Przejdź do treści
Źródło artykułu

Rekordowy lot Pawła Strzelczyka szybowcem Discus bT WL

W dniu 28 maja 2026 r. Paweł Strzelczyk wykonał rekordowy lot szybowcem Discus bT WL (D-KAZL). Paweł wystartował o godzinie 6:30 z lotniska Przylep k. Zielonej Góry. W czasie 12 godzin i 27 minut pokonał dystans 1147 km. Wylądował na lotnisku Lubin o godzinie 18:57.

Oczywiście rekordy muszą jeszcze zostać sformalizowane i zatwierdzone, ale to tylko dodatek. Najcenniejsza jest sama satysfakcja z postawienia celu kilka lat temu i jego niedawnej realizacji – mówi Paweł Strzelczyk, pilot Sekcji Szybowcowej Aeroklubu Ziemi Lubuskiej.

Poniżej zamieszczamy opis rekordowego lotu. Paweł Strzelczyk tak wspomina ten wyczyn.

"Kilka dni przed lotem obserwowałem prognozy i wiedziałem, że w czwartek będzie dobrze. Dzień wcześniej o 7:00 rano u mnie były już cumulusy, a o 7:30, jadąc do Poznania, widziałem piękny szlak. Ewidentnie szło lecieć z wiatrem... Tego samego dnia napisał do mnie Andrzej Czop z pytaniem, czy jestem gotów. W centralnej Polsce przespali warun, a jutro dobra pogoda miała być u mnie. Odpowiedziałem, że właśnie działam z szybowcem i składam kadłub w garażu oraz planuję latać. Andrzej zaproponował tysiąc docel-powrót na  Słowację. Taki był wstępny plan.

Skończyłem składać szybowiec grubo po północy. Budzik ustawiłem na 5:00. Oczywiście po dzwonku przysnąłem i ocknąłem się dopiero o 5:30. To był znak, że szczęście mi sprzyja – mogłem  przespać ten dzień. Szybkie pakowanie kadłuba do przyczepy i dzida 70km na lotnisko.

Na miejscu o 6:30 Żuku pomagał mi już przy montażu. Oczywiście cały łańcuszek dobrych serc był dużo szerszy. Ustalenie trasy z Andrzejem było spontaniczne. Powiedziałem mu o swoich obawach przed lotem w Tatry, co w pełni zaakceptował. W górach latam bardzo asekuracyjnie, więc wolałem trasę po płaskim. I tak mniej więcej powstał plan (który oczywiście miał swoje wady, o czym później).

Start za windą i wyciągarkowy był umówiony na 9:00. Wyszło jednak jakieś niedogadanie – windowy miał dopiero przyjechać na 9:00, a ja o tej godzinie chciałem już być w powietrzu. Na szczęście kolega Paweł wydzwonił Darka oraz by przyspieszyć zaprowadził windę na start. Ja przywiozłem linę. Wypchnąłem z Grzesiem Discusa na koniec pasa. W tym momencie zadzwonił Darek, że jest już gotowy, więc skorzystałem z obecności Grzesia przy skrzydle i wystartowałem.

Po wyczepieniu odpaliłem silnik, by z ponad tysiąca metrów odejść na trasę jeszcze przed rozwinięciem się termiki. Na horyzoncie były już chmury i wiedziałem, że start i tak przespaliśmy o dobre pół godziny. Zaraz po zgaszeniu silnika i odejściu na trasę zawsze jest chwila, żeby ogarnąć wszystko w kabinie. I co? Patrzę, że nie mam czapki! Potraktowałem to jako kolejny znak.

(fot. Paweł Strzelczyk, Facebook)

Pierwsze chmury słabo ogarniałem. Później szło ciut lepiej, ale z wiatrem. Po minięciu Opola moim oczom ukazała się otchłań błękitu. Napisałem nawet komuś na czacie, że zaczyna się „wojna na bezchmurnej”. Żeby nie było zbyt łatwo, okazało się, że na trasie mam aktywną strefę, której lokalizacji nie mogłem łatwo ustalić (moje navi jej nie widziało). Podstawa chmur była niewiele wyżej niż sufit tej strefy, więc zdecydowałem się omijać ją bokiem. Na bezchmurnej kominy trafiałem, zaczęły nawet powstawać małe kłaczki a lot posuwał się do przodu. Niestety w tym rejonie nasilił się wiatr i po pierwszym PZ nie było już tak różowo. Prędkość mocno spadła i pojawiły się wątpliwości.

(fot. Paweł Strzelczyk, Facebook)

Około godziny 14:00 spotkałem na trasie Jantara z wingletami. To był punkt zwrotny tego przelotu. Dzięki temu spotkaniu mogłem porównać warunki na szlaku i lepiej zrozumieć panujący układ. Od tego momentu mocno przyspieszyłem i wszystko zaczęło do siebie pasować. Koło Leszna musiałem zdecydować, którędy lecieć dalej. Do wyboru miałem trzy opcje: przesmyk kąkolewski, przez Babimost (z uzgodnieniami) lub omijanie Babimostu od zachodu. Normalnie leciałbym od zachodu, ale w okolicach poligonu Sulęcin aktywna była „niecodzienna”, dość kłopotliwa do ominięcia strefa. Przez Babimost nie chciało mi się niczego uzgadniać, więc padło na Kąkolewo. Co ciekawe, był to kolejny dar od losu – szlak tamtędy okazał się chyba najlepszy tego dnia. Momentami wręcz wciągało w sufit. Od Leszna przeleciałem cały przesmyk pod wiatr bez zakrążenia.

