Sylwetki Lotników: Stanisław Skalski

gen. Stanisław Skalski/ fot. archiwum SP nr 118 we Wrocławiu

Stanisław Skalski urodził się 27 listopada 1915 r. w Kodymie na Ukrainie. W Dubnie uczęszczał do szkoły powszechnej. W 1933 r. zdał egzaminy maturalne w Gimnazjum Realnym im. Szymona Konarskiego. Mając maturę rozpoczął studia w Szkole Nauk Politycznych w Warszawie. Podanie o przyjęcie do Szkoły Podchorążych Rezerwy Lotnictwa zostało odrzucone. W chwili jego składania Stach nie był pełnoletni. Na pięć lat przed wybuchem II wojny światowej uzyskał kategorie szybowcową „A" i „B",. Wiosną 1935 r. odbył kurs pilotażu samolotowego w ramach Przysposobienia Wojskowego Lotniczego. Po skończeniu pierwszego roku przerwał studia. Rozpoczął służbę wojskową. Na jesieni 1935 r. przeszedł szkolenie unitarne w Szkole Podchorążych Rezerwy Piechoty. W stycznia 1936 r. rozpoczął szkolenie w Szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. 15 października 1938 r. został promowany na stopień podporucznika pilota.

Podporucznik pilot Stanisław Skalski został przydzielony do 142 eskadry myśliwskiej wchodzącej w skład 4 Pułku Lotniczego. Ten stacjonował w Toruniu. Razem z nim wyruszył na wojnę. Nim spadły bomby z wrześniowego nieba w sierpniu 1939 r. startował na przechwytywanie niemieckich samolotów rozpoznawczych. 30 sierpnia razem z eskadrą przebazował na polowe lotnisko. 1 września 1939 r. od rana był w powietrzu. Startując do lotu po południu lecąc w kluczu z chorążym Pniakiem i kapralem Mielczyńskim miał udział w zestrzeleniu rozpoznawczego Hs 126. Zestrzelony Niemiec kapotując wylądował na polu. Stach lądował w pobliżu. Przy pomocy papierośnicy (pistolet zostawił na ziemi przed lotem) wziął do niewoli załogę wrogiej maszyny. Wcześniej opatrzył rannych lotników i przekazał ich pod opiekę medyczną. Następnie dzięki pomocy okolicznej ludności wystartował do lotu na własne lotnisko w Toruniu. Drugiego dnia wojny w locie na wymiatanie przechwycił i samodzielnie zaatakował zgrupowanie Do – 17. Strzelał celnie. Zubożył Luftwaffe o dwa z nich. Sam z tego lotu wrócił na macierzyste lotnisko w postrzelanym samolocie. 3 września wspólnie z kapralem Kleinem, podchorążym Pniakiem i podporucznikiem Zenkerem zestrzelił Hs 126. Następnie samodzielnie przechwycił i zaatakował następnego Henschla. Nie zmarnował okazji. Zestrzelił go. 4 września wraz z kapitanem Leśniewskim i podchorążym Pniakiem wystartował na przechwycenie Dorniera. Do - 17 zdołał uciec Polakom. Co nie przeszkodziło że każdemu z naszych lotników zapisano na konto 1/3 uszkodzenia. W kolejnym locie jeszcze tego samego dnia nawiązał walkę ze Stukasami. Po powrocie na lotnisko zameldował o uszkodzeniu jednego z nich. Okazało się, że nie uszkodził, a zestrzelił Ju. Ten spadł w okolicach Inowrocławia. To było ostatnie zwycięstwo we wrześniu 1939 r. Co nie znaczy że nie latał bojowo w kampanii wrześniowej. 17 września 1939 r. z rzutem kołowym ewakuował się do Rumunii. Uniknął internowania. Przez Balczik nad Morzem Czarnym dostał się do Bejrutu. Następnie ruszył do Marsylii. We Francji znalazł się 29 października 1939 r. Początkowo trafił do koszar w Salon aby z nich „przeprowadzić się” do Lyonu. 27 stycznia 1940 r. znalazł się na Wyspie Ostatniej Nadziei. W Wielkiej Brytanii. przebywał w obozie polskich lotników (Eastchurch). Z niego został skierowany do 6 OTU ( Sutton Bridge). Po przeszkoleniu myśliwskim otrzymał przydział do polskiego 302 Dywizjonu Myśliwskiego „Poznańskiego". 12 sierpnia 1940 r. został odwołany do Blackpool. 30 sierpnia 1940 r. na Wyspie Ostatniej Nadziei otrzymał przydział bojowy do 501 squadronu. Tego samego dnia Dungeness zestrzelił na pewno jednego He - 111 a drugiego uszkodził. Dzień później pozbawił lotnictwo III Rzeszy jednego Me – 109. 