Sebastian Kawa: Azjatycki rekonesans

Sebastian Kawa na lotnisku w Ałmaty (fot. sebastiankawa.pl)

Kto raz się zachłysnął ogniska zapachem ten nigdy nie zaśnie pod dachem.

Można słowa tej pieśni wagabundów przenieść na powietrzne szlaki. Latanie zachwyca, nawet jeśli odrywamy się od ziemi w pobliżu swej przystani. Każdy lot jest inny. Przynosi inne doznania estetyczne i emocjonalne. Odczucia te potęgują się, gdy wlecisz w bezgłośnym locie w nieznane ci obszary, skazany na kapryśne siły przyrody.

Nie wiesz co kryje się za przełęczą, lub dokąd prowadzi wąska kręta dolina, jakie warunki spotkasz po pokonaniu skalnego grzbietu. Jeśli to dotyczy obszarów, których nikt w ten sposób dotąd nie osiągnął – czujesz się jak odkrywca. Takie doświadczenia budują coś co jest jak zew natury. Na szczęście jest na świecie sporo miejsc, w których chciałoby się być i przeżyć kolejną przygodę. Nie ważne jak. Samochodem, rowerem pieszo, z paralotnią, czy szybowcem. Ta ostatnia forma jest dość kłopotliwa, bo wymaga pokonania wielu barier formalnych. W wymarzonym miejscu powinien być choćby spłachetek równej ziemi i trzeba tam dostarczyć szybowiec startujący samodzielnie, ale nagrodą bajkowy świat i przygoda.

Sebastian ma w swej książeczce uskrzydlonego turysty Himalaje, Patagonię, Andy, Kaukaz i Gorgany z Bukowiną. Marzenia i plany sięgają daleko, ale najbliższe w serce Azji – góry Tień Szań i Pamiru. Formalności związanych z organizacją takiej wyprawy nie załatwi się listownie, więc poleciał do Ałmaty.

Oczekiwanie podczas przesiadki w Kijowie pozwoliło mu na refleksje przy Złotej Bramie, na Majdanie, oraz w zabytkowej części miasta.

W Ałmaty przyjęto go tak gościnnie, że miałem obawy czy coś się nie stało, bo zamilkł na dwa dni.

Pomyślnie rysują się sprawy zezwoleń, więc może będziemy mieli latem jakieś relacje z lotów w Tień Szań i wokół jeziora Issyk Kul.

Tomasz

Więcej zdjęć z wyprawy na stronie www.sebastiankawa.pl

Źródło: sebastiankawa.pl
comments powered by Disqus