Przejdź do treści
Szybowiec na niebie
Źródło artykułu

Drogocenne drobiazgi na Dzień Dziecka, "Lesio nie cierpi latać..."

Lata siedemdziesiąte - Gądów Mały, lotnisko Aeroklubu Wrocławskiego - dzisiaj dzielnica mieszkalna, kiedyś wspaniałe lotnisko komunikacyjne, później dyspozycyjne i sportowe. Hangar pełen sprzętu, tłumy lotników i pasjonatów podniebnych atrakcji. W tym tłumie my nieopierzeni kandydaci na przyszłych asów przestworzy. Jedyne marzenie - latać, latać, latać…

To nic, że trzeba wstać przed świtem, pedałować przez pół miasta rowerem i wpisać się na listę kolejkową do szybowca. To nic, że Kierownik Lotów często przy rozdziale sprzętu nawet nie spojrzy na kartkę z nazwiskami nadgorliwych, ale… szczęściu trzeba pomóc. Trudno - takie jest życie. Przecież wiele razy nie udało się polecieć mimo ciężkiej pracy przez cały dzień. Ale problem ten nie wszystkich dotyczył.

Na start szybowcowy na środku lotniska podjeżdża "Warszawa". Dostojnym krokiem wysiada Prezes Aeroklubu. Wpływowy facet, z górnej partyjnej półki, instruktor szybowcowy i samolotowy. Cichutko z tyłu otwierają drzwi, chyłkiem wysiada ON - Lesio - syn Prezesa. Siada samotnie na trawie. Zero entuzjazmu, pełna apatia.

Prezes wymienia kilka zdań z kierownikiem lotów - "Wiesz co, dobrze by było, żeby Lesio dzisiaj polatał z dwie godzinki na termice, później niech zrobi kilka kręgów na Zlinie". Sprzęt podzielony. Ciekawe na kogo dzisiaj padnie, kto z nas pozbędzie się wymarzonego szybowca. Uff.... dzisiaj mi się udało - lecę.

Nieszczęśnik idzie do kabiny szybowca, wyciąga rzeczy i ze spuszczoną głową siada na trawie. Lesio poganiany przez tatusia wystawia szybowiec na przód kolejki. Przecież nie będzie czekał. Musi polatać jeszcze później samolotem.

Nie trzeba tłumaczyć jak gawiedź lotnicza traktowała Lesia. Zero kolegów, drobne uszczypliwości i złośliwości, żadnej pomocy. Wiele razy po lądowaniu Lesio siedział przy szybowcu na środku lotniska i bardzo długo czekał na pomoc w ściągnięciu do hangaru przy cichej aprobacie instruktorów.

Super pogoda. Sytuacja jak zwykle - powtórka z rozrywki. "Warszawa" wolno sunąca na start i głos Prezesa - "Dobrze by było...".

Dzisiaj to nie przelewki - Lesio ma lecieć na pierwszy w życiu przelot szybowcowy - warunek do srebrnej odznaki. Na starcie krzątanina. Piloci przygotowują się do lotów, holówki pracowicie redukują ilość szybowców na ziemi. Teraz szybowiec Lesia. Ale pilota brak. Szybowiec na bok i szukamy z niechęcią zguby. Zapadł się pod ziemię. Samotny szybowiec stoi na ziemi, a cały "skład osobowy" szuka Lesia. Tatuś wściekły na synka. No tak, teraz to już za późno na przelot. Ktoś inny startuje na termikę.

Pojawia się Lesio. Krótka wymiana zdań z tatusiem i Lesio pokornie zajmuje miejsce w "Warszawie", która po chwili rusza w kierunku miasta. No to mamy temat dnia „co właściwie się stało?”.

Jak wszyscy solidarnie unikałem Lesia. Spotkaliśmy się przypadkowo miesiąc później na badaniach lotniczo - lekarskich w GOBL-u. Głupio było udawać, że się nie znamy. Długie oczekiwanie w kolejce do lekarza sprzyjało rozmowie. Początkowo rozmowa się nie kleiła, ale później musiałem zmienić zdanie. Lesio okazał się całkiem sympatycznym i normalnym kolesiem.

Nie wytrzymałem:

- Gdzie wtedy byłeś, co się stało?

- Wiesz co - nie cierpię latać!! Perspektywa przelotu spowodowała, że postanowiłem się ukryć. Schowałem się w kiblu. Jak zobaczyłem przez okienko startujący mój szybowiec - wyszedłem. Zebrałem od starego i tyle.

- Jak to nie cierpisz latać!!??

- Stary sobie ubzdurał, że jak on lata to ja też muszę i koniec. Koszmar - może któryś z lekarzy mnie odwali, ale z takim nazwiskiem? Wiesz jak głupio się czuję na lotnisku. Macie rację, że mnie tak traktujecie. Tak samo bym postępował.

Wychodząc z badań po przyjacielsku uścisnęliśmy sobie dłonie. Opatrzność czuwała nad Mieciem. Tatuś przestał być Prezesem aeroklubu, a jego gwiazda polityczna przygasła. Zniknęli obaj z lotniska. Po kilku latach spotkałem Lesia. Zrobił doktorat z informatyki, został kierownikiem zespołu. Był pasjonatem komputerów. Robił to co naprawdę lubił.

Życie potoczyło się dalej. Postanowiłem, że teraz mojego chłopaka trzeba nauczyć latać. Nie ma innej opcji, tak musi być i tyle. Przecież lotnictwo to szkoła charakteru, dyscyplina... i głupoty mu do głowy nie będą przychodzić. Jedziemy kolejny raz na lotnisko.

Ale coś nie tak: zero entuzjazmu, patrzenie na zegarek, mina nie tęga. Męska rozmowa - co jest grane? "Tato to mnie nie interesuje, ja nie chcę latać !!". Kogoś mi przypomniał. Zaraz, zaraz... zachowuje się jak Lesio. Dałem spokój. Będzie chciał sam powie i tyle. Nic na siłę.

Dzięki Lesiu...

Grzegorz Skomorowski


Powyższy artykuł po raz pierwszy pojawił się na dlapilota.pl 1 czerwca 2012 r. W ramach nowego cyklu, na łamach naszego portalu cyklicznie przybliżamy najciekawsze i najbardziej poczytne teksty z lat ubiegłych.
 

FacebookTwitterWykop
Źródło artykułu

Nasze strony