Pilot TOPR wybrany Świdniczaninem Roku

Andrzej Śliwa w kabinie śmigłowca (fot. swidnik.pl)

Co to był za plebiscyt! Losy tegorocznego tytuły ważyły się do samego końca. Niemal do ostatniej minuty do redakcji Głosu Świdnika napływały kupony. Na czoło wysunęli się dwaj kandydaci. Ostatecznie Czytelnicy zdecydowali, że przyznają tytuł Świdniczanina Roku 2019 Andrzejowi Śliwie.

Plebiscyt odbył się już po raz 21. Tym razem do tytułu pretendowały dwie osoby i dwie instytucje. Wszyscy kandydaci mieli za sobą niezwykły rok, obfitujący w wyjątkowe sukcesy i przełomowe wydarzenia. Spółdzielczy Dom Kultury świętował jubileusz 40-lecia, Zespół Tańca Ludowego „Leszczyniacy” właśnie zamknął 35 lat działalności. Andrzej Słotwiński, po wielu latach szefowania klubowi Honorowych Dawców Krwi przy PZL-Świdnik, przekazał stery swojemu następcy.  Andrzej Śliwa, pracujący w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym, od lat związany z lotnictwem i PZL-Świdnik, uczestniczył w akcji ratowania ofiar pioruna, który uderzył w grupę turystów przebywających na szczycie Giewontu.

Na prowadzenie szybko wysunęli się dwaj kandydaci, ZTL „Leszczyniacy” i Andrzej Śliwa. W ciągu sześciu tygodni ich zwolennicy złożyli do redakcji łącznie ponad 1,3 tys. głosów. Na wszystkich kandydatów wpłynęło w sumie około 2 tys. kuponów. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, kto zdobędzie tytuł Świdniczanina Roku 2019. Po zamknięciu głosowania okazało się, że z niewielką przewagą, zwyciężył Andrzej Śliwa.

Jestem bardzo zaskoczony i wzruszony. Nie spodziewałem, że w tak zacnej konkurencji otrzymam największą liczbę głosów. Myślę, że jest to odzwierciedlenie lotniczych tęsknot i wspomnień świdniczan związanych z pracą w PZL, Sokołem, TOPR i Tatrami. Dziękuję za oddane na mnie głosy. Pierwszym, co zrobię po powrocie z podróży, będzie przygotowanie półki pod cenne trofeum, które postawię na niej z uczuciem ogromnej dumy i satysfakcji – mówi Andrzej Śliwa, Świdniczanin Roku 2019.

Czytelnicy mają co roku nie lada kłopot z wyborem kandydata, który odbierze statuetkę Srebrnego Atlasa, jako symbol zwycięstwa w plebiscycie na Świdniczanina Roku. Oczywiście ich dokonania są nieporównywalne i zwykle bardziej liczy się emocjonalne podejście niż chłodna kalkulacja – przyznaje Jan Mazur, redaktor naczelny Głosu Świdnika. – W przypadku Andrzeja Śliwy poczuli zapewne dumę, że ten sympatyczny człowiek, ale i doskonały pilot przez wiele lat związany ze Świdnikiem, zakochany w śmigłowcu Sokół i Tatrach, potrafił w pojedynkę ocalić tyle ludzkich istnień, podczas tragicznej akcji ratunkowej na szczycie Giewontu. Można śmiało powiedzieć, że zarówno jeździec, jak i jego niezwykły rumak, stali się tego dnia wizytówką Świdnika. Gratulacje i podziękowania za udział w plebiscycie należą się również pozostałym kandydatom, których dorobek, postawa, zarówno zawodowa, jak i społeczna, nie mogły przejść bez zauważenia.

Na zwycięzcę już czeka statuetka Srebrnego Atlasa. Z powodu pandemii i obecnych obostrzeń, zostanie mu wręczona podczas niewielkiej uroczystości, która oczywiście zostanie zrelacjonowana Już wiadomo, że będzie się ona mogła odbyć dopiero na początku grudnia, kiedy świeżo upieczony Świdniczanin Roku powróci do kraju.

Tatrzański bohater

Wszystko wydarzyło się 22 sierpnia minionego roku. Nad górami rozszalała się burza. Po południu do ratowników TOPR dotarła dramatyczna wiadomość. Na Giewoncie pioruny poraziły turystów. Wśród wybiegających z górskiej bazy pogotowia był również Andrzej Śliwa, świdniczanin, pilot śmigłowca TOPR.

Początkowo pogoda nie pozwalała nawet marzyć o starcie z bazy. To były najdłuższe minuty mojego życia. Wypychaliśmy i wpychaliśmy śmigłowiec z powrotem do hangaru. Musiałem podjąć decyzję. Kilka minut przed godz. 14.00 wystartowałem do pierwszego lotu. Mimo wyładowań i szalejącej burzy dolecieliśmy nad Giewont. Widok był wstrząsający. Dziesiątki siedzących i leżących osób, podnoszących ręce z prośbą o pomoc. Szybko zlokalizowaliśmy miejsca, gdzie prowadzono reanimację. W pobliżu reanimowanych dzieci desantowaliśmy trzech ratowników – opowiada Andrzej Śliwa.

System ratowniczy zorganizowany jest w ten sposób, że jeden wysłany sms mobilizuje do akcji wszystkie służby i ratowników medycznych przebywających na wolnym. Zadanie polegało na tym, żeby jak najszybciej przetransportować ich na miejsce akcji. Niektórzy starali się dotrzeć pieszo. Sokół pilotowany przez A. Śliwę zabierał ich z trasy, woził również spod Jaskini Śnieżnej. Przygotowanych do transportu pacjentów zabierano na noszach i przewożono do czekających na dole karetek, śmigłowców Lotniczego Pogotowia Ratunkowego lub szpitali.

Ludzie, oprócz skutków połamań i poparzeń cierpieli na hipotermię. Większość znających się na rzeczy osób potwierdza, że gdyby z powodów pogodowych poderwanie śmigłowca nie było możliwe, liczba ofiar byłaby znacznie większa, właśnie z powodu wychłodzenia. Na drugi dzień fotografowaliśmy miejsce zdarzenia: porzucone plecaki, fragmenty ubrań, telefony, kluczyki do samochodów… niesamowite wrażenie – opowiadał świdnicki pilot.

W wyniku tragedii na Giewoncie zginęły 4 osoby. 157 kolejnych zostało poszkodowanych. Wśród nich najbardziej ci, którzy trzymali się łańcuchów.

Źródło: swidnik.pl
comments powered by Disqus