Bush pilot – czyli jak się lata w Afryce - część 3

Bush pilot - część 3

Trzecia część bloga Jakuba Trembeckiego o wyzwaniach związanych z wykonywaniem zawodu pilota w południowoafrykańskich krajach.


MAUN:

Jak się mieszka w Maun? Miejscowość znana większości pilotom na całym świecie. Zawsze rozmawiając ze znajomymi mówię im, że to mała miejscowość/wieś, typu Miłoszyce (koło Wrocławia) z tym, że bardzo rozłożysta. Nie ma tu wielkich budynków, raptem jedno centrum handlowe i dwie główne drogi na krzyż. No może trzy ;-) Po mieście chodzi luzem mnóstwo krów, osłów, są też kozy, kury i wszechobecne psy. Dużym zagrożeniem drogowym są właśnie krowy, które powodują wiele wypadków.

W Maun dla większości pilotów jedyną atrakcją jest „Sportsbar” pub/club – miejsce spotkań. Jest też centrum sportowe „BMC”, gdzie są dwa korty tenisowe i sala do squasha plus oczywiście bar. I generalnie to by było na tyle jeśli chodzi o atrakcje w Maun ;-) Niektórzy piloci wcale nie chcą latać w Maun, wolą Namibię mimo, iż tam lata się o wiele mniej. Ale chcą mieszkać w normalnym mieście. Niektórzy czują się tu jak w więzieniu, inni przedłużają swoje kontrakty bo już się przyzwyczaili do takiego stylu życia. Ja problemu nie mam. Wszystko jest kwestią nastawienia mentalnego. Dla mnie to misja. Mam swój cel. I jak już wylatam swoje to wiem, że opuszczę to miejsce prędzej czy później. Nie cierpię, będąc tu.


Mieszkając tutaj trzeba się też przyzwyczaić do niedogodności jakie niesie za sobą Maun. Stosunkowo często nie ma prądu w mieście. Często ma to miejsce wieczorami. W niektórych częściach miasta tak jak tu gdzie ja mieszkam, jak nie ma prądu to nie ma też wody bo ta pompowana jest pompami elektrycznymi. I tak człowiek wraca po całym dniu wypompowany z energii, chce wejść pod prysznic, a tu niespodzianka! I to jest coś co po prostu trzeba zaakceptować.

Ale są też i plusy mieszkania w Maun. Wychowałem się we Wrocławiu, pomieszkałem też w Warszawie, Los Angeles, Dablinie, UK czy Namibii tuż obok. I nigdzie nie czułem się tak bezpiecznie chodząc wieczorami po mieście jak tu. Można odnieść wrażenie jakby tu nie było przestępczości. Oczywiście kradzieże się zdarzają ale na zasadzie, że lokalni obrabują komuś mieszkanie, jeśli da się do niego wejść przez otwarte okno na przykład. Ja na szczęście tego problemu nigdy nie miałem.


W Botswanie jest kara śmierci. Jest ona wykonywana nie tylko za morderstwo, ale i za nielegalne polowania - kłusownictwo. W zeszłym roku wojsko, które pilnuje aby do nielegalnego odstrzału nie dochodziło, złapało na gorącym uczynku trzech kłusowników i na miejscu bez sądów wymierzyli im ... karę śmierci! Takie jest prawo i jest ono przestrzegane! I dlatego często organizacje chroniące zwierzęta robią co mogą, żeby przetransportować nosorożce z RPA, na które jest największy „popyt” do Botswany, gdzie mogą cieszyć się bezpiecznym życiem.

LATANIE W BOTSWANIE:

Pamiętam swój pierwszy dzień samodzielnego latania, jak to tu mówią „on line”. Mój pierwszy dzień był krótki, Maun – Kwara (0,5h w jedną stronę) – Maun – Pom Pom (25 minut) – Maun. Przed pierwszym lotem nasz menadżer powiedział jedno: „Jakub, rule number one – don`t fuck up”. I dałem radę! Nie ukrywam, trochę stresu miałem. Do tej pory (w Namibii) moi pasażerowie w połowie lotu opuszczali pokład, a ja lądowałem będąc sam w samolocie.


No ale to było latanie ze spadochroniarzami. Tutaj biznes wygląda nieco inaczej. Ludzie ze świata płacą grube pieniądze, żeby spędzić wakacje w komfortowych warunkach będąc w prawdziwym buszu. A my mamy im zapewnić bezpieczny i komfortowy lot z punktu A do punktu B. Niestety nie zawsze jest komfortowo. Dosłownie kilka dni temu miałem lot z Kasane do Ntswi (1:20h). Robi się coraz cieplej i bardzo wietrznie, a co za tym idzie jest turbulentnie. Doskonałe warunki dla szybowników, ale nie do końca dla pasażerów zwłaszcza tych którzy za turbulencjami nie przepadają.

