Sezon przelotowy w Aeroklubie Gdańskim otwarty

Wojtek Izdebski przy szybowcu DG 100 (fot. Jacek Lenkiewicz)

Marzec to miesiąc, w którym pogoda nadająca się do szybowcowego wyczynu dopiero budzi się po zimie.

Zdarzają się wprawdzie w Polsce pojedyncze przeloty ale to na południu, głównie w górach. Z uwagi na lokalizację na dalekiej północy i specyfikę układu stref marcowy przelot z EPPR staje się jeszcze większym ewenementem.

Zapraszamy do przeczytania relacji Wojtka Izdebskiego, instruktora Aeroklubu Gdańskiego, z pierwszej trasy w sezonie 2020 jaką przeleciał 14 marca szybowcem DG 100.

Pierwsza trasa w sezonie 2020

Pogoda zgotowała nam bardzo miłą niespodziankę. Wcześniejsze prognozy były bardzo optymistyczne ale sprawdziły się w 100% lub może nawet bardziej, mimo tego, ze względu na siłę wiatru i jego kierunek miałem sceptyczne nastawienie do ewentualnego lotniczego wyczynu.

Rano gdy wyjeżdżałem na lotnisko większość samochodów była przyprószona śniegiem po przejściu w nocy frontu chłodnego. Było to trochę surrealistyczne myśleć o przelocie w takiej scenerii  ale niebo zwiastowało równowagę chwiejną, gdyż powietrze było bardzo przejrzyste i pojawiały się pojedyncze strzępki chmur. Według prognoz dostarczonych przez kolegę Piotra dobre warunki do latania miały być przez 3h (od 12:30 do 15:30).

Pierwszy lot tego dnia potwierdził, iż termika jest bardzo dobra – kolega Janek wystartował o 11:26 i od razu po wyczepieniu złapał komin, który po chwili miał siłę do 2m/s. Oznaczało to, iż jest lepiej niż w prognozie więc jest szansa, że terminka będzie dłużej. W tym czasie niebo było w połowie przykryte chmurami Cu układającymi się w szlaki przy podstawach około 900m. Do prognozowanych podstaw 1600m było jeszcze daleko ale to był dopiero początek dnia.


(fot. Wojtek Izdebski)

Przed planowanym lotem na DG poleciałem jeszcze Puchaczem z kolegą Jackiem na loty kontrolne. Nad  Pruszczem polecieliśmy z wiatrem pod szlakiem trafiając z 350m noszenie 2,5-3m/s. Komin był bardzo ciasny, a w pewnym momencie noszenie przyspieszyło i przez pół okrążenia mieliśmy nawet 6m/s! To był znak – jak najszybciej zakończyć lot z Jackiem i ruszyć na przelot.

Trasę przygotowałem dzień wcześniej i by maksymalnie wykorzystać szklaki wyłożyłem 210 km o punktach zwrotnych:  130Rusocin – 700Lisowko – 165Laguszewo – 599Majewo – 130Rusocin. Swoimi przelotowymi planami nie chwaliłem się ponieważ nie do końca wierzyłem w prognozy.

Wystartowałem o 12:40. Trochę było już późno na 210km ale zachęcony mocnymi noszenia i szlakiem w kierunku Tczewa stwierdziłem, że kto nie ryzykuje ten nie… pije szampana. Po przecięciu linii startu wleciałem pod szlak i lecąc z prędkością 110-120km/h nabierałem wysokości mając 30km/h wiatru w ogon. Byłem w szybowcowym raju! Przypominałem sobie jak przygotowywałem wykład z taktyki przelotowej na temat latania szlakowego i wtedy miałem wątpliwości czy ktoś będzie miał okazję doświadczyć tego startując z EPPR.


(fot. Wojtek Izdebski)

Po przeleceniu bez krążenia 27km zyskałem 400m wysokości. Z racji, iż szlak skręcał na wschód musiałem przeskoczyć na pojedyncze chmury na zachód od niego. Kominy były silne 2,5 – 3m/s to uśpiło to trochę moja czujność i zignorowałem fakt, że w kierunku na punkt było mało chmur. Co prawda układał się kolejny szlak w kierunku Lisich Kątów ale okazało się, iż jeśli nim polecę to zahaczę na wschodzie niedozwolone strefy. Próbowałem pod małym chmurkami dokręcić wysokość aby na punkcie zwrotnym być wysoko ale niestety nie dało się tego zrobić i skończyło się tym, że po zaliczeniu PZ’ta byłem na wysokości 770m (AGL) 64km od domu – szkolne błędy.

