"Afganistan pamięta się ludźmi". Z cyklu WETERANI cz. 1 – gen. bryg. pil. Waldemar Gołębiowski
Najpierw był huk eksplozji, potem szczęk przeładowywanej broni. – Pomyślałem wtedy, po co ja tu przyjechałem? Gdzie jest mój samolot? – wspomina gen. bryg. pil. Waldemar Gołębiowski, dziś dowódca 4 Skrzydła Lotnictwa Szkolnego, wracając pamięcią do ataku talibów na bazę Bagram w Afganistanie – największego ataku na bazę NATO od ponad 10 lat. Po chwili założył jednak kamizelkę kuloodporną, chwycił karabin i poszedł do swoich żołnierzy.
Weteranem jest od lat. Przebywał w polskich kontyngentach wojskowych na Litwie, w Estonii, Rumunii, Turcji, Kuwejcie, Afganistanie i podczas misji w sycylijskiej Sigonelli. Każda z tych operacji wyglądała inaczej. Jedne były bardziej szkoleniowe, inne operacyjne, ale każda wiązała się z odpowiedzialnością, ryzykiem, a nade wszystko z rozstaniem z krajem i rozłąką z najbliższymi.
Tam wojna była codziennością
– Afganistan był jednak najtrudniejszy. Teren był trudny, wojownicy byli trudni – mówi bez zawahania gen. Gołębiowski.
Kiedy obejmował dowodzenie XI zmianą PKW w ramach Resolute Support Mission, był już w Afganistanie cztery razy wcześniej. Wiedział, z czym wiąże się ta misja i jak wygląda codzienność w kraju, w którym wojna jest obecna niemal na każdym kroku, nieprzerwanie od ponad 47 lat.
Polski kontyngent liczył około 400 żołnierzy rozmieszczonych w trzynastu lokalizacjach. Byli komandosi, zespoły szkoleniowe, doradcy, wartownicy i żołnierze odpowiedzialni za ochronę strategicznych obiektów. Jedni szkolili afgańskie siły bezpieczeństwa, inni pilnowali więzienia Parwan, gdzie przetrzymywano tysiące talibów.
Dowódca 4 Skrzydła Lotnictwa Szkolnego był pierwszym i jedynym pilotem w historii polskich kontyngentów w Afganistanie, który dowodził tak rozbudowaną strukturą wojsk lądowych. Sam przyznaje, że ta misja zmieniła jego sposób patrzenia na armię.
– Dopiero tam tak naprawdę zobaczyłem, czym różni się czołgista od żołnierza wojsk zmechanizowanych, chemika czy rakietowca. Poznałem ich mentalność i sposób działania – opowiada. Ale, jak podkreśla nasz rozmówca, zmieniła się także perspektywa samych żołnierzy wobec dowódcy pilota. – Żołnierze zobaczyli dowódcę, który myśli trochę inaczej niż dowódca wojsk lądowych. Przede wszystkim bardziej dba o swoich ludzi – mówi gen. Gołębiowski.
"Dowódca wychodzi do ludzi"
11 grudnia 2019 roku baza Bagram została zaatakowana przez talibów. Dziesięciu bojowników przedostało się na teren kompleksu po eksplozji ciężarówki wypełnionej materiałami wybuchowymi. Walki trwały ponad dwanaście godzin. Ostatecznie bojownicy ukryli się w szpitalu, który został zniszczony przez lotnictwo.
– Najpierw uderzyły śmigłowce Apache, a na koniec samoloty F-16 – opowiada dowódca 4SLSz.
Generał Gołębiowski pamięta tamten poranek bardzo dokładnie.
– Alarm ogłoszono jako rakietowy, po chwili zmieniono go na „ground attack”. Wracaliśmy ze schronów do pokojów po kamizelki i hełmy. Wszyscy byliśmy w piżamach. Kto jak zdążył wybiec z pokoju, tak był ubrany – wspomina.
Z centrum dowodzenia słyszał meldunki polskich żołnierzy, którzy jako pierwsi dotarli na miejsce walki.
– Słyszałem przez radio, jak nasi ludzie już są na miejscu ataku. Jak między sobą rozmawiają. I wtedy zobaczyli, że dowódca wychodzi do nich, że potrafi stanąć na posterunku, zorganizować nie tylko obronę, ale również gorącą herbatę, posiłki, zmiany wart. Takie rzeczy dla żołnierzy są bardzo ważne – opowiada weteran.
Do dziś Dowódca 4SLSz pamięta także reakcję amerykańskiego zastępcy dowódcy.
– Podpułkownik Eric Smith powiedział wtedy, że jest dumny, iż ma takiego dowódcę – mówi generał.
Powtórzył to dwa lata później, gdy przemawiał podczas swojego awansu na stopień pułkownika już w USA.
