Doświadczyłem, przeżyłem, opisałem: „Łączenie alkoholu z lataniem to igranie ze śmiercią…”

Szybowiec w locie

Poniżej publikujemy kolejny artykuł z cyklu "Doświadczyłem, przeżyłem, opisałem", który otrzymaliśmy od jednego z naszych Czytelników. Zapraszamy do lektury.

"Moja historia z lataniem - jak i wielu innych lotników - zaczęła się od szybowców. Było piękne lato, ja miałem 17 lat i od zawsze marzyłem, aby zostać pilotem. Chyba każdy z nas pamięta to uczucie: pierwszy kontakt z prawdziwymi pilotami, cała otoczka jaki to piękny i ułożony świat, a piloci to sama elita społeczna. Pierwszy w życiu lot szybowcem odbyłem niestety już ze Świętej Pamięci Instruktorem - zginął śmiercią lotnika, a konkretnie cenę tę zapłacił pomimo wielokrotnych strof od Szefa Wyszkolenia, które do dziś krążą mi po głowie, gdy o Nim pomyślę: "Rysiu (imię zmienione), Ty kiedyś przez to niechlujstwo zginiesz!".

Wtedy, jako jeszcze młody adept latania, w życiu bym nie pomyślał, że słowa te będą prorocze, a diagnoza nadzwyczaj celna. Mój ŚP. Instruktor pewnego dnia w pośpiechu nie dokończył podstawowych czynności technicznych przy oblocie szybowca, który był po gruntownym przeglądzie. Krótko po starcie "postawił sobie pomnik" - jak to mawiają szybownicy i w kilka sekund zakończył swoją ziemską drogę. Szkoda, przeogromna szkoda przy stracie Człowieka z takim lotniczym doświadczeniem, który mógł jeszcze wyuczyć pokolenia młodych lotników i służyć im swoją radą i umiejętnościami.

Dla równowagi szczęścia (zawsze wierzyłem w statystykę) dodam, że w tym samym aeroklubie był sobie instruktor-senior, jak pozwoliłem sobie go ochrzcić na potrzeby niniejszego opisu. Jak sądzę, w wielu polskich aeroklubach są tacy instruktorzy-seniorzy. To była osoba z największym lotniczym doświadczeniem w całej okolicy, dziesiątki tysięcy godzin spędzonych w życiu na wszystkim co lata, wszystkie uprawnienia i wieczny podziw i szacunek. Niestety czar tej pięknej historii i wspaniałej postaci, którą byłem podówczas podekscytowany, prysł już kilka dni później, w 1. tygodniu podstawowego szkolenia szybowcowego.

Jak wiadomo, szkolenia takie obfitują w spotkania towarzyskie, na których "za kołnierz się nie wylewa". Nie ma w tym nic złego, a wręcz przeciwnie - nigdy w życiu nie usłyszałem więcej ciekawych historii i anegdot ze świata lotnictwa (które kochałem i kocham po dziś dzień), niż w trakcie tych imprez. To niezapomniane chwile, dla których warto żyć. Pamiętam, że pierwsza "integracja" skończyła się ok. 4:30 nad ranem. Instruktorzy kazali się kłaść spać, jeśli chcemy "jutro" latać, co oczywiście bez protestu uczyniliśmy. Pomimo stanu (nie)trzeźwości, byłem w głębokim szoku gdy po 1 godzinie (60 minutach!), w okolicach godz. 5:30 ujrzałem ludzi kręcących się przed hangarem, pomyślałem wręcz - przyjezdni! Nic z tych rzeczy, za 15 minut wszyscy uczestnicy libacji (tak to trzeba nazwać) byli przed hangarem i szykowali szybowce do lotu.

Nie przyszło mi do głowy, że instruktorzy pozwolą nam wykonywać nasze pierwsze loty w takim stanie - przecież to wbrew nie tylko wszystkim przepisom, ale przede wszystkim głosowi rozsądku! Myliłem się – instruktorzy byli bardziej nierozważni – nie tylko nie zabronili nam latać, ale sami wsiadali z nami "uczyć" nas podstaw pilotażu. Nie było tam nikogo trzeźwego, z wyciągarkowym włącznie. O ile loty z pozostałymi instruktorami były w miarę łagodne, o tyle mój lot z instruktorem-seniorem był poza wszelkimi technikami, które poznaliśmy przez kilka poprzednich dni szkolenia - kąt natarcia raptem mógł być o 15-20 stopni większy niż ten nazywany do tej pory "krytycznym". Na moje pytanie dlaczego tak jest (chyba to już było po locie, na ziemi i skierowane do innych instruktorów), dostałem tylko odpowiedź, że pan Zbyszek (imię zmienione) jest zbyt doświadczony, żeby mi tłumaczyć, dlaczego on może tak latać. Kiedy po latach analizuję tę historię, to jednak doceniam każdy dzień - równie dobrze mogłem wtedy zginąć, ale tak się nie stało. Tym razem się udało. Pan Zbyszek - choć pijany - to jednak "zbyt doświadczony", żeby obowiązywały go podstawy fizyki  i aerodynamiki. Skądże, te odnoszą się tylko do tych niedoświadczonych. Szczęście, że po wyczepieniu nie sprawdzał prędkości przepadnięcia i czy czasem nie jest niższa, skoro on jest "doświadczony".

