Ostatni lot Mistrza

Ryszard Kasperek z modelem szybowca Salamandra (fot. swidnik.pl)

Dwa lata temu, na początku maja, zmarł Ryszard Kasperek, znakomity pilot szybowcowy, samolotowy, śmigłowcowy, instruktor i zawodnik sportów lotniczych. Z tej okazji Agnieszka Wójcik-Skiba przypomniała sylwetkę Ryszarda Kasperka, jego pracę i pasję. Wspomnienie Agnieszki Wójcik-Skiby o utytułowanym polskim pilocie zamieszczamy poniżej.

"Zawsze, kiedy pytałam Go o życie zawodowe, powtarzał, że jego największym sukcesem jest tyle samo lądowań, co startów, a wszystko inne to tylko dodatek. 2 maja 2018 roku wyruszył w lot, z którego, niestety, powrotu już nie ma. Wraz ze śmiercią Ryszarda Kasperka, nestora świdnickiego lotnictwa, zwycięzcy zawodów rangi mistrzostw Polski, instruktora samolotowego i śmigłowcowego, zamknęła się też pewna karta lotniczych dziejów naszego miasta. Zapisał się na niej na zawsze, z nieżyjącymi już bratem Stanisławem i synem Januszem. Przypominamy dziś Jego sylwetkę, pracę i pasję.

Początki podniebnej przygody

Jeden z najwybitniejszych świdnickich lotników urodził się 31 maja 1931 roku, w miejscowości Niemce k. Lublina. Podniebną przygodę rozpoczął w 1947 roku od kursu szybowcowego. Chociaż czasami śmiał się, że jednak było to znacznie wcześniej.

W dzieciństwie bawiłem się samolotami wystruganymi z drewna – opowiadał mi przed 16 laty, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. –  W ogródku zrobiłem podziemne hangary, a gdy zaczęła się wojna, schowałem tam te zabawki. Obserwowałem też nadlatujące niemieckie maszyny. Uciekałem, jeśli przelatywały zbyt nisko. Później przyszło wyzwolenie i radzieckie samoloty. W 1947 roku zapisałem się na teoretyczny kurs szybowcowy w Lublinie, gdzie było ponad 300 młodych ludzi. Skończyłem go wiosną, a jesienią pojechałem na szybowisko. Szybowiec nazywał się SG38, miał zamocowane siedzenie, skrzydełka, ogon i linki. To było zupełnie inne latanie niż obecnie. Kiedyś człowiek sam się uczył, a instruktor stał z boku.

W latach 1951-1954 Ryszard Kasperek odbywał służbę wojskową, początkowo w Technicznej Szkole Wojsk Lotniczych w Zamościu, a następnie w stołecznym pułku lotniczym. W 1954 roku rozpoczął pracę w świdnickim aeroklubie, najpierw jako mechanik, później szef techniczny, zaś od 1963 r. instruktor samolotowy. Tak wspominał trudne początki: – Na lotnisku stał wtedy tylko drewniany hangar. Biuro aeroklubu znajdowało się w baraczku, przy stacji kolejowej. Paliwo przywoziliśmy z Warszawy albo dostawaliśmy z zakładu. Wyposażenie mieliśmy bardzo skromne. Trochę szybowców, na przykład treningowe Salamandry i szkolny ABC. Była też wyciągarka, ale bez traktora. Kiedy wiatr się zmienił, przepychaliśmy ją z jednego końca lotniska na drugi. Wymagało to naprawdę dużego wysiłku. Mieliśmy również samolot Po-2, popularnie zwany kukuruźnikiem, na którym instruktor Ryszard Kosioł wyszkolił pierwszą w Świdniku grupę pilotów: Irenę Pietrzak, Jana Cholewę, Andrzeja Ciesielskiego, Juliana Kaletę, Wojciecha Trawińskiego. Dopiero później aeroklub dostał Junaki, Zliny i Gawrony. Zacząłem latać szybowcem, ale początkowo nie wytrzymywałem fizycznie. Bardzo rzucało i było mi niedobrze. Dopiero, kiedy poleciałem dużym, dwumiejscowym, jakoś się udało. Dostałem Srebrną Odznakę Szybowcową, co oznaczało, że mam 5 godz. w powietrzu, przelot ponad 50 km, przewyższenie ponad 1000 m. Potem zrobiłem Złotą Odznakę. Musiałem przelecieć 300 km, na wysokości 3 tys. ponad pułap wyczepienia się od samolotu. Namówił mnie do tego brat, który był już kierownikiem aeroklubu. Powiedział: „Leć, ściągnę cię z każdego miejsca”. Poleciałem więc do Warszawy i z powrotem. W sumie wylatałem na szybowcach ok. 600 godzin.

