Doświadczyłem, przeżyłem, opisałem: „Egzamin praktyczny do PPL(A)…”

Cessna 150 podczas podejścia do lądowania

Zapraszamy do lektury artykułu z cyklu "Doświadczyłem, przeżyłem, opisałem", który otrzymaliśmy od naszego  Czytelnika.


Kiedyś pytałem o to jak wygląda dokładnie egzamin praktyczny do PPL(A) i niewiele było odpowiedzi (za te, które były raz jeszcze dziękuje), więc obiecałem, że jak sam to "przeżyję" to opisze. Słowo się rzekło... 28 maja - miałem wyznaczony termin, czekałem na niego w sumie (z różnych powodów organizacyjnych) niemal 2 miesiące. Pogoda... rano ok, ale od południa zapowiadały się przelotne deszcze i burze... Lot miałem zaplanowany na godz. 12.00 (czasu lokalnego); trasa Babice-Lublinek-Modlin-Babice.

O ok. 11:30 na lotnisku pojawił się egzaminator (ja tam byłem od 9 tej... i się przygotowywałem), a wciąż nie było aktualnej prognozy dla rejonu lotu. W naprędce zatem skleciłem na podstawie prognozy poprzedniej (a więc do 12-stej) dziennik nawigacyjny i.. ruszamy.

Szkoliłem się poza Warszawą, dlatego wiele elementów procedur i zasad na tym lotnisku było dla mnie zaskoczeniem. Po pierwsze - każdy ma własne słuchawki - ja takowych nie posiadam, ale na szczęście zostałem poratowany. Po drugie - wypisywanie PDtów, zleceń i wypełnianie segregatorów - oczywiście miałem już takie doświadczenia, ale każdy ośrodek ma swoje zasady i trochę mi to zajęło. Bardzo pozytywnie oceniam pomoc pracowników i pilotów Aeroklubu Warszawskiego - którzy w zdecydowanej większości - chętnie mi pomagali.

Startujemy. Przy starcie (sic!!) lekko robię kangura lewym kołem (!!). Jest dość silny boczny wiatr. Warunki do lotu jednak są (5/500). Tuż przed lotem dowiaduję się od życzliwego, że lecę "rzęchem", ale wbrew tej opinii samolot (C-150) sprawuje się wzorowo... Egzaminator jest spokojny (ja mniej, ale nadrabiam miną). W przypadku popełniania przeze mnie błędu - delikatnie stuka długopisem w odpowiedni wskaźnik na tablicy przyrządów.

Lecimy. Egzaminator sugeruje mi korzystanie z radiolatarni, ale ja głupieję - nie pamiętam czy lecąc od mam lecieć "za kreską", czy wręcz przeciwnie... po kilku nieśmiałych mikroskopijnych zwrotach - które miałyby odpowiedzieć na tą moją wątpliwość - zarzucam tą pomoc i lecę według mapy... Tak mi się przynajmniej wydaje.. Żyro i busola pokazują różne wskazania (nawet do 40 stopni). Więc lecę na "czuja". Lecę i lecę... i po pewnym czasie przestaję być pewny gdzie jestem. Tak na "oko" to wiem, ale niezbyt dokładnie... Mijają długie minuty...

Po czym okazuje się, że lecę idealnie po "kresce" na mapie! Moja radość jest zatem wielka:) ale... Według mapy oraz mojej wiedzy i pamięci, za Strykowem - nad którym jestem pewien że jestem - ma być początek autostrady (OSKAR), a jego nie ma... Nie daję nic po sobie poznać i lecę dalej. Oczywiście pomyliłem się. Za Stryków wziąłem Głowno, ale egzaminator chyba tego nie zauważył.

Teraz powinienem przejść na łączność z Lublinkiem. Żegnam się z "Warszawą" i.. nie mogę nawiązać z Łodzią!! Po kliku próbach, egzaminator poleca mi zgłosić to Warszawie, w między czasie skręcam, żeby nie wlecieć w CTR. W momencie przechodzenia na łączność z Warszawą orientuje się w czym był problem. Niechcący - zmieniając częstotliwość przyciszyłem radio :( W Łodzi mnie słyszeli, a ja ich nie. Znów udaję, że nic się nie stało. Informuję Warszawę o swoich trudnościach oraz o tym, że spróbuję ponownie. Wracam na częstotliwość Łodzi i tym razem już bez problemów nawiązuje łączność i dostaję zgodę na wlot w CTR.