Był taki rock`n`roll w powietrzu, że prawie wszystkie papierowe torby zostały użyte! Młode małżeństwo z Włoch będzie bardzo długo wspominać nasz wspólny lot. Najgorsze jest ostatnie 20 minut, kiedy zaczynami zniżanie. Jeśli lot trwa ponad godzinę to latamy na wysokości około 3-4 tysiące stóp AGL. Zniżanie generuje taki problem, że samolot się nieco rozpędza, a do tego na niższych wysokościach są większe turbulencje. Efekt był taki, że po lądowaniu młody Włoch zanim wyszedł z samolotu padł na podłogę między fotelami i praktycznie stracił przytomność. Zimna woda, stała grawitacja, nic nie pomogło. Musiał do siebie dojść, a to trochę potrwało. Turyści płacą nie małe pieniądze za swoje wakacje, ale czasami muszą doświadczyć powietrznego piekła zanim na nie dotrą. Tak to już jest w małym lotnictwie. Z kolei duży samolot, nawet Caravan, nie jest w stanie wylądować na niektórych pasach w buszu. Są za krótkie!


Jakie są największe zagrożenia związane z tutejszym lataniem? Moim zdaniem jest ich kilka:

PTAKI:

Niezwykle łatwo można uderzyć w ptaka. I to nie w gołębia czy wróbla ale ptaka wielkością dorównującego do amerykańskiego wojskowego drona. Ptaków drapieżnych, typu orłowatych, sokołowatych czy sępów nie brakuje. Średnia rozpiętość skrzydeł np. Marabuta to 4 m. Od ptaków tej wielkości aż roi się w powietrzu.

Nasz menadżer nie tak dawno lecąc C-210 miał właśnie taki wypadek. Na moment rzucił okiem w papiery na kolanie, coś sprawdzić i tylko usłyszał huk. Nie wiedział co się stało, aż po chwili zauważył wpadające przez powietrzny nawiew pióra! Z lewego skrzydła zwisał wielki ptak. Wzniósł się w górę, zwolnił, sprawdził jak samolot zachowuje się przy prędkości lądowania i zawrócił samolot. Wylądował w Maun i po oględzinach na warsztacie doszli do wniosku, że koszt naprawy skrzydła byłby tak wysoki, że z finansowego punktu widzenia naprawa nie miałaby sensu. Cały dźwigar został naruszony. Samolot poszedł na złom. I w taki prosty sposób można pozbyć się ... samolotu! To nie jedyny przypadek tego typu.


Niedawno doszło do dużo groźniejszej sytuacji w pobliżu lądowiska w Shakawe (na północnym zachodzie Delty Okawango) gdzie wielki ptak uderzył w przednią szybę raniąc pilota, który stracił przytomność. Pasażer obok, nie miał wyboru i musiał lądować. Na szczęście w Shakawe jest długi betonowy pas co było też pomocne. Nie ma tam podejścia do lądowania pomiędzy drzewami jak często ma to miejsce w buszu. Pasażer zapomniał o wysunięciu podwozia, jako że była to Cessna 210, generalnie samolot też mocno poobijany, ale ludzie przeżyli. To był cud!

Słyszałem też o wypadku, gdzie ptak wkręcił się w śmigło w Cessnie Caravan. Po czym od razu zgasł silnik. Cała sytuacja miała miejsce na dużej wysokości i pilot bezpiecznie doszybował do lotniska. Nikomu nic się nie stało.

Ja też niestety miałem przygodę z ptakami, ale na szczęście samolot nie poszedł na żyletki. Zaraz po starcie z Maun razem ze mną w powietrze wzniosły się cztery ptaki, to były tzw. czarne bociany (black stork) z lewej strony pasa i jak na złość musiały przelecieć przez pas na prawą stronę, prosto we mnie. Jako że byłem za nisko, leciałem zbyt wolno i byłem stosunkowo ciężki, z paliwem na pół dnia, nie mogłem za bardzo bawić się w pilota akrobacyjnego i jednego ptaka lekko musnąłem górną częścią skrzydła. Ptak nie przeżył. Samolot nie doznał żadnych obrażeń. Po chwili byliśmy znowu na ziemi. Po kilkunastominutowych oględzinach na serwisie byłem znowu w powietrzu.


Miałem kilka innych przypadków, że ułamek sekundy decydował o zderzeniu. Po południu, gdy pojawiają się ruchy termiczne, pojawiają się w znacznych ilościach ptaki. Kiedyś sprawdzałem coś w GPSie i gdy podniosłem wzrok było za późno na cokolwiek. Wielki sęp był centralnie przede mną dosłownie kilka metrów. Jako że Airvan leci na przelocie z prędkością około 200 km/h nawet nie zdążyłem zareagować. Ptak podskoczył jakby nad samolotem. Mam wrażenie, że pierwszy raz w życiu byłem świadkiem widzialnego efektu podciśnienia nad skrzydłem. Wyglądało to tak jakby ptak został dosłownie zassany nad skrzydło. On też był w szoku. Na szczęście nie zderzyliśmy się.

Krótko mówiąc zderzenie z ptakiem jest niezwykle łatwe. I trzeba na prawdę się skupić na tym co się dzieje na zewnątrz, latając w Botswanie. W końcu to loty VFR!

Koniec części trzeciej. Wkrótce kolejna część, zapraszamy do lektury.


Jakub Trembecki - (31 lat), pilot z licencją CPL, IR, ME, ATP frozen z nalotem ogólnym blisko 1500h. Posiada również uprawnienia Aircraft Dispatcher i Instruktora Naziemnego. Absolwent Akademii Ekonomicznej. Od wiosny 2013 r. wykonuje przewozy lotnicze dla przewoźników z kolejno Namibii, Botswany i Maun. Autor cyklu: „Bush pilot, czyli jak się lata po Afryce”.

Źródło: Jakub Trembecki
comments powered by Disqus