2 września zwiększył swoje konto o dwa następne. 5 września wystartował przeciwko wyprawie bombowej. W czasie walki nad Cantenbury w czasie ataku Messerschmitta, sam został trafiony przez innego Me – 109. Samolot polskiego lotnika stanął w płomieniach. Lotnik został ranny w udo. Szczęśliwie jednak opuścił płonący samolot. Przy wyskakiwaniu zderzył się ze statecznikiem swojej maszyny. Na chwilę stracił przytomność. Ocknął się w porę aby otworzyć spadochron po zgaśnięciu płomieni. Po rekonwalescencji wrócił do latania z kolegami z RAF w 501 squadronie. 8 listopada 1940 r. do konta dopisał dwa zwycięstwa nad Me – 109. Ale tymi musiał podzielić się z Anglikami. 1 marca 1941 r. wrócił do lotów z rodakami. Tego dnia został przeniesiony do 306 Dywizjonu „Toruńskiego". Początkowo pełnił funkcję oficera w naziemnym stanowisku naprowadzania. Następnie latał w nim jako zwykły pilot. W lecie 1941 r. w lotach nad Francją powiększył swoje zwycięskie konto o zestrzelone Me - 109: 24 lipca, 19 sierpnia i 21 sierpnia zgłaszał po jednym zniszczonym na pewno, 17 września zestrzelił jednego na pewno i jednego prawdopodobnie. Po roku służby w 306, 1 marca 1942 r. odszedł do 316 Dywizjonu „Warszawskiego". Objął w nim dowodzenie eskadrą „B". Tu odniósł dalsze zwycięstwa. 10 kwietnia 1942 r. zestrzelił na pewno Fw – 190. 25 kwietnia uszkodził Me – 109. 3 maja zestrzelił prawdopodobnie Focke-Wulfa. Kilka dni wcześniej został wyznaczony na następcę dowódcy 317 Dywizjonu „Wileńskiego". Dywizjonem dowodził do 8 listopada 1942 r. Odszedł z niego do 58 OTU (Grangemouth) na stanowisko instruktora. Uczył młodych pilotów do stycznia 1943 r. Właśnie wtedy zgłosił się organizowanej polskiej jednostki, która miała być skierowana do Afryki Północnej. Jego podanie zostało przyjęte pozytywnie. W połowie lutego zameldował się na stacji RAF West Kirby Z tej razem z resztą polskich pilotów udał się do Glasgow. Aby na pokładzie statku popłynąć do Afryki. Tam w Tunezji z rodakami został wcielony do 145 squadronu . Stachowi powierzono dowództwo bojowe PFT. 28 marca 1943 r. razem z porucznikiem Horbaczewskim uzyskali dla PFT pierwsze zwycięstwa zestrzeliwując po jednym Ju – 88. 2 kwietnia zestrzelił Me – 109. Dwa dni później jeszcze jednego. 6 maja 1943 r. uszkodził Messerschmitta. Po rozwiązaniu Polish Fighting Team Anglicy zaoferowali Polakom stanowiska dowódcze w jednostkach myśliwskich w rejonie Morza Śródziemnego. Skorzystali z tego niektórzy z naszych lotników. Był między nimi Skalski. Trafił do 601 squadronu, obejmując jego dowództwo (był to jeden z trzech przypadków dowodzenia przez Polaka angielskim dywizjonem). Latając początkowo z lotniska na Malcie, a potem z Sycylii, Skalski brał udział w inwazji Włoch. Jako pilot 601 squadronu nie odniósł zwycięstw. 20 października 1943 r. zdał dowództwo i powrócił do Anglii. Po urlopie 12 grudnia 1943 r. objął dowództwo 131 Skrzydła Myśliwskiego (tworzyły go dywizjony 302, 308 i 317). 6 kwietnia 1944 r. został na dowódcą 133 Skrzydła Myśliwskiego (składał się z polskich dywizjonów 306, 315 i 129 squadronu angielskiego). 24 czerwca 1944 r. zniszczył dwa Me - 109. 2 sierpnia 1944 r. przekazał dowództwo skrzydła majorowi Janowi Zumbachowi. Sam rozpoczął szkolenie dla oficerów sztabowych w US Army Command and General Staff Office w Stanach Zjednoczonych (kurs trwał od 6 października 1944 r. do 20 stycznia 1945 r.). Po powrocie do Anglii od lutego 1945 r. Skalski był oficerem operacyjnym w 11 Grupie Myśliwskiej. Od 1 lutego 1946 r. był oficerem operacyjnym w dowództwie Brytyjskich Okupacyjnych Siłach Powietrznych na terenie Niemiec. W grudniu 1946 r. wstąpił do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia, W czerwcu 1947 r. wrócił do Polski.

