Jeśli inwestorzy z dużymi pieniędzmi nie przylecą do nas samolotem, to samochodem na pewno nie dojadą...

Przemysław Panas

Z Przemysławem Panasem, Prezesem Aeroklubu Zamojskiego rozmawia Paweł Kralewski.

Przemysław Panas, Prezes Aeroklubu Zamojskiego. Szczęśliwy mąż i ojciec czwórki dzieci. Najstarszy syn Bartek, posiada licencję pilota i pomaga w działalności firmy. Córka, pasjonatka jeździectwa jest już po podstawowym kursie szybowcowym. Dwóch najmłodszych synów pasjonuje się wyścigami cartingowymi. Wykształcenie Przemysława Panasa związane jest z transportem. Karierę zawodową rozpoczął w przedsiębiorstwie transportowym PKS. W latach 90-tych założył własną działalność. Poszukukując pomysłu na biznes, znalazł się w transporcie kołowym ładunków ponadnormatywnych. W jego opinii jest to trudna gałąź usług, wymagająca sporej wiedzy, doświadczenia, fachowości i odpowiedniego sprzęt.

Paweł Kralewski: Skąd zamiłowanie do lotnictwa i jakie były Pana pierwsze kroki z nim związane?
Przemysław Panas:
Z lotnictwem po raz pierwszy zetknąłem się w połowie lat 80-tych kiedy to jako kilkunastoletni młodzieniec otrzymałem skierowanie z WKU na kurs skoczka spadochronowego przygotowujący kandydatów do służby w wojskach powietrzno-desantowych. Tuż po kursie trafiłem do16-ego Batalionu Szturmowego, 6-ej Pomorskiej Brygady Powietrzno-Desantowej w Krakowie. Tam właśnie kontynuowałem swoją przygodę z lotnictwem. Do samolotów ciągnęło mnie od bardzo dawna ale nie bardzo dysponowałem czasem i pieniędzmi żeby wstąpić w szeregi aeroklubu. Po 2000 roku, ze względu na prowadzoną działalność gospodarczą musiałem się dużo przemieszczać, a stan naszych dróg nie pozwalał na szybkie przemieszczanie. Większość czasu spędzałem w samochodzie. Wtedy zrodził się pomysł aby skupić swoją uwagę wokół lotnictwa. Ponieważ mieszkam w Zamościu, do każdego miejsca mam stosunkowo daleko. Wtedy zdałem sobie sprawę, że jedyna rzecz, która może poprawić moją mobilność to samolot. W 2004 roku skierowałem swoje pierwsze kroki w stronę prawdziwego latania. Wraz z synem ukończyliśmy kurs szybowcowy, a po nim szkolenie do licencji pilota turystycznego. Wtedy także podjąłem decyzję o zakupie pierwszego samolotu, który miał mi służyć do szkolenia i zdobywania doświadczenia. W 2006 roku podjąłem decyzję o zakupie Cessny 182 którą latam do dzisiaj. W chwili obecnej posiadam ok. 1000 godzin ogólnego nalotu w warunkach VFR i VFR noc. Mam ogromny apetyt na rozszerzanie uprawnień jednak brak czasu decyduje o tym że muszę swoje plany odłożyć na przyszłość. Obecnie jestem w trakcie szkolenia śmigłowcowego i mam za sobą już pierwsze godziny praktyki.

