Życie bez marzeń byłoby puste

Marek Małolepszy przed startem, fot. Archiwum M.Małolepszego

Jest pilotem samolotowym i szybowcowym, a także maratończykiem. Właśnie przechodzi na emeryturę i cieszy się z tego, bo będzie miał więcej czasu na latanie. I choć ma na swoim koncie niezłą kolekcję rekordów szybowcowych, marzy o biciu kolejnych. Marek Małolepszy żyje z pasją i ciągle marzy, bo – jak twierdzi – tylko takie życie ma sens. Mieszka od lat w Kalifornii, ale wciąż należy do Aeroklubu Częstochowskiego. I kiedy jest w Polsce, zawsze odwiedza podczęstochowskie lotnisko Rudniki, gdzie zaczęła się jego przygoda z lataniem. Był tu na początku 2013 roku i wspominał swój pierwszy samodzielny lot, który na tym lotnisku odbył 50 lat temu.

– Wcale nie marzyłem, żeby być pilotem, żeby latać. Choć czasami spoglądałem na niebo i na krążące po nim szybowce, i zastanawiałem się, po co one tak ciągle krążą  – opowiada Marek Małolepszy. – Chciałem być marynarzem. Będąc kilkunastoletnim chłopcem pojechałem z rodziną na wakacje do cioci, do Świnoujścia i zakochałem się w morzu. Godziny spędzałem w małym porcie, patrzyłem na morze i statki stojące na redzie, oczekujące wejścia do Zalewu Szczecińskiego. Aby być jak najbliżej morza, chcialem uczyć się w technikum budowy okrętów. Okazało się to niewykonalne, ze względu na związane z tym koszty i rodzina bała się, że byłem za młody na tak daleki wyjazd od domu. Chciała, żebym zmienił zdanie. Przystałem na Liceum Ogólnokształcące im. Sienkiewicza w Częstochowie i zdecydowałem, że po maturze pójdę do Szkoły Morskiej.

Marek Małolepszy poznał na osiedlu starszego o rok kolegę – Włodka, który odbył podstawowe szkolenie szybowcowe w Aeroklubie Częstochowskim i zapewniał, że nie ma nic piękniejszego niż latanie. Marek dużo jeździł na rowerze i odganiał się od namów nowego kolegi: „– Daj mi spokój! Ja muszę się uczyć, idę do Szkoły Morskiej” – tłumaczył mu. Ale – jak przyznaje – dla świętego spokoju postanowil wyszkolić się na szybowcach. 


W powietrzu, Fot. Archiwu
m Marka Małolepszego

– Byłem w X klasie. W aeroklubie powiedzieli mi, że jestem za stary, ale przyjmą mnie, jeśli podpiszę zobowiązanie, że pójdę do Oficerskiej Szkoły Lotniczej – wspomina Marek Małolepszy. –  Matka nie chciała się zgodzić na szkolenie szybowcowe, ale powiedzialem, że jak skończę 18 lat, to zapiszę się na żużel do Włókniarza, a że była kilka razy na zawodach żużlowych i widziała niebezpieczne sytuacje na torze, to był koniec jej sprzeciwu  i mój pierwszy pełny sukces negocjacyjny. Tak trafiłem do lotnictwa. A jak zacząłem latać, to zapomniałem, że istnieją szkoły morskie. Nic już nie widziałem poza lataniem. Tylko to się liczyło. Każdą wolną chwilę spędzałem na lotnisku. Chciałem tylko latać, ale rodzina postawiła warunek, że muszę skończyć studia.

 W tajniki latania wprowadzał go Aleksander Kujawski – jego pierwszy instruktor, który lata do tej pory. Marek nie poszedł jednak do Szkoły Oficerskiej. Skończył studia politechniczne i cały czas latał. Z powodzeniem.

– W Aeroklubie Częstochowskim pracowali doświadczeni instruktorzy, dobrzy w szkoleniu, ale nie było wówczas w klubie pilota na poziomie klasy krajowej, który by latał w mistrzostwach Polski – opowiada Marek Małolepszy. – Starałem się przetrzeć szlaki. Jako pierwszy pilot ACz dostałem się do szybowcowych mistrzostw Polski w 1972 roku i owocem tego debiutu bylo VI miejsce oraz awans do kadry narodowej.

Częstochowski pilot był w narodowej kadrze szybowcowej przez dziewięć lat. Jego najlepsze miejsce w mistrzostwach Polski – to piąta lokata. Kilka lat czekał, żeby wyszkolić się na samolotach. Za nim jednak zasiadł za sterami samolotu latał jako nawigator z instruktorem aeroklubu Andrzejem Tajchmanem, od którego nauczył się sztuki latania precyzyjnego na samolotach. I choć niewiele godzin wylatał na samolotach, został wicemistrzem Polski juniorów w lataniu precyzyjnym, zdobył mistrzostwo Śląska, kilkakrotnie wziął udział w Samolotowych Mistrzostwach Polski i przez kilka lat w polskiej kadrze narodowej.

