W akrobacji zabija rutyna i wiara w to, że jest się nieśmiertelnym...

Artur Kielak/ fot. Tadeusz Brodalka

O tym jak zachowuje bezpieczeństwo podczas akrobacji, dlaczego lata właśnie Extrą, jak łączy pracę w liniach lotniczych z występami w kadrze narodowej, gdzie jest najlepsze miejsce do wymyślania nowych trajektorii lotu i czym są dla niego zawody opowiada w drugiej części wywiadu mistrz akrobacji samolotowej, Artur Kielak.

Część pierwsza

MZ: Czy Extra 300 spełnia wszystkie Twoje oczekiwania, czy jest inny samolot na którym chciałbyś latać?

AK:
Model Extry, którym aktualnie latam jest wspaniałym samolotem, który spełnia większość moich oczekiwań, ale moim marzeniem jest jednomiejscowa wersja tej maszyny, czyli Extra 330 SC, która posiada powiększone powierzchnie sterowe, dzięki czemu jestem w stanie pilotować samolot jeszcze agresywniej i precyzyjniej, a ponadto daje mi ona możliwość dalszego rozwoju we Free Stylu (lataniu pokazowym). Po pierwszych lotach na tej maszynie, byłem absolutnie zachwycony jej możliwościami i dynamiką. Samolot ten pozwoli mi na pewno wymyślić dziesiątki nowych układów i połączeń figur akrobacyjnych, co znacznie ubarwi moje pokazy i na 100% spowoduje jeszcze większy uśmiech u mnie i zwiększy radość latania.

MZ: Akrobacje zawsze wiążą się z ryzykiem - jakie środki stosujesz celem zachowania najwyższego poziomu bezpieczeństwa?

AK:
Akrobacja jest niebezpieczna, jeżeli nie jest się do niej właściwie przygotowanym tak technicznie (mam na myśli umiejętności), jak i emocjonalnie. Trzeba zawsze mierzyć siły na zamiary i potrafić ocenić ryzyko, w danym locie lub konkretnym manewrze. Ja osobiście zawsze starannie przygotowuję się do każdego lotu, tak pokazowego, jak i zawodniczego. Na początku zawsze jest plan i rozrysowanie go na papierze. Trzeba wiedzieć co chce się zrobić, co się potrafi, a jakich elementów unikać. Potem należy zwizualizować sobie ten lot i nauczyć się wiązanki. Następnym elementem jest trening na ziemi, po czym wsiadam za stery i na większej wysokości wykonuję program lub jego elementy. Po pełnej analizie i usunięciu błędów związanych z właściwym wykorzystaniem energii samolotu, wykonuję lot do wysokości minimalnej i szukam zagrożeń z tym związanych. Jeżeli program jest dobry i oddaje w pełni mój charakter, to wykonuję go potem na pokazach.

MZ: Co jest najbardziej niebezpieczne w akrobacjach lotniczych?

AK:
Najbardziej niebezpieczne są nieprzemyślane i dodawane w ostatniej chwili elementy w trakcie pokazów lotniczych lub wykonywanie figur po raz pierwszy, w początkowym etapie szkolenia, bez nadzoru. To właśnie najczęściej prowadzi do trudnych sytuacji w powietrzu, które mogą się skończyć przesłanką lub wypadkiem. Kolejną rzeczą, która zabija w akrobacji jest rutyna i wiara w to, że jest się nieśmiertelnym. Pilot akrobacyjny i pokazowy, po wielu latach w tej branży jest niezwykle pewny siebie i swoich umiejętności, co często potrafi zgubić i doprowadzić go do niezwykle trudnej sytuacji, z reguły nisko nad ziemią. W ten właśnie sposób ginęli najlepsi piloci akrobacyjni na świecie, jak Jim Leroy, który był dla mnie swego rodzaju wzorem opanowania i perfekcji w pilotowaniu samolotu na małej wysokości.

MZ: Twoje najniebezpieczniejsze i najzabawniejsze zdarzenie w powietrzu?

AK:
Przez prawie 17 lat w lotnictwie, miałem całe mnóstwo różnych niebezpiecznych i zabawnych historii. Skupię się może na akrobacji, bo o niej mowa. Jedną z najniebezpieczniejszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły, był plecowy korkociąg, w który wprowadziłem samolot, aby lepiej go opanować. Popełniłem jednak błąd, bo w trakcie wyprowadzania nie wcisnąłem właściwej nogi (steru kierunku) i nie zdjąłem gazu. Samolot wykonał ok pięciu zwitek, po czym interweniował przez radio mój instruktor Adam Labus, który wydał mi wyraźne komendy do wyprowadzenia i uratował jeszcze słabo opierzonego akrobatę. Adam jak zawsze był na właściwym miejscu i pomimo mojego trudnego charakteru lotniczego (lubiłem chuligaństwo) zawsze pilnował, abym nie powiększył statystyk PKBWL-u.

Jeżeli chodzi o najzabawniejszą historię, to również było ich całe mnóstwo i ciężko jest wybrać tą najlepszą. Pamiętam jedną, gdy przeszkalałem się na Zlina 50 w Katowicach. Mój instruktor Adam Labus powiedział, że kręgi mam robić beczkami, bo tym samolotem nie lata się po prostej bez celu. Tak też uczyniłem. Cały lot po kręgu kręciłem beczki, tak, że na podejściu do lądowania mój błędnik dalej się obracał razem z lotniskiem. Po wykonaniu trzech wyczerpujących kręgów, dumnie wylądowałem i wysiadłem z samolotu. Podszedł wtedy do mnie pewien Pan i zapytał czy może się przelecieć. Zaśmiałem się i odpowiedziałem, że to bardzo trudny samolot i że trzeba mieć przynajmniej akrobację średnią, aby na nim latać. W tym momencie, moi koledzy ze Śląska spojrzeli na mnie ze zdziwieniem, a ja dalej dumnie opowiadałem Panu o akrobacji. Potem się okazało, że był to Mistrz Polski w akrobacji - Marek Chmiel. Moje początki na Śląsku nie były łatwe.