PK: Jak zaczęła się Pana współpraca z Aeroklubem Zamojskim?
PP:
Mój kontakt z Aeroklubem był potrzebą chwili i rozpoczął się wraz z początkiem szkolenia szybowcowego. Po kilku miesiącach szkolenia zacząłem dostrzegać pewne problemy i głośno o nich mówić. Pomyślałem o zakupie samolotu, który w przyszłości także mógłby być wykorzystywany przez Aeroklub. Po kilku tygodniach samolot był już w Polsce gotów do lotu. W owym czasie aeroklub przeżywał kryzys. Nie posiadał żadnej koncepcji rozwoju. Infrastruktura pozostawiała wiele do życzenia: biuro w mieście i hangary w opłakanym stanie. Aeroklub Zamojski w tamtym czasie nie miał się czym pochwalić. Pojawiały się na jego temat nawet dowcipy. Mnie jako przedsiębiorcę taki stan rzeczy bardzo dziwił. Po jednej z kolejnych dymisji zarządu w 2007 roku, jeden z moich kolegów zgłosił moją kandydaturę na prezesa i od tamtej pory na dobre związałem swoje losy z aeroklubem. Niezależność finansowa i poczucie obowiązków wynikających z posiadania władzy spowodowały iż podszedłem do tej funkcji z pełną powagą. Nie oczekiwałem żadnych korzyści ale odczuwałem ogromną potrzebę działania i stworzenia czegoś na wysokim poziomie. W tamtym momencie wszyscy oczekiwali radykalnych zmian ale z mego punktu widzenia najważniejszym było stworzenie wszystkim odpowiednich warunków pracy. Nie można oczekiwać efektów pracy bez odpowiednich narzędzi. Priorytetem było dla mnie wybudowanie hangaru z budynku administracyjno-biurowego. Po miesiącu prezesury prowadziłem już intensywne rozmowy z architektami. Liczyliśmy oczywiście siły na zamiary cały czas poszukując inwestorów. Bardzo pomogły mi w tym przedsięwzięciu moje kontakty biznesowe oraz własny potencjał jakim dysponowałem w ramach swojej firmy. Udało mi się także zaangażować w to przedsięwzięcie wielu kolegów, z którymi na co dzień prowadziłem interesy. Wsparli nasze przedsięwzięcie, a przy okazji wielu z nich przystąpiło do naszej lotniczej społeczności i do dzisiaj są pilotami. Budowę hangaru ukończyliśmy jesienią ubiegłego roku. Wszystko staramy się robić na bardzo wysokim poziomie i w wysokim standardzie. Infrastruktura ma służyć przez następne kilka dziesięcioleci kolejnym pokoleniom pilotów. 8-go maja planujemy oficjalne otwarcie hangaru połączone z piknikiem na które już dziś zapraszamy wszystkich pilotów.

PK: Przemysław Panas. Pasjonat lotnictwa, właściciel firmy zajmującej się
przewożeniem przedmiotów wielkogabarytowych. Skąd takie zainteresowania oraz determinacja aby uczynić coś lepszym ?
PP:
Myślę, że w dużej mierze to zasługa mojego charakteru dla mnie niektóre rzeczy nie stanowią większego problemu. Jeśli chodzi o tego typu działanie po prostu wiem jak to zrobić. Myślę, że większy problem sprawiłoby mi upieczenie bułki niż wybudowanie czegoś lub skoordynowanie działań aby stworzyć coś dużego. Nie uznaję twierdzenia, że czegoś nie da się zrobić. Moim zdaniem wszystko się da, trzeba tylko odpowiednio się za to zabrać i po prostu to zrobić.

PK: Pana najważniejsze osiągnięcia w działalności Aeroklubowej?
PP:
Moim największym osiągnięciem jest to, że udało mi się przekonać kolegów co do słuszności moich planów i poczynań. Bardzo ważne było dla mnie ich poparcie i zaufanie. Mam nadzieje, że tego wotum nie zmarnowałem. Drugą rzeczą jest wybudowanie największego aeroklubowego hangaru w Polsce. Z mojej wiedzy żadnemu Aeroklubowi z własnych środków i inicjatywy nie udało się dotychczas wybudować tak nowoczesnego i tak dużego jak nasz. W planach mamy także ogrodzenie lotniska. Próbowałem przekonać władze lokalne do tego, że jeśli inwestorzy z dużymi pieniędzmi nie przylecą do nas samolotem, to samochodem na pewno nie dojadą. Starałem się wytłumaczyć, iż konieczne jest wybudowanie betonowego pasa. Na chwilę obecną wspólnie z władzami miasta próbujemy pozyskać fundusze z różnych programów inwestycyjnych na jego budowę.

