Eskadra rządowa na Żarze

Śmigłowiec w rządowych barwach w okolicy Żaru/ fot. GSS Żar

Gdy jako młody człowiek przyjeżdżałem na mistrzostwa szybowcowe lub zgrupowania kadry do Leszna, zachwycałem się precyzją z jaką nasi piloci sprowadzali mknące niczym pociski Migi-21, lądując na poszerzonym odcinku drogi Leszno - Rawicz. Czasem można było podziwiać z jaką sprawnością szybcy piloci wykonują swoje manewry bojowe lub jak jakiś niesforny zawadiaka kosi nad polami i dachami domów.

Pewnego dnia radzieccy towarzysze, startujący ze Wschowej, mocno przesadzili i wyznaczyli sobie pierwszy zakręt kręgu nadlotniskowego nad lotniskiem Centrum Szybowcowego i latali, gdy kilkadziesiąt szybowców skupiło się przed linią startu. W owych czasach, gdy grzmiały silniki odrzutowe cywilni piloci musieli siedzieć na ziemi, ale strefę lotów wydzielaną dla zawodów szybowcowych uzgadniano z dużym wyprzedzeniem i zwykle było to respektowane, więc Szeryf (trener Józef Dankowski ) wściekł się i odważnie zatelefonował wprost do jakiegoś jenerał-lojtnanta. Ten wysłuchał w spokoju pretensji Józka i skwitował je krótko: -Niczewo , niczewo ... My toże płanieristy. Większość naszych orłów w mundurach prezentowała światowy poziom umiejętności. Wypracowywali je nie na koszarowych dyżurach, lecz za sterami bojowych maszyn, a tacy piloci jak Bolek Zoń, mistrz rozpoznania powietrznego Układu Warszawskiego, czy Jurek Kopeć, w wolnych chwilach wyrywali do aeroklubów, by w tajemnicy przed żonami polatać na szybowcach i "prawdziwych samolotach". To jednak przeszłość. Ze zdumieniem i niedowierzeniem przyjmowałem informacje, że nasi piloci wojskowi mają roczny nalot w granicach 10- 40 godzin. Wydawało się to niewiarygodne, ale seria katastrofa pod Mirosławcem , korkociąg samolotu transportowego na podejściu do lądowania, rozbicie Herculesa, a zwłaszcza ogromna tragedia w Smoleńsku, odsłoniły przykrą prawdę o stanie naszego lotnictwa wojskowego.

Wydaje się jednak , że wyciągnięto wreszcie odpowiednie wnioski, bo na naszej łączce pod Żarem już po raz kolejny zjawiły się śmigłowce w barwach rządowych. Ich piloci poznają tajniki latania w górach. W czasach, gdy nawet na naszym hangarze szybowcowym wisiała tablica zakazu fotografowania, taka informacja byłaby zdradą tajemnicy państwowej. Na szczęście mamy to już za sobą . Mam nadzieję, że w przeszłość odejdą wkrótce niedostatki wojskowego lotnictwa a także naszego, spod znaku potrójnej mewy.

Tomasz Kawa

Źródło: GSS ŻAR
comments powered by Disqus

Komentarze

Szanowny Panie Tomaszu. Jako mieszkaniec podbeskidzia a aktualnie raczej nieszczęśliwy wojskowy lotnik śmigłowcowy, podzielam pana zdanie jak najbardziej. Lecz niestety czasy w jakich nam przyszło teraz pracować są trudne i wręcz komiczno-tragiczne. Teraźniejsza władza zgotowała nam lotnikom (śmigłowcowym) super przygotowania do lotów oparta na standartach cywilnych wogóle nie mając o nich zielonego pojęcia a co śmieszniejsze przełozeni JE REALIZUJĄ BEZ ZAWAHANIA UDAJĄC ZE WSZYSTKO ROZUMIEJĄ. Co z tego wynika??? Długie przygotowanie z "produkcją zbędnych kwitów" i całe ....15 min. lotu po kręku jak wogóle jest na czym poleciec. Ale przecież nie wążne jest czym , ważne jest jak lotnik jest przygotowany. TAKA TO SZAROŚĆ JEST WOJSKOWEGO LATANIA (na śmigłowcach)

panie Tomku,śp.Bolek Zoń nigdy nie był Mistrzem Rzpoznania UW.Był pilotem myśliwskim(39plm Mierzęcice)