MZ: Czy łatwo jest łączyć pracę w liniach lotniczych z występami w kadrze narodowej?

AK:
Na pewno na początku mojej kariery w liniach lotniczych nie było łatwo, bo żaden pracodawca nie zgodzi się, aby pracownik w szczycie sezonu zamiast w kokpicie Boeinga siedział w Extrze kręcąc beczki. Jednak ja zawsze byłem uparty w dążeniu do celu i po kilku latach przekonałem moich pracodawców, że bardzo mi zależy na akrobacji i jest to sens mojego życia w lotnictwie. Sukcesy w sporcie plus właściwa oprawa medialna zaowocowały indywidualnym grafikiem i pełną dowolnością w wyborze ilości wolnego w sezonie.

MZ: Panuje powszechna opinia, że ciężko jest także łączyć zawody lotnicze z życiem rodzinnym - jak to jest w Twoim przypadku?

AK:
Myślę, że jest w tym trochę prawdy, ale wszystko zależy od tejże rodziny. W końcu, jeżeli ktoś się wiąże z pilotem, pasjonatą to musi brać pod uwagę fakt, że nie za często będzie on gościł w domu. Ja na razie nie mam takiego problemu, bo nie mam jeszcze swojej rodziny. Co prawda moja pasja przysparza moim rodzicom corocznie mnóstwo siwych włosów na głowie, ale nawet oni pogodzili się z tym, że urodziłem się, żeby latać.

MZ: Doszły nas słuchy, że nie traciłeś czasu na naukę. W którym najbardziej nietypowym miejscu uczyłeś się teorii?

AK:
Nie znam terminu - "strata czasu". Każdą wolną chwilę wykorzystuję tak, aby przyniosło to wymierne efekty w realizacji moich celów. Uczę się wszędzie, ale najczęściej na pokładzie samolotu, czy to w locie, jako pasażer, czy na poziomie przelotowym, gdy mam chwilę dla siebie. Często pierwsi oficerowie, z którymi latam, robią duże oczy, gdy po zajęciu poziomu przelotowego, wyciągam papier i zaczynam rysować wiązanki pokazowe, naśladując ręką trajektorię lotu samolotu. Zawsze pytają, czy zamierzam to zrobić Boeingiem? Niewątpliwie w trakcie długich lotów, choćby na Grand Canarię, jest dużo czasu, aby poszerzyć swoją lotniczą wiedzę, gdy nie dzwonią żadne telefony, a za oknem przesuwają się piękne Alpy. Są to doskonałe warunki dla mózgu do wytężonej pracy.

MZ: Czy akrobacja powinna być elementem szkolenia podstawowego? Jeśli tak, to które jej elementy?

AK:
Myślę, że elementy akrobacji powinny być w programie szkolenia podstawowego każdego pilota. Ponadto sądzę, że powinny być one wykonane na samolocie do tego przystosowanym, jak Zlin 142 czy 526F. Zwiększa to na pewno koszty szkolenia, ale należy pamiętać, że niestandardowe położenie samolotu może przytrafić się w każdej chwili, nawet pilotując Boeinga, więc wypadałoby, aby pilot choć raz w życiu zobaczył ziemie do góry nogami, a co najważniejsze potrafił wyprowadzić samolot z korkociągu zwykłego i odwróconego. Wiele katastrof, które wydarzyły się w ostatnim czasie, pokazuje, że piloci nigdy nie mieli styczności w przechyleniami samolotu powyżej 60 stopni, o wyprowadzaniu z korkociągu nawet nie wspominając.

MZ: Jak byś w kilku słowach zachęcił do uprawiania sportów lotniczych?
AK:
Osobiście nigdy nie lubiłem zachęcać do uprawiania sportów lotniczych w specjalny sposób. Uważam, że albo się to czuje, albo nie. Można wyrządzić człowiekowi dużo krzywdy, pchając go na siłę w kierunku rywalizacji i stresu zawodniczego, ponieważ niektórzy po prostu nie są do tego stworzeni, a lotnictwo powinno być dla nich rekreacją, bądź po prostu pracą. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że zawody to wspaniały sposób na odreagowanie stresów nagromadzonych w pracy pilota liniowego. Zawody stwarzają mi możliwość do spotkania z moimi przyjaciółmi, którzy mają tą samą pasję. Uprawianie sportów lotniczych to także sprawdzenie samego siebie i swoich umiejętności pilotażowych oraz świetny trening opanowania. Najważniejsze jest jednak oderwanie od rzeczywistości i wspaniała zabawa w gronie przyjaciół.

MZ: Na koniec nasze standardowe pytanie z innej beczki, którym zawsze kończymy każdy wywiad - jakiej słuchasz muzyki?

AK:
Od dziecka słucham jednego rodzaju muzyki i jestem wierny jednemu zespołowi od kiedy wydali swoją pierwszą płytę. Krótko mówiąc – Metallica. Ich styl, rytm i siła - towarzyszą mi wszędzie. Tak w samochodzie, jak i w samolocie. Gdy kładę się spać i wstaję. Oczywiście nie ograniczam się muzycznie i penetruję rynek muzyczny oraz słucham wielu innych kapel jak: Alice in Chains, Nirvana, Perl Jam, Soundgarden, Tool, Nine Inch Nails i rodzimą Comę.

MZ: Dziękuje za wywiad i życzę kolejnych sukcesów!

AK: Dziękuję!
 

Źródło: dlapilota
comments powered by Disqus