Najważniejsza nagroda

Zdobywca licznych medali i tytułów, w kolejnych latach pracował w WSK-Świdnik, między innymi jako pilot i instruktor. Miał na swoim koncie 3600 godz. wylatanych na samolotach oraz 8200 godz. na śmigłowcach.

Razem z szybowcami uzbierało się w sumie ponad 12 tys. godzin – mówił R. Kasperek. – Najwięcej na śmigłowcach, więc chyba do nich czuję największy sentyment. Razem z kolegami lataliśmy do Hiszpanii, gdzie gasiliśmy pożary lasów. W Portugalii to samo, a także transport rannych i szkolenia tamtejszych pilotów. Chyba ze trzy razy przeleciałem Saharę. Nawoziliśmy ziemię i niszczyliśmy insekty w jednej z oaz. Ze Stachem byliśmy też w Sudanie, gdzie walczyliśmy z hiacyntami na Nilu. Bardzo się rozrosły i trzeba je było przerzedzić, żeby rzeka stała się drożna. Wszędzie mieliśmy co robić, w każdym kraju miło nas przyjmowano. Tylko północy nie zwiedziłem. Wprawdzie Finlandia zakupiła od nas kilka śmigłowców, ale nie potrzebowali przeszkolenia.

Wracając zaś do sukcesów pana Ryszarda… Wśród nich wyliczyć można, między innymi kilkakrotnie I miejsca w Lubelskich Zimowych Zawodach Samolotowych, brązowe medale w mistrzostwach Polski w akrobacji samolotowej, Złotą Odznakę szybowcową czy tytuł mistrza sportu. Jednak to nie medale były dla niego najcenniejsze.

Więcej osiągnięć mieli Stach i Janusz, ja nie mam się czym chwalić – podkreślał zawsze pan Ryszard, który był niezwykle skromnym człowiekiem i wolał mówić o dokonaniach  innych niż o swoich sukcesach. – Najważniejszą nagrodą jest dla mnie dyplom za ratowanie życia. Miałem nocny lot, kiedy przez radio zapytali czy nie poleciałbym do Dębicy, bo trzeba przetransportować do Siemianowic trzech ciężko poparzonych mężczyzn. Śmigłowce były wtedy dopiero w próbach, ale polecieliśmy z kolegą. Po miesiącu przyjechali przedstawiciele zakładu z Dębicy, zabrali nas i tam wręczyli podziękowanie oraz puchar.

Rozsławiali Świdnik

Wielki wkład w rozwój świdnickiego lotnictwa i aeroklubu wnieśli również brat pana Ryszarda, Stanisław – pilot, instruktor szybowcowy i samolotowy, wielokrotny mistrz Polski w akrobacji lotniczej, zdobywca najwyższych lotniczych wyróżnień i tytułów (zmarł 30 czerwca 2011 roku), oraz syn Janusz – trzykrotny mistrz świata i czternastokrotny mistrz Polski w akrobacji samolotowej, pilot LOT-u (zginął 17 października 1998 roku, w katastrofie samolotu akrobacyjnego Extra 300 L).

Cieszę się, że zdobyliśmy wiele tytułów mistrza Polski, świata – podkreślał w rozmowach Ryszard Kasperek. – Godnie reprezentowaliśmy nasze miasto i zakład, chociaż samoloty mieliśmy stare. Na przykład taki przerobiony pod nasze dyktando w zakładzie – z dwumiejscowego na jednomiejscowy. To był Zlin 26, z bardzo słabym silnikiem. Trener napisał na nim dermatografem „Super Kasper Akrobat” i od tego tak właśnie potem nazywali te samoloty „Kasper” albo „Super Kasper”. Przez pewien czas lataliśmy na nich, ale kiedyś koledze urwało się skrzydło i samoloty zostały zawieszone. Tylko w muzeum można teraz taki zobaczyć.

Ryszard Kasperek często też sędziował na zawodach różnej rangi. Jak sam przyznawał, było to zadanie zdecydowanie trudniejsze niż pilotowanie samolotu czy śmigłowca. Na sędziowską emeryturę przeszedł w 2012 roku. Na pracowniczą 16 lat wcześniej.

Czas idzie naprzód, wszystko się zmienia. Lataliśmy na samolotach ze śmigłem, teraz są odrzutowce. Nie żałuję niczego. Byłem pilotem przez 63 lata. Przez ten czas straciłem jedno śmigło i silnik. To znaczy, że nie popełniałem błędów i miałem szczęście. Kiedy odszedłem na emeryturę, bardzo brakowało mi latania, samolotów, zawodów. Teraz już nie tęsknię. Są młodzi, niech oni podbijają przestworza – mówił Ryszard Kasperek, kiedy rozmawialiśmy, jak się okazuje, po raz ostatni. Żałuję, że naszych spotkań było tak mało i że nie zdążyłam posłuchać o wielu innych ciekawych rzeczach, które przeżył."

Źródło: swidnik.pl
comments powered by Disqus