– Stała się rzecz niesamowita! W wieku 26 lat dostałem się do LOT-u – wspomina Marek Małolepszy. – Jak wcześniej pochłonęło mnie latanie sportowe, tak później zajęło mnie latanie zawodowe – chęć zdobywania wiedzy, by rozumieć i wiedzieć więcej o lotnictwie. Do 1981 roku przeszedłem przez trzy samoloty:  AN-24, w TU-134 i jako najmlodszy pilot w historii LOT-u do stanowiska kapitana  IŁ-62 – wylicza.


Marek Małolepszy przed startem, fot. Archiwum M.Małolepszego


W 1981 roku podjął decyzję o wyjeździe z Polski. Przyznaje, że była to trudna decyzja, ale chciał, żeby dzieci miały lepsze życie. Nie wiedział, czy nadal będzie mógł latać. Wyjechał do USA. Trafił do firmy zajmującej się produkcją wyposażenia do małych samolotów. Spróbował wykorzystać swoje politechniczne wykształcenie. W następnych latach pracował jako inżynier kontraktowy w przemyśle lotniczym, ale marzył, żeby znów zasiąść za sterami pasażerskiego samolotu.

– Miałem kwalifikacje, praktykę, ale w USA nie dostałem pracy pilota. Celowałem w największe linie lotnicze, ale czasy dla lotnictwa komunikacyjnego w tym czasie były bardzo trudne. Na przełomie lat 70. i 80. 23 tysiące pilotów linii lotniczych w USA utraciło pracę – przyznaje Marek Małolepszy. – Dzieci rosły, zacząłem budować dom i w końcu przestałem wysyłać aplikacje do linii lotniczych. Ale wielka chęć powrotu do dużych samolotów trwała i  w 1996 roku wróciłem do LOT-u na samolot Boeing 737. Przez kilka lat żyłem w zawieszeniu między Polską a USA. Miałem dwa światy: polskiej rzeczywistości, w której żyłem i ukochanego lotnictwa – znów byłem w samolocie komunikacyjnym. O zakończeniu tej przygody w Polsce zadecydowała jedna rzecz – nie byłem pierwszym pilotem, który wracał z emigracji, ale pierwszym, któremu związki zawodowe nie uznaly lat przepracowanych poprzednio do tzw. listy starszeństwa, co bylo kluczem awansu na dowódcę samolotu, popularnie mówiąc na kapitana statku powietrznego. Walczyłem, nie dało się przekonać związkowej mafii, że nie można zmieniać regulaminu w czasie gry. Czekało mnie latanie z prawego fotela, czyli pozycja II pilota do końca mojego latania. Nie mogłem zgodzić się na to ze względów ambicjonalnych.  Wróciłem do USA. Latałem na małych samolotach z punktu A do B, ale to mnie nie bawiło. Lubię latanie albo w samolocie z minimum dwoma silnikami, albo zupełnie bez nich. Latanie szybowcowe było poważnie ograniczone ze względu na uwarunkowania amerykańskie. Jako czlonek polskiego klubu szybowcowego w Los Angeles, miałem możliwość latania na szybowcu szkolnym dwumiejscowym, czyli mogłem mieć tylko namiastkę szybowania. Posiadanie własnego wyczynowego szybowca to sprawa trochę skomplikowana ze względów finansowych i długo była odkładana ze względu na priorytety życiowe: rodzinę, dom. Ale po powrocie z Polski temat własnego szybowca wrócił. W 2001 roku kupilem od Aeroklubu Polskiego prototyp nr 2 szybowca SZD-56 Diana, który obchodzony szerokim lukiem przez polskich czołowych pilotów, stał latami w przyhangarowym magazynku w Lesznie. O tym szybowcu napisano wiele, ograniczę się tylko do kilku słów o prototypie. Zbudowany w 1993 roku szybowiec ma dwie dobre rzeczy, aerodynamikę skrzydła (K. Kubryński) i jego technologię (B. Beres).  Reszta rozwiązań w tym szybowcu to same negatywy, jak również trudny start i lądowanie za względu na niskie skrzydło i wrażliwość na boczny wiatr. W chwili nabycia tego szybowca stałem się jednocześnie jego mechanikiem i tak rok 2002 stał się głównie czasem na modernizację wyposażenia szybowca i trochę latania.

W 2003 roku Marek Małolepszy jako 4. Polak  wykonał przelot ponad 1000 km, a pierwszy na szybowcu o rozpiętości skrzydeł do 15 m, i pobił cztery rekordy Polski:  przelot wg 3 punktów deklarowanych 1088 km i prędkości na trasie trójkąta 100 km: 171.2 km/godz. Cztery rekordy w dwóch lotach, ponieważ oprócz klasy 15 metrów wyniki te kwalifikują się również jako rekordy w klasie otwartej. Marek Małolepszy do 2013 roku ma na swoim koncie 16 uznanych rekordów Polski na 21 zgłoszonych, 3 rekordy kontynentalne Ameryki Północnej. Pięć rekordów Polski Komisja Szybowcowa AP mu nie uznała.


