Przejdź do treści
Źródło artykułu

Mikołaj z łapanki – historia Leszka Szczepaniaka, jednego z najbardziej doświadczonych świdnickich pilotów śmigłowcowych

– Tak się czuję – mówi Leszek Szczepaniak, jeden z najbardziej doświadczonych świdnickich pilotów śmigłowcowych, dzisiaj już, od ładnych paru lat, w stanie spoczynku. – Z łapanki zostałem Mikołajem w lipcu 1976 roku. Śnieg zrobiła Państwowa Straż Pożarna, a zdjęcia fotograf z Warszawy aparatem Canon. Twierdził, że ten typ aparatu był używany do robienia fotografii na księżycu.

Okazuje się, że św. Mikołajem można zostać nie tylko w grudniu, ale również w lipcu. Zdjęcie Mikołaja-Leszka nie oddaje w całości realiów wydarzenia sprzed pół wieku.

O wynikach castingu na Mikołaja zdecydowała broda, którą posiadałem. Zostałem włożony w wysokie buty, odziany w mundur świętego i postawiony przy śmigłowcu Mi-2. Komfortowo nie było, ponieważ stałem w pianie jak w błocie. A fotografia była potrzebna do przygotowania firmowej, świątecznej pocztówki. Wyprzedzenie czasowe, jak widać, spore – śmieje się Leszek Szczepaniak.

Wylatał 12 125 godzin, w tym 10 tysięcy na śmigłowcach. Wszystko wskazuje na to, że jest pod tym względem jednym z najbardziej doświadczonych pilotów w Polsce. Podobny nalot ma Wiesław Mercik, który w 1979 roku, jako pierwszy, poderwał w powietrze Sokoła, potem był dyrektorem Zakładu Badawczo-Rozwojowego. Stan wojenny i zaangażowanie w ruch „Solidarności” zmusiły go do emigracji do Stanów Zjednoczonych. Różnica jest taka, że Mercik notował w swojej karierze wypadki, a Leszek Szczepaniak ma pod tym względem czyste konto. Ze źródeł bardzo dobrze poinformowanych dochodzą wieści, że jeszcze lepszy wynik notuje Waldemar Jaworski, długoletni pilot doświadczalny PZL-Świdnik, który nie chce się jednak tą wieścią publicznie dzielić ze światem.

Leszek Szczepaniak zadaje kłam tezie, że w Świdniku właściwie nikt nie jest ze Świdnika: – Urodziłem się w Lublinie, bo u nas nie było jeszcze porodówki. Chrzcili mnie w lubelskiej katedrze, bo nie było kościoła. Ale rodzice mieszkali w Świdniku i odkąd pamięcią sięgam, jestem stąd.

Przez Dęblin i Leszno

Do lotnictwa dostał się najbardziej naturalną drogą. W technikum lot­niczym zrobił licencję szybowcową i samolotową. Potem był krótki epizod ze Szkołą Orląt, którą zamienił na szkołę chorążych ze specjalnością śmigłowcową. Stamtąd, jak mówi, dał nogę do cywila. Akurat potrzebowali w świdnickim aeroklubie instruktora. Ukończył więc kurs szybowcowy w Lesznie i zaczął szkolić pilotów. Po drodze zdobył również zawodową licencję samolotową i śmigłowcową. 1 paździer­nika 1976 roku został przeniesiony na wydział 580 AGRO Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Aniołem Stróżem był Stanisław Kasperek, który kierował jego krokami w lotnictwie. Tak rozpoczął się najdłuższy i najciekawszy okres jego kariery. Było dużo latania: pegieery, potem wyjazdy do Egiptu, wszystko na śmigłowcach Mi-2.

To dobry, solidny, chociaż bardzo toporny śmigłowiec. Człowiek czuł się w nim bezpieczny – twierdzi pilot.

Ćwierć wieku w Hiszpanii

25 ostatnich lat pracy Leszek Szcze­paniak spędził w Hiszpanii, w tym 10 w bazie, w północnej części prowin­cji Galicja. Te czasy wspomina też najcieplej, może dlatego, że minęły mu na gaszeniu pożarów lasów. Ga­licję nazywa swoją drugą ojczyzną, miejscem, gdzie ma kupę przyjaciół. Zostawił tam zresztą dwie córki i wnuka.

