokojnie wydłużyć lot i uzyskać prędkość przelotową do 162 km/h. Daj Boże takich możliwości w Europie.

Tomasz

Źródło: sebastiankawa.pl
comments powered by Disqus