Przejdź do treści
Sebastian Kawa przy szybowcu GP 14 (fot. sebastiankawa.pl)
Źródło artykułu

Sebastian Kawa: O krok od katastrofy

Były Himalaje, Andy, Kaukaz, Alpy, Alpy Południowe a zdarzyło się w Apeninach.

Pełni optymizmu wyjeżdżaliśmy w Apeniny, gdzie Sebastian miał bronić tytułu mistrza świata w klasie szybowców 13.5 m.

Cieszyło pięknie położone i dobrze przygotowane lotnisko, a pasmo gór między Adriatykiem i Morzem Tyrreńskim dawało nadzieję na świetne i zróżnicowane warunki do latania.

Duże doświadczenie w lataniu górskim, dobry szybowiec GP 14 były jego walorami, a kilka dni przeznaczonych na trening powinny zapewnić mu rozeznanie specyfiki tej areny. W miejscowej prasie już przed zawodami kreowano go na zwycięzcę mistrzostw.

 

Los bywa jednak przekorny. Kataklizmy pogodowe przewalające się przez Europę sięgały także słonecznej Italii.

Podczas treningów zamiast pięknych lotów nad górami z widokiem na dwa morza, piloci snuli się nad zboczami jak w przegrzanej zupie. W mętnym, wilgotnym, powietrzu już z pierwszymi porywami termiki zaczynały rosnąć burze, które bardzo ograniczały możliwość latania.

 

Podczas ostatniego lotu treningowego zamknęły one Sebastiana w wąskiej 30 kilometrowej dolinie bez miejsc do lądowania.

Możliwość ucieczki miał mu zapewnić sprawnie działający dotąd elektryczny system napędowy. Kolumna ze śmigłem wyszła z komory w kadłubie, ale silnik nawet nie drgnął podczas kilkakrotnych prób uruchomienia. Trzeba było awaryjnie lądować, lecz nie było gdzie. Sebastian miał jeszcze blisko 1000 m wysokości, więc zdołał wypatrzeć kawałek trawiastego zbocza. Precyzyjnie podszedł do lądowania pod stromy stok. Nie jest to dla niego nowością. Na prędkości około 130km/h płynnie przeszedł w fazę wytrzymania nad zboczem, ale gdy zaszumiała rozgarniana kadłubem trawa trafił na niewidoczny poprzeczny fałd, który zadziałał jak wyrzutnia na lotniskowcu. Szybowiec wybity w górę pod kątem około 50 stopni zawisł bez prędkości nad wierzchołkami pobliskich drzew. Mogły to być ostatnie chwile… Jednak płatowiec nie zanurkował, nie zwinął się w korkociąg, lecz spadł symetryczne na ziemię.

 

Siła uderzenia była bardzo duża. Odleciało podwozie, uszkodził się kadłub.

Szybowiec starszej generacji z pewnością by się rozpadł w takiej kolizji. Na Sebastiana zadziałały siły jak przy upadku na tyłek z wysokości 2 piątra. Nie mógł wyjść z kabiny. Był przekonany, że dołączył do klubu pilotów na wózku inwalidzkim, ale przemógł ból i sam wykaraskał się z szybowca.

Poleżał trochę na skrzydle, potem na ziemi, a podczas transportu z miejsca wypadku- na łóżku w samochodzie Matkowskiego. Wysportowany organizm obronnie zniósł katastrofalną próbę. Nie uniknęliśmy jednak kontaktów ze szpitalem.

 

Z udziału w mistrzostwach nici… Przyczyna była banalna. Stycznik krańcowy nie zwierał obwodu elektrycznego silnika, choć jeszcze podczas startu do feralnego lotu układ działał bez zarzutu.

Wypadek ten obrazuje jak cienka jest w lotnictwie linia rozgraniczająca pełną radość życia od łez bólu i rozpaczy. O życiu pilota może zadecydować odkształcenie blaszki, a błąd w programie komputerowym może doprowadzić do katastrof jakie zdarzyły się niedawno w lotnictwie komunikacyjnym.

Tomasz

FacebookTwitterWykop
Źródło artykułu

Nasze strony