W Krakowie są samoloty cenne jak dzieło Leonarda da Vinci

 Samolot Albatros C.I ze zbiorów Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie

Na całym świecie zachowało się z okresu pionierskiego lotnictwa i czasu Wielkiej Wojny około 70 samolotów, z czego 13 znajduje się w Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. Kolekcja ta uznawana jest za jedną z najpoważniejszych na świecie – mówi w rozmowie z PAP dr Krzysztof Mroczkowski, Główny Inwentaryzator Zbiorów MLP.

PAP: Fascynaci historii twierdzą, że w Krakowie są dwa muzea posiadające w zbiorach eksponaty światowego formatu: to Muzeum Czartoryskich z „Damą z gronostajem” Leonarda da Vinci oraz Muzeum Lotnictwa Polskiego ze zbiorem samolotów z czasów I wojny światowej, czyli częścią tzw. dawnej kolekcji Goeringa ?

Krzysztof Mroczkowski: To prawda. Z rzeczy naprawdę wartych obejrzenia z punktu widzenia świata, a nie tylko dóbr narodowych, w Krakowie są właśnie te eksponaty. To są rzeczy, których świat nam zazdrości, które można zobaczyć tylko u nas. Na całym świecie zachowało się z okresu pionierskiego lotnictwa i czasu Wielkiej Wojny ok 70 samolotów, z czego 13 znajduje się w krakowskim muzeum, właściwie wszystkie w egzemplarzach pojedynczych, jak jedyny zachowany niemiecki Roland D.VI., czy najcenniejszy samolot z okresu Wielkiej Wojny na świecie - brytyjski Sopwith Camel – ich akurat zachowało się pięć, przy czym nasza maszyna ma udokumentowaną historię właściwie dzień po dniu, zestrzelono na niej 11 samolotów niemieckich. To są wszystko kamienie milowe historii lotnictwa, które trafiły do nas na skutek dość szczęśliwych zrządzeń losu.

Unikatowa kolekcja Muzeum Lotnictwa Polskiego uznawana jest za jedną z najpoważniejszych na świecie, dotyczących pierwszej wojny światowej i okresu pionierskiego lotnictwa. Mamy w niej maszyny od 1908 r. do połowy lat 30. XX w., ale trzon stanowią samoloty z okresu Wielkiej Wojny.

PAP: Historia tej kolekcji związana jest z jednym z najbliższych współpracowników Hitlera, a wcześniej asem niemieckiego lotnictwa Hermannem Goeringiem. Jaka ona powstawała?

K.M.: Hermann Goering był znakomitym pilotem myśliwskim w okresie I wojny światowej. Może nie był specjalnym asem, bo mieścił się w okolicach siódmej dziesiątki listy najskuteczniejszych pilotów myśliwskich, ale był jednym z niewielu z nich, którzy tę wojnę przeżyli. A to było rzeczą wręcz bezprecedensową. Tych, którzy przeżyli I wojnę światową w lotnictwie było bardzo niewielu.

Goering potem związał się z Hitlerem, doszedł do najwyższych stanowisk w III Rzeszy, ale zamiłowanie do lotnictwa w nim pozostało - zbierał samoloty. Jego kolekcja, a właściwie kolekcja Niemieckich Zbiorów Lotniczych, która była de facto jego prywatną kolekcją liczyła w szczytowym okresie kilkadziesiąt samolotów i była jedną z największych na świecie.

W kolekcji znalazły się niemieckie samoloty z czasów I wojny światowej, które nie zostały zniszczone pomimo postanowień traktatu wersalskiego – alianci niespecjalnie przejmowali się wtedy przestarzałymi maszynami, które mogły zasilić jakąś kolekcję czy muzeum. Po wybuchu II wojny światowej kolekcja wzbogacana była trofeami wojennymi, najpierw z Polski, potem Francji czy Związku Sowieckiego.

PAP: Punktem zwrotnym w historii kolekcji był 1943 rok ?

K.M.: Kolekcja znajdowała się w pięknych XIX-wiecznych halach niedaleko dworca berlińskiego. W listopadzie 1943 roku zostały one częściowo zniszczone podczas alianckiego nalotu bombowego, którego celem był m.in. ten dworzec. Samoloty, które nie spłonęły Niemcy pocięli i zapakowali na wagony kolejowe. Historycy spierają się czy tych transportów było trzy, osiem czy kilkanaście - sami Niemcy nie mają na to dokumentów. Wiadomo, że wszystkie zostały skierowane na wschód, na Pomorze oraz tereny okupowanej Polski.

Część transportu odkryli wiosną 1945 r. polscy żołnierze w okolicach miejscowości Kuźnica pod Poznaniem. Zawierał on kadłuby samolotów bez skrzydeł, silniki lotnicze i inne elementy maszyn – w tym i nasz myśliwiec z czasów wojny obronnej 1939 r. PZL P.11c.

Fakt, że zaraz po wojnie to znalezisko nie zostało od razu spalone, że ktoś tego nie potraktował bańką z benzyną załatwiając sprawę raz na zawsze, jest właściwie cudem historii. Osoby, które uczestniczyły w przejmowaniu tych samolotów mówiły mi: To było tuż po wojnie, na tych kadłubach były niemieckie krzyże, a ludzie, jak widzieli te znaki to reagowali w sposób bardzo nerwowy, niszczyli je, palili. Potem kolekcja tułała się po Polsce, przy okazji niszczejąc w znaczny sposób, aż do 1963 r., kiedy trafiła do Krakowa.