PK: Jak spełnią się wszystkie Pana marzenia dotyczące lotniska, to jak będzie ono wyglądało za 10 lat?
PP:
Mam nadzieje, że większość rzeczy uda się zrealizować wcześniej, ale chciałbym aby było ono ogrodzone, posiadało betonowy pas, pomoce nawigacyjne, drogi kołowania, piękny hangar i infrastrukturę administracyjno-biurową. Mam także nadzieję, że za kilka lat znajdą się przedsiębiorcy, którzy wybudują własne hangary i będą tu prowadzić działalność lotniczą i powstanie mały port lotniczy, a Aeroklub na dobre zwiąże się ze szkołami o charakterze lotniczym z naszego terenu i dla ich potrzeb będzie szkolił przyszłych pilotów, mechaników. Dużą nadzieję i plany wiążę z Zamojską PWSzZ, z którą już wiele zrobiliśmy i która będzie kontynuowała tradycję zamojskiego TSWL Technicznej Szkoły Wojsk Lotniczych.

PK: Pana recepta na udany dialog z Samorządami?
PP:
Jako Aeroklub musimy pokazać samorządowi że czymś dysponujemy. Musimy coś z siebie dać i pokazać, że jesteśmy dla samorządu potrzebni. Na chwilę obecną stworzyliśmy infrastrukturę, która może przyjąć większość małych statków powietrznych dając jednocześnie gwarancję, że każdy z nich zostanie właściwie obsłużony i zahangarowany. Możemy organizować także festyny, imprezy okolicznościowe, nie tylko dla naszych mieszkańców, ale także promować region na całą Polskę i Europę. Kiedy samorządy widzą że mają do czynienia z partnerem mającym cokolwiek do zaoferowania, dialog jest o wiele łatwiejszy.

PK: Które rzeczy sprawiają Panu w codziennej działalności najwięcej problemów?
PP:
Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Gdybyśmy posiadali wyłącznie problemy we współpracy z urzędami czy innymi instytucjami było by to rzeczywiście męczące, ale w sytuacji kiedy wszyscy jedziemy na jednym wózku do pewnych rzeczy możemy się przyzwyczaić. Urzędy zasłaniają się procedurami, ale procedury tworzą ludzie i ludzie je interpretują. Urzędnicy niedowierzają, że może być normalnie. W sytuacjach krytycznych ludzie natychmiast szukają rozwiązań i zazwyczaj je znajdują, choć kosztem większego wysiłku. Osobiście najwięcej problemu sprawia mi brak czasu. Bierze to się to chyba z moich doświadczeń życiowych. W 2006 roku miałem wypadek lotniczy na lotnisku w Weremieniu. Do tego czasu wydawało mi się, że jestem nie zniszczalny, nie przypuszczałem, że może mi się cokolwiek stać. Wciągu kilku sekund wszystko się zmieniło. Uświadomiłem sobie, że w ciągu ułamka sekundy może skończyć się wszystko. Po tym zdarzeniu przewartościowałem swoje życie i nabrałem do niego jeszcze większej ochoty. Ochoty na chwytanie każdej chwili i czerpania z życia jak najwięcej dobrych rzeczy. Dzięki temu mam ochotę jeszcze więcej zrobić i jeszcze więcej po sobie zostawić, jakby na odkupienie tego, że ocalałem. Myślę, że to zdarzenie powoduje we mnie chęć tworzenia nowych rzeczy - oczywiście na miarę możliwości.