W nowej Polsce tej po 1945 r. został przyjęty do Ludowego Lotnictwa Polskiego. 24 czerwca 1947 r. został inspektorem techniki pilotażu w Wydziale Wyszkolenia Bojowego Dowództwa Wojsk Lotniczych. Podobnie jak jego kolegów którzy wrócili z Zachodu spotkały szykany ze strony władz komunistycznych. 4 czerwca 1948 r. został zatrzymany. Aresztowany trafił do siedziby Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego a z niej do więzienia mokotowskiego. Torturowany był zmuszany przyznania się do szpiegostwa na rzecz wywiadu angielskiego i amerykańskiego. 7 kwietnia 1950 r. został skazany na karę śmierci, utratę praw publicznych oraz przepadek całego mienia na rzecz państwa. Wyroku śmierci niewykonano. To w tym czasie napisał swą jedyną książkę „Czarne krzyże nad Polską". 7 kwietnia 1951 r. po złożeniu przez matkę prośby o ułaskawienie, karę śmierci zamieniono na dożywocie. Korzystając z odwilży po śmierci Stalina został zrehabilitowany. Wyrok unieważniono 11 kwietnia 1956 r.

Po wyjściu na wolność otrzymał ofertę służby w lotnictwie. Odmówił. W stopniu majora przeniesiony do rezerwy. Okres spędzony w więzieniu zaliczono mu jako służbę wojskową. W listopadzie 1956 r. został powołany do wojska. Służył w nim do zakończenia służby. Miało to miejsce w maju 1968 r. Pracował jako kierownik sekcji historycznej Oddziału Naukowo-Badawczego, inspektor techniki pilotażu (odbył przeszkolenie w lotach na odrzutowcach w pułku lotnictwa myśliwskiego w Poznaniu), inspektor szkolenia bojowego Oddziału Inspekcji, szef wydziału tłumaczy Oddziału Wydawniczo - Historycznego, szef wydziału tłumaczy Oddziału Wydawniczego Biura Organizacji Studiów, starszy pracownik szefa wydziału studiów Oddziału Studiów i Wydawnictw oraz starszy pracownik szefa Oddziału Operacyjno - Rozpoznawczego. W latach 1968 - 1970 był sekretarzem generalnym Aeroklubu PRL, w latach 1970 - 1972 wiceprezesem Aeroklubu.

W kwietniu 1972 r. przeszedł na emeryturę. W 1988 r. został awansowany do stopnia generała brygady. Dwukrotnie kandydował do sejmu: w 1991 r. i w 1993 r. Nie otrzymał mandatu poselskiego. Przez cały czas starał się także popularyzować historię polskiego lotnictwa. Niestety nie wydał drugiej części swych wspomnień. W dniach od 25 do 31 marca 1990 r. przebywał w Niemczech. Tam spotkał się z Fritzem Wimmerem (pilotem Henschla, któremu w 1939 r. udzielił pomocy) i bratem drugiego członka załogi (Siegfried von Heynemann zmarł w 1988 r.), Joachimem. Zmarł 12 listopada 2004 r. w wieku 88 lat. Pochowany został na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Konrad Rydołowski

 


Czyytaj również o innych zasłużonych dla lotnictwa.

Źródło: Konrad Rydołowski
comments powered by Disqus

Komentarze

Jezeli ten wspaniały człowiek zmarł w zapomieniu i złych warunkach tz że cały czas UB SB WSI ma się dobrze.

Niestety, Szanowni Państwo, nawet Stowarzyszenie Lotników Polskich niewiele dla Staszka Skalskiego zrobiło, zwłaszcza kiedy się znalazł w trudnej sytuacji. Z zadumą zaglądam na stronę SLP, widząc, że w tym stowarzyszeniu frazesów masa, atmosfera piknikowa, spotkań multum, a konkretów kompletnie BRAK. Nie tylko ja mam wrażenie, że SLP coraz bardziej przypomina ex ZBOWiD. Trudno oczekiwać, żeby było inaczej, jeżeli w SLP ex ZBOWiD - owcy znaleźli swój azyl.

A za śp. Stasia Skalskiego, no cóż pozostaje zaduma i modlitwa.

Przeżył tylko dlatego, że nie poprosił o ułaskawienie. Przewrotność komuny była przerażająca. Mój wujek Jan siedział razem z nim w jednej celi i przeżył również tylko dlatego, że nie poprosił o ułaskawienie. Pan Skalski był wspaniałym pilotem, kochał Polskę i Polsce służył.Cześć jego pamięci

Zmarł w zapomnieniu i w biedzie, źle traktowany przez swoich współlokatorów, którzy się mieli nim opiekować i nasze państwo za jego życia niewiele dla niego zrobiło.