PAP: Krakowski okres to powolne przywracanie maszyn do świetności, którego uwieńczeniem będzie ich prezentacja na wystawie „Skrzydła Wielkiej Wojny” udostępnianej zwiedzającym 27 lipca, w przeddzień 100. rocznicy wybuchu I wojny światowej ?

K.M.: Niemcy te samoloty przy pomocy piły i siekiery przystosowali do wymiarów lor kolejowych. Dziś możemy się zżymać, jakie oni popełnili barbarzyństwo, tnąc te samoloty, ale przecież z kawałków łatwiej jest skleić samolot, niż odbudować go z popiołów. Do krakowskiego muzeum trafiły one bardzo zniszczone, poprzecinane, połamane, brakowało wielu fragmentów. Przejęliśmy cześć kolekcji, w której nie było skrzydeł. Te zostały zapakowane na inny transport kolejowy i zaginęły gdzieś na zawsze.

Kolekcja była u nas przez wiele lat restaurowana, na dobrą sprawę stworzyliśmy tu w Krakowie nową szkołę konserwacji. Przez długie lata samoloty w innych muzeach były doprowadzana do stanu lepszego niż wychodziły z fabryki, zmieniano im wersje, zmieniano im barwy – miały fajnie wyglądać. Specjaliści z Muzeum Lotnictwa Polskiego postanowili wykazać się absolutnym weryzmem – nie odbudowano skrzydeł, nie dobudowywano brakujących części, uzupełniano je jedynie strukturalnie, ale z maksymalnym zachowaniem oryginału. Wpadliśmy na pomysł, że tą kolekcję pokażemy w Krakowie w takiej oprawie, jaka im się należy. To są formy niepełne i tak będą ukazane.

PAP: Jaki jest stosunek strony niemieckiej do tej kolekcji ?

K.M.: Do lat 70. XX wieku oni byli święcie przekonani, że to wszystko uległo zniszczeniu. W tym czasie my zaczęliśmy się chwalić tymi samolotami - jeden z nich nawet w czasach Gierka został wysłany jako dar dla Holendrów, a kolejny wymieniony z Brytyjczykami za Spitfire'a. To spowodowało, że Niemcy podjęli o nie starania, które wciąż trwają. My stoimy na nieprzejednanym stanowisku, że to jest nasza własność. Pod względem formalno-prawnym jest to mienie porzucone, nie restytucja zastępcza czy reparacje wojenne. Te samoloty zostały wywiezione przez Niemców na teren Rzeczpospolitej przed zakończeniem II wojny światowej. W myśl prawa międzynarodowego myśmy ich tu nie wywieźli.

PAP: Na wystawie „Skrzydła Wielkiej Wojny” pokazujecie codzienne życie lotnika z czasów I wojny światowej. Czy więcej w nim było romantycznych podniebnych potyczek, czy zwykłej walki o przeżycie?

K.M.: Ten romantyzm został troszeczkę wykreowany przez ówczesnych dziennikarzy i propagandę wojenną, bo w codziennym życiu pilotów romantyzmu żadnego nie było. Władzom bardzo zależało wtedy na tym, żeby stworzyć dla młodych chłopaków, którzy chcieli wstąpić w szeregi lotnictwa postaci mitycznej lotnika – pana przestworzy, rycerza.

W tym okresie lotnik był mordercą, zabójcą, katem. Tam nie było nic romantycznego. Godziny spędzone za sterami maszyny składającej się z płótna, listewek, drutu; siedząc na beczce z paliwem i mając za jedyną osłonę wirujące śmigło nie mogło nie skrzywiać psychiki. Ze wspomnień tych ludzi wynika, że byli oni upici adrenaliną, obłędem i alkoholem. To były dzieciaki, których pierwszym zajęciem było zabijanie, którzy widzieli, jak ich koledzy zmieniali się w nicość.

Brytyjczycy nie wydawali swoim lotnikom spadochronów, a oni zabierali ze sobą rewolwery, nie po to, żeby strzelać do wrogiego pilota w powietrzu ale, żeby w razie trafienia w zbiornik i jego zapalenia, skrócić swoje cierpienia. W ciągu trwania Wielkiej Wojny zginął co drugi żołnierz lotnictwa, wliczając w to personel naziemny i latający. To były potworne straty.

PAP: Jednak wykorzystanie lotnictwa w czasie I wojny światowej raz na zawsze zmieniło obraz współczesnego pola bitwy ?

K.M.: W 1914 roku marszałek Francji Ferdinand Foch mówił, że lotnictwo jest świetnym sportem, ale nie ma żadnego wartości z punktu widzenia armii. Potem jednak okazało się, że z góry widać lepiej, że informacja od lotnika może decydować o losach ofensyw.

Różne kraje miały różne podejście do lotników i lotnictwa. Francuzi sprawdzali doniesienia lotnicze przy pomocy kawalerii. Brytyjczycy wysyłali ludzi niemal na pewną śmierć, bo samolot kosztował mniej niż pocisk do działa okrętowego - w 1917 r. średni czas życia pilota brytyjskiego na froncie wynosił 72 godziny. Chłopak, który po szkole przyjeżdżał na lotnisko doskonale wiedział, że za kilka dni nie będzie żył.

Druga strona – Niemcy prezentowali inne podejście. Wyszukiwali utalentowanych pilotów, bo w zimny, wyrachowany sposób doszli do wniosku, że będą dbać o swoich lotników, gdyż są oni zbyt wartościowi. To Niemcy stworzyli podręczniki walk powietrznych, które są aktualne do dnia dzisiejszego. Zasady stworzone w 1915 roku przez Oswalda Boelcke wciąż są wykładane w wojskowych szkołach lotniczych. Rozmawiał Rafał Grzyb (PAP)

Źródło: PAP
comments powered by Disqus