PK: Co powinny robić aerokluby aby pozyskały prywatnych i prężnych inwestorów?
PP:
Powinny przede wszystkim być bardziej odważne i otwarte. Trzeba pozyskiwać przedsiębiorców jako kolegów i członków Aeroklubu. Pozwalać im działać, pozwalać im coś robić. W mentalności niektórych osób istnieje taki stereotyp, że każdy przedsiębiorca widzi tylko swoje partykularne interesy i jeśli coś da, to na pewno będzie chciał coś zabrać. W tego typu instytucji każdy powinien dać coś z siebie, przedsiębiorca ma większe możliwości więc może dać więcej. Aerokluby, to w gruncie rzeczy ludzie, którzy albo to zrozumieją albo nie i dlatego ich sytuacja często bywa bardzo różna.

PK: Lata Pan na Ukrainie. Pana ulubione lotnisko, jakieś wskazówki dla Polskich pilotów?
PP:
Byłem na kilkunastu lotniskach na Ukrainie i na wszystkich panował niesamowity klimat. Gdybym powiedział, że któreś z nich jest lepsze, to obraziłbym innych. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że warto tam polecieć. Na wszystkich są wspaniali ludzie, którzy umieją odpowiednio przyjąć, stworzyć odpowiednia atmosferę. Być może różnią się one jakościowo, ale jestem pewien, że każdy, kto poleci na Ukrainę będzie chciał tam wracać. To są przyjaciele lotnicy z Ukrainy.

PK: To jeśli chodzi o infrastrukturę a jak się lata na Ukrainie?
PP:
Na kilka dni pobytu na Ukrainie tylko jeden raz słyszałem w eterze MI8 lecący z Kijowa do Odessy. Ruch VFR jest tam praktycznie żaden. Jedyną barierą może być tylko pogoda. Podobnie jak w Polsce kilkanaście lat temu wszystko zaczyna kwitnąć, pojawia się coraz więcej prywatnych samolotów i ultralightów, modernizowane są lotniska. Jestem przekonany, że wciąż będzie zmieniać się tam na lepsze .

PK: Kilka lat temu podczas wypadku lotniczego otarł się Pan o śmierć. Co zdarzenie to zmieniło w Pana życiu?
PP: Niechętnie o tym rozmawiam ale z drugiej strony, że może powinienem bo dzięki temu mogę ocalić komuś życie w przyszłości. W tamtym momencie ewidentnie zadziałał czynnik ludzki ale najsmutniejsze jest to, że nikt nie wyciągnął z tego zdarzenia żadnych wniosków. W 2007r. wydarzył się tam podobny wypadek niestety bardziej tragiczny w skutkach. Nie wdając się w szczegóły chciałbym zaapelować do kolegów pilotów o budowanie świadomości podchodzenie do latania z należytą pokorą, a jestem pewien, że będzie ono dla nas wszystkich o wiele bardziej przyjemne i bezpieczne.

PK: Komu chciałby Pan dzisiaj szczególnie podziękować za udział w tworzeniu infrastruktury lotniskowej?
PP:
Najbardziej chciałbym podziękować kolegom, którzy odchodząc pozostawili fundusze na pokrycie części kosztów budowy hangaru. Kolegom przedsiębiorcom którzy sfinansowali lwią część inwestycji. Kolegom z Aeroklubu, którzy przystąpili do tego dzieła i uwierzyli we mnie i pomagali dojść do momentu, w którym jesteśmy teraz. Chcę podziękować także tym, którzy nie umiejąc pomóc nie przeszkadzali. I oczywiście żonie dzieciom, którzy cierpliwie tolerują moje hobby.


PK: Na kogo glosował Pan w naszym plebiscycie "Człowieka roku GA" i dlaczego?
PP:
Moim faworytem był Krzysztof Radwan z Muzeum Lotnictwa w Krakowie, którego znam od wielu lat i cały czas utrzymujemy bardzo dobre relacje. Widzę na co dzień jego zapał do pracy i być może On tego nie wie, ale cały czas patrzę mu na ręce i wielu rzeczy od Niego się uczę.