Tamta noc została z nim na długo. Jak przyznaje gen. Gołębiowski właśnie od grudnia 2019 roku towarzyszy mu jedno zdanie: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”.
– To motto stale mi przyświeca – mówi weteran.
Wojna, której nie było w komunikatach
W oficjalnych meldunkach zwykle pojawiały się krótkie informacje o Afganistanie: „atak”, „ostrzał”, „realizacja zadań”. Tymczasem, jak podkreśla nasz rozmówca, prawdziwe życie misji wyglądało zupełnie inaczej. Jedną z najważniejszych operacji, o której mówi dziś po latach, była ewakuacja polskich lekarzy i dziennikarzy z Kabulu podczas pandemii COVID-19.
– W telewizji pokazano może trzydzieści sekund materiału. A tak naprawdę przygotowanie tej operacji trwało prawie miesiąc – wspomina.
Potrzebne były zgody MON, ambasady, dowództwa misji i wojsk sojuszniczych. Kabul był wtedy sparaliżowany wojną, pandemią i działalnością talibów.
– Samochód jadący z Kabulu był obserwowany przez dowództwo Bazy KAIA. Sprawdzano, czy ktoś się nie dosiada, czy nie podkłada bomby – opowiada dowódca 4 Skrzydła Lotnictwa Szkolnego.
Do dziś pamięta moment, gdy ewakuowani Polacy wsiedli na pokład samolotu z biało-czerwoną szachownicą.
– Niektórzy natychmiast zasypiali, inni otwierali nasze wojskowe racje żywnościowe i mówili, że nigdy w życiu konserwa nie smakowała im tak dobrze jak wtedy – wspomina dowódca 4SLSz.
"Są rzeczy ważne i ważniejsze"
Afganistan zmienił gen. Gołębiowskiego nie tylko jako dowódcę.
– Po powrocie człowiek inaczej patrzy na życie. Są rzeczy ważne i ważniejsze – mówi spokojnie gen. Gołębiowski.
Dziś inaczej rozumie nawet zwykłe słowo „brama”.
– W Polsce brama to po prostu wjazd. W Afganistanie brama była kilkusetmetrową śluzą, nad którą znajdowały się automatyczne działka. Wszystko wyglądało tam inaczej – opowiada nasz rozmówca.
Szczególnym szacunkiem darzy saperów. Jak przyznaje, właśnie podczas misji w Afganistanie najlepiej zrozumiał, jak wygląda ich codzienna służba i jak ogromnym ryzykiem jest każdy wyjazd poza bazę.
– Ja wolę latać samolotem odrzutowym niż wejść do samochodu i sprawdzać, czy jest tam ładunek wybuchowy – przyznaje weteran. Dodaje, że dopiero na misji człowiek naprawdę widzi, ile zależy od doświadczenia, opanowania i odwagi pojedynczych żołnierzy. – My często widzimy tylko efekt ich pracy. A oni każdego dnia podejmują decyzje, od których zależy życie innych ludzi – podkreśla dowódca 4 Skrzydła Lotnictwa Szkolnego.
Weteran
Dziś gen. bryg. pil. Waldemar Gołębiowski dowodzi 4 Skrzydłem Lotnictwa Szkolnego i nadzoruje proces szkolenia kolejnych pokoleń pilotów. Nie opowiada młodym pilotom wojennych historii na każdym kroku, ale jak mówi, jeśli pytają, odpowiada.
– Chcę, żeby wiedzieli, po co tam byliśmy i czego można się nauczyć na takich misjach – podkreśla.
Święto Weterana jest dla gen. Gołębiowskiego jednocześnie dniem dumy i refleksji.
– Tak, jestem dumny, że tam byłem. Ale mam też poczucie, że o weteranach wciąż mówi się za mało. To nasze rodziny zostawały same w kraju, a to my żyliśmy w ciągłym stresie i zagrożeniu – mówi gen. Gołębiowski.
"We've caught him"
Na koniec rozmowy generał wraca jeszcze do jednej daty – 21 grudnia.
– To Dzień Pamięci o Poległych i Zmarłych w Misjach i Operacjach Poza Granicami Państwa – mówi cicho.
Wspomina pięciu żołnierzy 20 Bartoszyckiej Brygady Zmechanizowanej, którzy w 2011 roku zginęli w Afganistanie po wybuchu miny pułapki.
– I na mojej misji wyrównaliśmy rachunki. We’ve caught him – dodaje po chwili.
Na moment zapada cisza. Generał nie mówi już nic więcej. Wstaje i tym kończy rozmowę.
I właśnie teraz najlepiej rozumie się wcześniejsze słowa dowódcy 4SLSz, że "Afganistan pamięta się ludźmi".
Tekst: por. Marlena Kuna
oficer prasowy 4SLSz
Komentarze