Marek Małolepszy odwiedził w tym roku Częstochowę, fot. Wioletta Gradek-Konieczna

– To wielka satysfakcja podnieść poprzeczkę rekordów wyżej i wyżej! – przyznaje Marek Małolepszy. – To dla mnie więcej niż wygrana konkurencji na zawodach. Do Nevady przyjeżdżają ludzie z całego świata, by tam latać, bo warunki potrafią być tam doskonałe. W wolne dni jechałem do Nevady 800 km i z powrotem wracałem do pracy. Pokonywałem 1.600 km, żeby próbować kolejnych rekordów.

Wciąż pamięta słowa swoich nauczycieli: „Nie możesz być pilotem przeciętnym! Staraj się być pilotem wybitnym!” A żeby być dobrym, trzeba pytać i dużo się uczyć. Rok 2012 zapisał się bardzo w jego pamięci, kiedy podjął próbę pobicia rekordu prędkościowego na trasie 1000 km i odległości po trasie trójkąta, 1018 km. Rekord prędkości na tej trasie to rekord świata, który ustanowił Janusz Centka.

– Do ostatniego punktu zwrotnego trasy, kiedy do mety zostało tylko 250 km,  prędkość moja była lepsza o 7.5 km/godz od dotychczasowego rekordu – relacjonuje Marek Małolepszy. – Niestety już sam dolot do tego ostatniego punktu i obserwacja warunków na trasie do domu niczego dobrego nie wróżyła. Zostało mi 250 km, co powinienem pokonać w 1,6-1,7 godz.,  a praktycznie zaczęła się walka o przetrwanie, o utrzymanie się w powietrzu, w najlepszym przypadku dolecenie do lotniska w Ely. Cały lot trwał ponad dziewięć godzin. To był mój  najdłuższy lot na szybowcu. Lądowałem 22 minuty po zachodzie Słońca, 1 km od lotniska, na przedłużeniu centralnej linii głównego pasa lotniska Ely. Szybowiec musiał pozostać w polu przez noc, ponieważ nie można było w ciemnościach znaleźć bezpiecznego dojazdu dla samochodu z wózkiem szybowcowym. Niepowodzenie zwiększyło mój optymizm odnośnie możliwości poprawienia rekordu świata na tej trasie. Uzyskiwanie prędkości przelotowych  na ponad 150 km/godz. jest możliwe nawet na małym szybowcu, ze względu na fakt, że można latać na dużych wysokościach, chociaż nie tak wysoko jak w Ameryce Południowej. W USA nie można latać do 5,5 tys. m.  – dodaje pilot.

Marek Małolepszy od lat mieszka w Kalifornii, ale – jak podkreśla – jest Polakiem i wciąż należy do Aeroklubu Częstochowskiego. I podczas każdej wizyty w Polsce odwiedza podczęstochowskie lotnisko Rudniki, gdzie zaczęła się jego przygoda z lotnictwem. Pracuje dla Gulfstream – amerykańskiej wytwórni lotniczej, produkującej największe, najszybsze, o największym zasięgu samoloty dyspozycyjne. W tym roku przechodzi na emeryturę i już cieszy się, że będzie miał więcej czasu na latanie, i próby nowych rekordów szybowcowych! To nie tylko znakomity pilot, ale i świetny biegacz, uczestnik maratonów. Bieganie stało się jego drugą pasją.



Podczas maratony, fot. Archiwum M. Małolepszego

– Chciałem przebiec maraton na swoje 50. urodziny. Nie udało się, nadwyrężyłem poważnie ścięgno Achillesa. Ale po przerwie zacząłem znów  trenować i przebiegłem osiem maratonów. Mogę się nimi poszczycić – mówi Marek Małolepszy. – Granicą ambicjonalną dla amatorów są 4 godziny na przebiegnięcie maratonu. Pokonałem tę trasę w 3 godziny 40 minut. Kiedy w latach 90. byłem w Polsce, trenowałem z byłym olimpijczykiem. Celem dla mnie stało pokonanie maratonu w 3 godziny 20 minut. I udało się! Przebiegałem kilka maratonów poniżej tego czasu, a moja „życiówka” to 3 godziny 09 minut.  Zarówno latanie i bieganie przekonało mnie, że trzeba mieć marzenia. Jeżeli się w życiu do czegoś dąży, to się to osiągnie. Życie bez marzeń byłoby puste – podsumowuje pilot Aeroklubu Częstochowskiego. (wik)

Wioletta Gradek-Konieczna

 

Źródło: Aeroklub Częstochowski
comments powered by Disqus