PK: Pana osobista anegdota związana z lotnictwem?
PP:
Jedna z zabawnych sytuacji związana z lotnictwem przytrafiła mi się na początku lat dziewięćdziesiątych w Mokrem. Pewnego dnia jadąc drogą wzdłuż tamtejszego lotniska zauważyłem stojącego na nim AN-a 2, wokół którego kręciło się kilka osób. Samolot miał wojskowe malowanie, ale ponieważ w owym czasie wyglądała jak większość AN-ów w tym kraju, wszystko z pozoru wyglądało normalnie. Jechałem wtedy z rodziną i przekonany, że odbywają się tam loty turystyczne zaproponowałem żonie i dzieciom przelot. Wszyscy byli zachwyceni propozycją więc podjechaliśmy bliżej. Samolot był tuż przed odlotem więc w pośpiechu z kilkoma innymi osobami wsiedliśmy na pokład. Tuż po lądowaniu zapytałem jednego z uczestników komu mogę zapłacić za ten „turystyczny” lot, na co panowie piloci chwycili się za głowy i oznajmili, że był to lot dla rodziny i znajomych wysokiego rangą oficera wojska polskiego. Doradzili abyśmy w celu uniknięcia kłopotów jak najszybciej się oddalili o nic więcej już nikogo nie pytając.

PK: I na koniec nasze ulubione pytanie. Jakiej muzyki Pan słucha?
PP:
Nie mam szczególnych typów, ale chętnie słucham muzyki POP i Rock

PK: Dziękuje za rozmowę i życzymy z całego serca samych sukcesów!
PP:
Dziękuję!

Źródło: dlapilota
comments powered by Disqus

Komentarze

Przemek,ale jest tu dużo zawistnych Karguli,walcz z tymi wiatrakami!!!

Czemu Przemek jest zupełnie niepodobny do siebie na tym zdjęciu?

zgadnijcie czyja firma przywozi samoloty do Muzeum Lotnictwa?

Ale co z tego? Znaczy, że dobrze, czy że nie dobrze? Co ma piernik do wiatraka?

Ha!! Ale fajnie!!! Jakoś nie wiedziałem i dopiero do mnie dziś dotarła ta wiadomość, że Jan Pastorczyk nie jest już dyrektorem AZZ. Nie znam obecnego, ale chyba każdy jest lepszy niż ten beton.

Teraz Janeczek "wziął się" za Przasnysz... Let's watch!

o jasny gwint!!! :-(, teraz tu coś sp..., a strona internetowa APM już nie działa ;-)
było dobrze jak Kącik i Kwiatkowski byli (dziadki bo dziadki), ale wpisali lądowisko do ewidencji ULC, ba, później Grądy wpisali, a ten J.P. to gdzie się nie pokaże to coś spier...
w życiu nie rozmawiałem z takim betonem jak J.P.

Szkoda że Pan prezes nie powiedział ile kosztował AZ dyrektorowanie J.P.
bo nas 70tysiaków na koniec wcześniej cegiełki za loty turystyczne, i hangar jeden w cenie dwu. Myśle że APM nie stać na J.P. Zobaczymy.

Zapomniałeś dopisać że stacje remontował też przycioł. Jasio ma teraz nową zabawkę o dwadziescia lat młodszą z wielką kacza d...ą! a to kosztuje!!!
APM musi to uwzględnić w budżecie.

Jak donoszą sikorki, Janeczek już nie czai sie w APM, a poszedł jako Kapitan Jan "Planeta" Pastorczyk do spółki Port Lotniczy Szymany... tam jest z czego czerpać... Let's Watch!

No ładne jaja ;-). Przecież już tam kiedyś był w tych Szymanach. I znów sobie w kolano strzelają biorąc go do roboty? Nie rozumiem tych ludzi.

Panie Przemku mam nadzieję że ma Pan "klona"!!! Trzymam kciuki za powodzenie w realizacji pomysłów z nadzieją przyziemienia na betonce w Zamościu.
Pozdrawiam.