Doskonale zorganizowany zjazd

Andrzej Jeziorski

„Ten zjazd jest doskonale zorganizowany. Tak jak na wojsko przystało.

Dlatego zawsze z przyjemnością przyjeżdżam tu z małżonką”, ocenił dotychczasowy przebieg spotkania lotniczych pokoleń podpułkownik w stanie spoczynku pilot Andrzej Jeziorski, (rocznik 1922), uczestnik także wszystkich poprzednich pięciu zlotów i wiceprezes Stowarzyszenia Lotników Polskich w Wielkiej Brytanii.

90-letni obecnie Jeziorski był pilotem 304 Dywizjonu Obrony Wybrzeża, po wojnie do 1982 roku latał w brytyjskich liniach lotniczych, w tym w czarterowej Brittannia Airways, przez ostatnie 15 lat na Boeingach 707 i 737. Woził brytyjskich żołnierzy i ich rodziny do kolonii: na Jamajkę, do Singapuru, Kenii. Nie uprościł nazwiska – dla Anglików został „Dżeziorskim”. Z obywatelami Zjednoczonego Królestwa miał – jak stwierdził – zawsze bardzo dobre relacje. „Oficerowie RAF, z którymi się stykałem, pamiętali zasługi Polaków z II wojny światowej”.

„Dżeziorski” wylatał 23300 godzin, z tego około 1600 godzin w lotach bojowych w II wojnie światowej, za sterami bombowca Wellington XIV, polującego na niemieckie U-booty w Zatoce Biskajskiej i na Atlantyku. Najdłuższe patrole, w jakich uczestniczył, trwały 10 godzin. W trakcie takich misji leciało się nisko, 1500 stóp (500 metrów) nad wodą. Podczas ataku na okręt podwodny bombowiec zniżał się na 100 stóp (30 metrów), nawet w nocy. Wymagało to bardzo precyzyjnego pilotowania.

Najgorsze zdarzenia, które mogły się w trakcie patrolu przytrafić załodze, to były pogubienie się w nawigacji, napotkanie wrogich myśliwców (nad Biskajami) lub usterka techniczna. „Gdyby na tym pułapie lotu zgasł nam jeden silnik, musieliśmy szybko pozbyć się bomb głębinowych i zapasu paliwa, po czym zawrócić do bazy. Bo w takiej obładowanej konfiguracji przy jednym pracującym silniku niemożliwe było utrzymanie pułapu lotu. Jeśli bombowiec usiadłby na wodach Zatoki Biskajskiej, można było liczyć na dostanie się do niewoli po wyłowieniu przez francuskich rybaków lub niemieckie okręty. Uratowanie się z takiej opresji na Atlantyku zakrawałoby na cud. Na szczęście w moim dywizjonie za mojej w nim tury (zima 1944/1945) nikt nie wodował na oceanie. Zawdzięczaliśmy to wspaniałej pracy naszych mechaników”, opowiadał nam podpułkownik Jeziorski. Przyznał, że planował wstąpić do Marynarki Wojennej, ale został trwale „skażony” lotnictwem. Jego ojciec Jan był obserwatorem i przyjacielem ówczesnego kapitana pilota Stanisława Jakuba Skarżyńskiego, z którym często latał, gdy mieszkali w Dęblinie w czasach II Rzeczpospolitej. „W Dęblinie, gdzie mieszkałem przez 4 lata, jako dzieciak nauczyłem się znakomicie rozpoznawać typy samolotów. Identyfikowałem je lepiej niż nasza obrona przeciwlotnicza we wrześniu 1939 roku”, śmiał się Andrzej Jeziorski. Gdy po ewakuacji przez Rumunię, Jugosławię, Włochy i Francję trafił do Wielkiej Brytanii, przysposabiał się do bycia... pancerniakiem. W Szkocji ukończył szkołę podchorążych broni pancernej i przez półtora roku służył jako czołgista. „Od razu po skończeniu szkoły podchorążych zacząłem starać się o przeniesienie do lotnictwa. Nie chcieli mnie puścić przełożeni, ale na początku 1942 roku udało się. I błyskawicznie zacząłem szkolenie na pilota – trwało ono trochę ponad rok. Chciałem służyć w 304 Dywizjonie Obrony Wybrzeża, więc musiałem jeszcze uzyskać praktykę lotną „nabić rękę”, ukończyć specjalny kurs nawigacyjny i zaliczyć „szkołę ognia”, czyli szkolenie z zastosowania bojowego”. Jako pilot Wellingtona porucznik Jeziorski nie zatopił żadnego U-boota, ale on i koledzy niewątpliwie uprzykrzyli i utrudnili służbę niemieckim marynarzom, przyczyniając się do ograniczenia strat floty alianckiej. „U-booty musiały dłużej pozostawać w zanurzeniu, pływać na napędzie elektrycznym. Szybciej wyczerpywały akumulatory, których doładowanie było obarczone ryzykiem wykrycia i zatopienia. Nie mogły atakować konwojów. Na tym polegał sukces lotnictwa obrony wybrzeża”, opowiadał nam Andrzej Jeziorski.

Po raz pierwszy po wojnie przyleciał do rodzinnej Warszawy w 1950 roku jako pilot czarterowego DC-3. Przywiózł na jeden koncert do stolicy Filadelfijską Orkiestrę Symfoniczną. „Trochę się obawiałem tej 16-godzinnej wizyty. Miałem już brytyjskie obywatelstwo, ale nie zrzekłem się polskiego, więc nie wiedziałem, jak potraktują mnie nowe władze. Nie spotkały mnie żadne nieprzyjemności, a sama wizyta była bardzo wzruszająca”, wspominał podpułkownik w wywiadzie udzielonym oficerom Wydziału Prasowego DSP. „Później jeszcze kilkakrotnie przylatywałem do Warszawy. Tak się złożyło, że zawsze z amerykańskimi orkiestrami”.

„Nigdy nie ciągnęło mnie do lotnictwa myśliwskiego. Wolałem mieć swoją załogę bombowca. Czułem się jak kapitan na okręcie”, tłumaczył nam podpułkownik.

Ppłk Artur Goławski,
Rzecznik prasowy Dowództwa Sił Powietrznych

Zdjęcia: mjr Jakub Block, Mirosław C. Wójtowicz
 

Źródło: Siły Powietrzne
comments powered by Disqus

Komentarze

Nie mam większych wątpliwości, że gdyby z tymi Panami ze zdjęcia podpisano kontrakty na zarządzanie Polskimi Siłami Powietrznymi, mielibyśmy ten rodzaj lotnictwa od dawna na poziomie światowym.

Tymczasem, mamy, jak mamy.

Część pilotów wyszkolonych jeszcze wg ,,modły sowieckiej'', część na wzór amerykański, a reszty nie ma za co szkolić, bo jak nie kryzys, to obawa, że się wyszkolą i uciekną z wojska.

Szkoda, zdrowia na te rozważania, bo te kwestie wczoraj bardzo precyzyjnie wypunktował już jeden z pilotów, odważnie wyrażając swoją na ten temat opinię w ,,lufciku''.