Tyle w części szybowcowej. Po niej przyszło oczywiście "duże" latanie, czyli PPL.

Chciałem się szkolić w rodzinnej Warszawie, ale niestety koszty były zauważalnie większe, niż w innych miastach. Trafiłem więc do jednego z polskich ośrodków szkolenia lotniczego. Tam trafiłem na wielu fajnych ludzi, ale moim głównym instruktorem był akurat typowy "wojak" - instruktor po 70-tce, z bogatym doświadczeniem i przeszłością lotniczą w polskim wojsku. Na stare lata - jak wielu innych - dzieliło swoją pasję do latania i doświadczenie z młodziakami, czyli np. ze mną.

Jak to wojskowy - nie stronił od alkoholu. O ile nie mam nic nawet do alkoholików, o tyle uważam, że łączenie alkoholu z lataniem to po prostu igranie ze śmiercią, a jeśli robi się to jeszcze ryzykując cudze życie, to jest to po prostu czyn haniebny i godny wysokiej kary.

Pewnego dnia polecieliśmy do Warszawy na Babice, bodaj na 50-tkę (przegląd). Następnego dnia umówiliśmy się rano w hangarze, skąd mieliśmy wrócić do naszego ośrodka. Jakież było moje zdumienie, kiedy ujrzałem instruktora w bandażu na głowie. Pytam zatroskany: co się stało? Jakoś tak niemrawo tylko odburknął, że przewrócił się na ulicy.

Wsiadamy do kabiny, a tuż przed zamknięciem drzwi słyszę od mechanika: "Ja bym nie leciał. On jest nap******ny jak szpadel, a głowę sobie zranił upadają przy imprezie na zastrzał pod skrzydłem!". Zamknął szybko drzwi, i nie zdążyliśmy jeszcze uruchomić silnika, kiedy po kokpicie rozniosła się mocna woń alkoholu. Byłem młody i głupi i zamiast szybko wyskoczyć, było mi po prostu "głupio", więc pozostałem i odlecieliśmy... Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, jak mogło mi "być głupio" unikać śmierci. I tym razem się udało.

W kolejnych tygodniach okazało się, że "wojskowy" instruktor był na tyle pewny siebie (i pełny starych zasad), że akrobacja na samolocie niedopuszczonym nawet do akrobacji podstawowej  nie byłą problemem, a największą stratą czasu i ewidentnym dowodem na to, że nie zależy uczniowi na lataniu było dokładne wypełnianie procedur, szczególnie przedstartowych. W końcu latając z tym instruktorem zaniechałem tego, no bo skoro tak mówi instruktor...

Po ukończeniu szkolenia i uzyskaniu licencji pojechałem do innego ośrodka wynająć samolot i przelecieć się rekreacyjnie. Tym razem postanowiłem, że skoro lecę sam, to przejdę procedury tak dla sportu. Pewnie dzięki temu uratowałem się przed co najmniej wysoce ryzykownym zdarzeniem, skoro na próbie przedstartowej silnik zaczynał barachlić przy wyłączeniu lewych iskrowników, a po decyzji o powrocie do hangaru celem sprawdzenia okazało się, że i prawe i lewe były do wymiany...

Chciałbym podkreślić, że na kilkaset godzin spędzonych w powietrzu, powyższe sytuacje były tymi najbardziej niebezpiecznymi. Nie były one co prawda bezpośrednim zagrożeniem życia, ale w lotnictwie trudno jest rozróżniać "pośrednie" i "bezpośrednie" zagrożenie życia - poprzez prędkość i wysokość granica ta jest praktycznie nie do zaznaczenia. Dość pomyśleć, co się dzieje przy upadku z 10 metrów (4 piętro w bloku), albo przy uderzeniu samochodem w ścianę z prędkością 100 km/h - prędkość rzadko spotykana w sytuacji braku panowania nad maszyną, zwykle przy katastrofie uderza się z dużo większą prędkością, i to bez 3-punktowych pasów ani poduszek powietrznych.

To pokazuje, jak kruche jest życie, natomiast swoimi opisami chciałem przestrzec innych Czytelników, którzy być może znajdą się w podobnych do powyższych sytuacjach - nie bójcie się reagować stanowczo na sytuacje, które są zagrożeniem dla Waszego życia. Każdy ma tylko jedno życie i GŁUPOTA LUDZKA nie może stanąć na przeszkodzie wielu latom korzystania z tak wspaniałych odczuć, jakie daje właśnie... lotnictwo!".


Dziękujemy wszystkim za dotychczasowe zgłoszenia. Są one ważnym elementem budowania bezpieczeństwa lotniczego i umożliwiają uczenie się na błędach popełnianych przez innych. Doceniając trud włożony w napisanie artykułu, osoby, których teksty zostaną opublikowane na naszym portalu, będą honorowane specjalną koszulką „Aviation Safety Promoter”.


 

Źródło: dlapilota
comments powered by Disqus