(fot. Paweł Strzelczyk, Facebook)

Do drugiego PZ wiało nudą. Szło dobrze, ale nic spektakularnego się nie działo. No, może poza problemami z prawą muchozdrapką, która utknęła na połączeniu kadłuba. Do tego momentu much w ogóle nie było, więc śmiałem się w duchu, że bez sensu montowałem je po nocach. A po tym, jak utknęła, śmiałem się, że bez sensu je montowałem. Drugi PZ był wyznaczony idealnie, bo kawałek dalej warunki już się kończyły chyba z powodu bryzy. Z ciekawostek: tuż przed drugim PZ - Pasewalk, na linii Odry i strefy lotniska Szczecin, napotkałem dwa bieliki. To jednie ptaki, jakie widziałem na całej trasie. Dziwne? Komin oczywiście był mocny, ale granica strefy nie pozwoliła mi z niego w pełni skorzystać.

Po drugim PZ, lecąc z wiatrem, troszkę zwolniłem, choć pogoda wciąż była dobra. Gdzieś 150 km przed metą kominy wyraźnie słabły, a chmury zaczęły gasnąć. Na tym kierunku wieczorne powroty przerabiałem już wielokrotnie i  wiedziałem, że się uda. Szanowałem jednak wysokość, by na metę dolecieć wysoko i mieć szansę na rozciągnięcie lotu z wiatrem.

(fot. Paweł Strzelczyk, Facebook)

Minąłem metę i lecąc dalej  poczułem głód. Podpowiem tylko, że rano nic nie zjadłem, a na lot zabrałem 3 litry wody i dwa kawałki pizzy upieczonej przez moją Lubą dzień wcześniej. Może odbiegnę teraz od tematyki czysto lotniczej, ale przez pół lotu kombinowałem, jak z folii aluminiowej po tej pizzy zrobić w locie czapkę. Niby honor nie pozwalał (żeby nikt nie posądził mnie o bycie przeciwnikiem 5G), i niby da się to zrobić, choć folia zrolowana w kulkę nie ułatwiała konstrukcji... Nieważne, nudy w kabinie nie było!

Wracając do tematu – poleciałem według planu. Po mecie ostatnie chmurki nie układały się po kierunku, więc kontynuowałem lot przed siebie. O dziwo, trafiałem na jakieś noszenia, a nawet całe linie noszeń. Plan zakładał dolot z prostej do ziemi, bezpieczne odpalenie silnika i powrót na lotnisko lub – w razie kłopotów – lądowanie w polu. Mijając Legnicę, zacząłem przeliczać czas i dotarło do mnie, że pod wiatr na silniku nie zdążę wrócić zgodnie z przepisami (nie mówiąc już o zdrowym rozsądku). Ostatnie dwa lekkie noszenia minąłem bez krążenia, przyspieszyłem końcówkę i odpaliłem silnik dość wysoko i bezpiecznie nad ostatnim polem z zasiewem kukurydzy (tak, rozpoznaję uprawy!).

Silnik odpalił, a ja podjąłem decyzję o lądowaniu w Lubinie. Jeszcze w locie wezwałem transport naziemny. Wylądowałem tuż przed zachodem słońca. Podjechała fajna ekipa młodych szybowników. Zamieniliśmy kilka zdań, po czym udałem się na krótką pogawędkę z obecnym na miejscu - naszym instruktorem - Mariuszem.

Trasa lotu Pawła Strzelczyka szybowcem Discus bT WL - 28.05.2026 (fot. weglide.org)

Po chwili przyjechał Paweł i dalej poszło już standardowo. Do Przylepu zjechaliśmy koło północy. Po otwarciu przyczepy okazało się niestety, że mam duży wyciek paliwa (jeszcze nie ustaliłem dokładnej przyczyny). Do domu dotarłem jakoś po 1:00 w nocy.

Trochę zmęczony, trochę szczęśliwy i trochę smutny, bo chyba samo gonienie króliczka jest fajniejsze od jego złapania. Dlatego już szukam nowego...

Jeżeli choć jedna osoba poczuje się zachęcona lub zainspirowana tym tekstem, to warto było opisać to przeżycie.
Dziękuję wszystkim za gratulacje, dobre słowo i oczywiście za okazaną pomoc. Nie chcę wymieniać nikogo oraz Andrzeja z imienia, żeby przypadkiem kogoś nie pominąć, bo – jak już wspominałem – nawet najmniejsze ogniwo tworzyło ten silny łańcuch.

P.S. Wiele osób pytało mnie, czy lałem wodę. Żuku jeszcze przed lotem zapytał, czemu nie leję wody. Także sorry, on był pierwszy."

Brawo ! Gratulacje !

Link do rekordowego lotu Pawła https://www.weglide.org/flight/1101842

Paweł  Strzelczyk swoją przygodę z lataniem rozpoczął w 1994 roku w wieku 17 lat, kiedy to przeszedł kurs na pilotaż szybowców w AZL w Przylepie. Później miał przerwę w lataniu. W końcu jednak miłość do latania zwyciężyła. Wrócił do szybowców w 2019 roku. A w 2022 skupił się na lotach długodystansowych.

Przypomnijmy, że Paweł w 2025 roku został zwycięzcą prestiżowych Całorocznych Zawodów Szybowcowych – Memoriału Ryszarda Bitnera za sezon 2024. Przechodnie trofeum odebrał podczas ceremonii zakończenia Szybowcowych Mistrzostw Polski w Lesznie - LINK.

FacebookTwitterWykop
Źródło artykułu

Nasze strony