Polowanie na Szoguna

Siły Powietrzne

Naciskają spust, słyszą szum, czują podmuch ciepłego powietrza. Żadnego wielkiego huku, żadnego odrzutu.

O tym, że 10-kilogramowy pocisk opuścił rurową wyrzutnię, przekonuje ich w zasadzie tylko zmiana położenia środka ciężkości objawiająca się jej pochyleniem do przodu. Ale emocje są potężne. „Mamy kilkanaście sekund żeby pokazać, iż zostaliśmy dobrze wyszkoleni", relacjonowali po zejściu ze stanowiska ogniowego żołnierze 3 Warszawskiej Brygady Rakietowej OP, trenujący na Centralnym Poligonie Sił Powietrznych w Wicku Morskim podczas ćwiczeń Anakonda-12 zwalczanie środków napadu powietrznego przeciwnika, czyli aplikacyjnych państw Mondy i Funlandu.

Podwładni kapitana Grzegorza Chicińskiego, dowódcy baterii z 38 dywizjonu zabezpieczenia 3 WBROP, wystrzelą z przeciwlotniczych przenośnych zestawów rakietowych Grom i S-2M „Strzała" podczas Anakondy-12 aż 45 rakiet bliskiego zasięgu. Kolejnymi rakietami będą razić imitatory celów powietrznych ich koledzy z ćwiczących na poligonie wickim pododdziałów 7 Brygady Obrony Wybrzeża i przeciwlotnicy z Marynarki Wojennej. Po tym miedzy innymi widać, że Anakonda-12 jest ćwiczeniem symulującym połączoną operację obronną.

W czwartkowy wieczór operatorzy z 38 dywizjonu odpalili do celów M14 dwie Strzały i dwa Gromy. Rakiety z hukiem opuściły naramienne wyrzutnie i pomknęły w kierunku rac symulujących odrzutowiec przeciwnika. Kapitan Chiciński ocenił, że cele zostały bardzo dobrze namierzone i poprowadzone, przez co trajektorie lotu pocisków i racy M14 przecięły się w odpowiedniej bliskości. Gdyby zwalczane były prawdziwe maszyny Mondy, atakujące siły Wislandii, ich piloci prawdopodobnie musieliby kąpać się tego wieczoru w morzu. Ochraniane przez operatorów przenośnych wyrzutni przeciwlotniczych zgrupowanie, kryjące się w nadmorskich lasach, trudno byłoby zaatakować.

W piątkowe południe operatorzy Strzał i Gromów z 3 WBROP zmierzą się w strzelaniu doświadczalnym z nowy przeciwnikiem, imitatorem celu powietrznego z programowaną trasą lotu MJ-7 Szogun. Kapitan Chaciński przyznaje, że już raz, na początku wrześniowego zgrupowania, jego podwładni strzelali do bezzałogowego aparatu latającego, przenoszącego flary odpalane na sygnał z ziemi. Wtedy nie udało się im go strącić. Przed czwartkowym strzelaniem ustalili nową taktykę namierzania Szoguna, lecącego z prędkością około 250 kilometrów na godzinę. Ponoć poczynili nawet zakłady o to, że uda im się upolować aparat.

Ppłk Artur Goławski

Źródło: Siły Powietrzne
comments powered by Disqus