Mozolnie wykręciłem w metrowy noszeniu wysokość i starałem się dolecieć do pojedynczych chmurek układających się na wschód od punktu. Wiało wtedy maksymalnie 36km/h w dziób. Po powrocie pod chmury noszenia wzrosły do 2,4m/s i dało się lecieć bez krążenia na połączeniach pomiędzy chmurami. W tamtym rejonie spotkałem Janusza, który na Astirze latał sobie na termince 60km od lotniska. Ciekawe czy był w stożku dolotowym.

Lot do drugiego punktu  pod wiatr nie był już tak łatwy jak z wiatrem ale chmury ładnie się układały, a w okolicy Starogardu Gdańskiego miałem najsilniejszy tego dnia komin 3,1m/s. Trzeba było wykonywać większe przeskoki z czołowym wiatrem i pomyślałem, że przydała by się bardzo woda w skrzydłach ale niestety w zimie nie można z latać z wodą.


(fot. Wojtek Izdebski)

Po zaliczeniu drugiego punkt na północnym skraju strefy Delta znowu powrót do jazdy z wiatrem w kierunku chmurek układających się na Tczew. Pierwszy napotkany komin – 2,8 m/s i 500m uzyskanej wysokości. Jest Bosko lub jak to woli Osom.

Ponieważ z trzeciego punktu do lotniska miałem „tylko” 50km plan był taki aby przed punktem być jak najwyżej i potem uzyskać dolot do lotniska lecąc pod wiatr bez krążenia na połączeniach chmur. Byłem najwyżej jak się dało. Było tak zimno, że kabina zamarzała mi od wewnątrz, więc musiałem mieć otwarty nawiew aby cokolwiek widzieć przez co było mi jeszcze zimniej i wiało po karku.

Trzeci punkt 599Majewo zaliczyłem o 15:00, chmury zaczynały się rozpadać i nie było szans na dolot bez krążenia. Siła noszeń spadła do 1m/s, a wiatr cały czas wiał „w dziób” z prędkością 30km/h i na każde wykręcone 100m wysokości znosiło mnie o 1km. Zacząłem się zastanawiać czy nie wyłożyłem sobie za długiej trasy. Pocieszało mnie, iż mechanik Staszek prosił aby rozłożyć szybowiec, więc pomyślałem, że najwyżej rozłożymy go na polu.

Przełączyłem się w tryb przetrwania: prędkość max 130km, szacunek dla każdego noszenia i powolny powrót do domu. W tym czasie na niebie były już tylko pojedyncze strzępki chmur co wymuszało długie przeskoki. Nie wszystkie chmury nosiły i dopiero jakiś kłaczek na trawersie Tczewa, w okolicy jeziora Turze dał noszenie 1,1m/s, w którym dokręciłem dolot do lotniska z zapasem 50m – jest nadzieja na powrót do domu. Zapas wysokości jaki podawała nawigacja nie był za duży, a do przelecenia miałem jeszcze 21km pod silny wiatr. Dusiło dosyć mocno i mój zapas stopniał do – 100m, czyli po odjęciu wszystkich rezerw zostało mi tylko 100m nad płytę lotniska – mało. Los się jednak uśmiechnął do mnie i nad Sobowidzem ostatnie strzępki chmur podtrzymały mnie trochę, nawigacja pokazała +100m. Uff mam pewny dolot do domu!


(fot. Jacek Lenkiewicz)

Po przeleceniu mety miła niespodzianka 1,9m/s na wysokości 550m. To chyba taka złośliwość lub próba charakteru, że jak już nie potrzebujesz noszenia to dostajesz je w prezencie.

Podsumowując: uzyskałem bardzo dobrą prędkość 70,52km na 207km trasie na początku sezonu. Super trening i niezapomniane wrażenia, które jeszcze bardziej zachęcaj mnie do latania na przeloty. Sprawdził się start i meta spoza lotniska, 10 km sektory na punktach zwrotnych, przygotowanie trasy dzień wcześniej na podstawie wytycznych od Piotra, rasp.skyltdirect.se oraz leg.pl (szczególnie parametr Stars -ranking obszarów terminki), bardzo ciepłe ubranie i pozytywne nastawienie podczas całego lotu.

Do poprawy przygotowanie przed startem z ustawieniem dostępnych stref oraz pamiętanie o wykręcaniu się przed punktem z wiatrem.

Jak analizowałem lot to na odcinkach z wiatrem moja prędkość przelotowa była powyżej 100km/h

Log z lotu dostępny jest na portalu gcup. www.gcup.eu/public/index3.php?lpg=zobraz_let&let_id=129065

Wojtek Izdebski

Więcej zdjęć z trasy przelotu na stronie www.szybowce.gda.pl

Słowo wstępu o realiach przelotów z Pruszcza Gdańskiego napisał Tomasz Siedlar.

Źródło: Wojtek Izdebski
comments powered by Disqus