Zaczyna padać, a właściwie to lać! Widoczność bardzo spada, tak, że nie mogę znaleźć punktu NOVEMBER i zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle pozwolą mi lądować. Egzaminator pomaga mi znaleźć punkt, po chwili trochę się przejaśnia i ląduje (konwojer). Lądowanie kiepskie. Egzaminator wręcz pomaga mi walczyć z bocznym wiatrem, a po odlocie mocno krytykuje moje wyczyny.

Odlatujemy na północ. Tu trasa jest w miarę prosta, ale i tak na moment tracę orientację. Przelatuje nad jakimiś torami, których według mojej kreski - nie powinno tam być. Na wszelki wypadek odkręcam w lewo i zaczynam lecieć wzdłuż nich. Po chwili okazuje się, że lecę dokładnie "po kresce". Uff... Robi mi się "ciepło". Stres, turbulencje i zmęczenie (oraz niewygodny fotel) dają mi się we znaki. Jestem cały napięty i mam już trochę "dość", a przede mną jeszcze ok. 1,5 h lotu!! Czuję że robi mi się niedobrze, więc otwieram nawiew. Przy tej okazji "zadzieram nos" nie kontrolując przy tym obrotów, prędkości i wysokości. Mocno mi się za to dostaje od egzaminującego..

Z Łowicza na Wyszogród znów leje. Widoczność spada, a kompas i żyro nie chcą mi zdradzić dokąd lecę, więc znów na czuja lecę "gdzieś na północ". Po kilku minutach widzę Wisłę. No dobrze - Wyszogród jest w lewo, czy w prawo?? Znów powoli dopada mnie rozpacz, po czym okazuje się, ze dokładnie przede mną widać most w Wyszogrodzie (znów gigantyczny fart!!). Ech... Przechodzę na "Olsztyn" i wykonuję w kierunku Modlina. Tu się już nie zgubię - Wisła wspaniale pokazuje kierunek. Egzaminator poleca mi zasłonić oczy i "w zakrytej" wykonać wiraże z różnych nachyleniem. Przy wirażu w prawo tracę 150 ft wysokości!! Właściwie nie wiem jak. Byłem przekonany, że wykonywałem manewr prawidłowo... Kolejne już takie są.

OK. Przeciągnięcia (statyczne i dynamiczne). Egzaminator używa trochę innych sformułowań niż moi instruktorzy, więc ciut się gubię, ale właściwie wykonałem jego polecenia (choć przy wychodzeniu wpierw dałem obroty, a dopiero później oddałem stery). Modlin. Imitacja. Trochę mnie zaskakuje moment (jestem jakieś 200 m nad początkiem pasa i lecę prostopadle do niego) rozpoczęcia. Wykonuję ciasny skręt w lewo i bardzo wysoko mijam początek pasa. Egzaminator ma wątpliwości czy się "zmieszczę w pasie", ale pomagają mi pełne klapy i wiatr - ląduje prawidłowo, choć daleko na pasie. Wracamy po pasie (w pierwszej chwili chciałem startować z konwojera, ale egzaminator uświadomił mi, że mogłoby nam nie starczyć pasa...).

Wracamy na Babice. Znów fatalne lądowanie z bocznym wiatrem i lekko zdenerwowany egzaminator nakazuje powtórzyć manewr. Robimy niski południowy krąg i ... tym razem wychodzi idealnie.. Egzaminator to potwierdza, choć z uśmiechem zauważa, że akurat w tym momencie wiatr przycichł... Ja oceniam swój egzamin bardzo słabo, ale egzaminator uznał, że zaliczam. Powtórzył mi moje błędy (nie było słowa o nawigowaniu, więc być może nie zorientował się, że praktycznie 3 krotnie nie byłem pewien lokalizacji).

Wielka ulga. Zmęczenie i stres spowodowały, że moja reakcja po egzaminie była analogiczna do sukcesu zdania przez Mamę Mikołajka na prawo jazdy (z pewnej znanej książki - niezorientowanych informuję, że Mama Mikołajka po egzaminie nigdy więcej nie usiadła za kierownicą...:). Szybko mi przeszło i teraz nie mogę się doczekać odebrania licencji i "wniebowzięcia" :)) Co dalej? o tym to chyba osobny wątek :)


Dziękujemy wszystkim za dotychczasowe zgłoszenia. Są one ważnym elementem budowania bezpieczeństwa lotniczego i umożliwiają uczenie się na błędach popełnianych przez innych. Doceniając trud włożony w napisanie artykułu, osoby, których teksty zostaną opublikowane na naszym portalu, będą honorowane specjalną koszulką „Aviation Safety Promoter”.

Źródło: dlapilota
comments powered by Disqus