Łukasza Czepieli droga do mistrzostwa w najszybszym sporcie motorowym

Łukasz Czepiela w samolocie - przygotowanie do lotu (fot. Armin Walcher/Red Bull Content Pool)

Od pierwszego startu polskiego pilota w Red Bull Air Race minęło prawie 5 lat i nie zawsze było różowo.

Łukasz Czepiela należy do elitarnego grona pilotów. Potrafi idealnie płasko przelecieć przez powietrzne okno o wymiarach 10x10 metrów, samolotem o niewiele mniejszej rozpiętości skrzydeł, z prędkością prawie 400 km/h. To jednak nie wszystko. Takie powietrzne okno, bramka powietrzna, znajduje się kilkanaście metrów nad ziemią lub nad wodą, a tych bramek do pokonania jedna po drugiej jest kilka. Dodajmy, że wszystko dzieje się pod presją czasu, bo Łukasz ściga się na takim podniebnym torze z innymi, prawie równymi sobie zawodnikami. Prawie równymi, bo on jest najlepszy. Właśnie został mistrzem świata Red Bull Air Race w klasie Challenger. Oczywiście ten sukces nie przyszedł od razu.

W 2014 roku zawody Red Bull Air Race powróciły po przerwie poświęconej na reorganizację i stały się oficjalnymi mistrzostwami FAI (Międzynarodowej Federacji Lotniczej). To właśnie wtedy powołano do życia Challenger Cup – zupełnie nową formułę rywalizacji, stworzona z myślą o tych, którzy w przyszłości mogliby awansować do klasy mistrzowskiej. Doświadczeni piloci czekający do tej pory na swoją szansę, wreszcie mogli zacząć latać na podniebnych torach na całym świecie i rozwijać się. Na taką szansę czekał też Łukasz Czepiela i otrzymał ją podczas przystanku w chorwackiej miejscowości Rovinj.

„Tamten wyścig wspominam dobrze i źle” – mówi Czepiela. „Dobrze, dlatego że po 10 latach od zobaczenia pierwszego wyścigu wreszcie zrobiłem to, co chciałem. Osiągnąłem cel i ścigałem się między pylonami. Źle, dlatego że podszedłem do tego trochę naiwnie. Nie mieliśmy wtedy w samolotach telemetrii. Można było robić, co się chciało. Maksymalna prędkość na starcie wynosiła wtedy 180 węzłów. Z tego, co zauważyłem po zakończeniu sezonu, chyba byłem jedynym, który startował z prędkością 370 km/h. Dlatego, że w samolocie nie było telemetrii, na pierwszych bramkach chłopaki mieli nawet ponad 400 km/h. Dużo się nauczyłem – na przykład jak zubażać mieszankę. Prawie cały pierwszy sezon latałem na bogatej mieszance, co było bezpieczne, ale nie dawało maksymalnych osiągów silnika. Dlatego wspominam tamten sezon tak sobie. Co prawda w żadnym wyścigu nie byłem ostatni, ale wyniosłem z tego dużo wiedzy, jak stać się szybszym pilotem”.

Polscy kibice nie tylko pamiętają, jak Łukasz zadebiutował w Red Bull Air Race, ale być może w uszach brzmi im jeszcze dźwięk silników wyścigowych samolotów przelatujących pomiędzy pylonami przy Plaży Miejskiej w Gdyni. Wtedy miał szansę pokazać się przed własną publicznością i choć było to ekscytujące przeżycie, nie było łatwo. „Dałem się wciągnąć w ten wir – polski pilot, pierwszy sezon, pierwszy wyścig w Polsce itd. Dawałem się wciągać w wywiady na 5 minut przed lotem. To było trochę nieprofesjonalne. Teraz na pewno byłbym ostrożniejszy z tym, jak podchodzę do samego wyścigu i myślę, że byłoby podium. Wtedy byłem na czwartym miejscu. Mam nadzieję, że kiedyś wrócimy z wyścigiem do Polski i pokażę, na co mnie stać”.

Cały artykuł czytaj na stronie www.redbull.com

Źródło: redbull.com
comments powered by Disqus