Hiszpanie są bardzo kontaktowi. Organizowałem spotkania integra­cyjne. Najpierw były polskie śpiewy, potem hiszpańskie. Nauczyłem ich smaku prawdziwej, wędzonej ryby. Z czasem integracje odbywały się już co miesiąc. Przez pierwsze czte­ry lata lataliśmy w mieszanym to­warzystwie. Dowódca Polak, drugi pilot Rosjanin. Mechanicy pracowali w takich samych zestawach. Spo­wodowane to było faktem, że duża część Sokołów została ściągnięta z Rosji – opowiada L. Szczepaniak.

„Dychę” na śmigłowcach przekro­czył 16 września 2013 roku w Hisz­panii. Czy gdyby dano mu szansę powtórnego wyboru lotniczej dro­gi, znowu wybrałby śmigłowiec?

Ma nad samolotem tę przewagę, że wyląduje na niewielkim skrawku wolnego terenu. Pozwolił mi zwie­dzić pół świata i zarobić pieniądze na życie. Z drugiej strony, mam zało­żone dwa aparaty słuchowe. Wycie turbin zrobiło swoje. Sokół jest pod tym względem przyjemniejszy dla pilota. Mi-2, bezlitosny – opowiada L. Szczepaniak.

Premier jak chleb powszedni

Praca pilota śmigłowcowego daje przepustkę do lotniczej elity. Czło­wiek wozi reżyserów filmowych, dostojników kościelnych, spotyka się z głowami państw. Takie okazje nie ominęły Leszka Szczepaniaka. Rozmawiał z premierem Hiszpanii Jose Zapatero, który w 2006 roku odwiedził Galicję w czasie ogrom­nych pożarów lasów. Fotografował się z Agnieszką Holland, arcybisku­pem Józefem Życińskim. Od arcybiskupa Tarcisio Bertone, za przelot z Lublina do Bydgoszczy, cała załoga dostała po różańcu i medaliku.

Mechanik chciał się zrewanżować zakupionym w Hiszpanii trunkiem. Pytam: co chcesz mu dać? On na to, że „byczka”, czyli Brandy Veterano. Ja jemu: chłopie, przecież on pija gaz z górnych półek! Tłumacz zaczął się śmiać, dołączył do śmiechu kar­dynał Bertone. Zaoszczędzone Ve­terano zostało zagospodarowane w hotelu – opowiada L. Szczepaniak.

Hiszpania była też miejscem, gdzie Leszek Szczepaniak doszedł do wniosku, że czas kończyć: – Góry i wysoka temperatura to nie są wy­marzone warunki do latania śmi­głowcem. W momencie awarii nie ma gdzie usiąść. Jak się trafił głupi technik Hiszpan, który zmuszał do wejścia w dym, nigdy nie wiedzia­łeś, co było pod tobą. Dobrze, że w Sokole jest „knopka” systemu umoż­liwiającego restart silników w po­wietrzu. Gasły najczęściej z powodu braku wystarczającej ilości tlenu. Na jednym silniku jeszcze wyjdziesz z opresji, ale najczęściej słyszałem charakterystyczne wybuchy obu sil­ników w restarcie. Wtedy mówiłem Hiszpanowi – o mały włos, ty i ja by­śmy w tym ogniu zostali.

Ze śmiercią na pokładzie

Jednak na dobre przygodę z la­taniem zakończyła zupełnie inna sytuacja: – Pożar w południowo-wschodniej Galicji. Góry. Wysa­dzam ludzi na stoku, przednie koło podwozia oparte o skałę, reszta śmigłowca w powietrzu. Chciałem jak najszybciej stamtąd uciec. Proszę dyrektora pożaru przez radio o zgodę na start i rozumiem, że ją mam. Startuję, a metr nad wirnikiem przelatuje mi Super Puma z workiem bambi pełnym wody. Gdyby mi nim przyrżnął, ukatrupiłby nas i siebie. Potem brałem u niego w bazie paliwo. Skoczył do swojej torby, przyniósł łezkę koniaku, żeby uczcić, że obu nam się udało. Wtedy uznałem, że dla mnie to koniec awiacji, bo słuch mam do niczego. Zrozumiałem komendę tego z góry, że mogę startować, a zgody nie było. Pomyślałem, że nie mogę ludzi i siebie narażać na takie ryzyko. Akurat w tym samym czasie dostałem kwity o przejściu na emeryturę i w ten sposób wszystko się szczęśliwie zazębiło.

FacebookTwitterWykop
Źródło artykułu

Nasze strony