Blog Piotra Lipińskiego: NAG-BWN

BLOG - Piotr Lipiński

Drzwi zamknięte, ale ATC nadal każe nam czekać. Liczymy godziny pracy załogi i wręcz modlimy się aby nas zaraz puścili, bo przekroczenia czasu pracy w lotnictwie nie są mile widziane przez przewoźnika - nie wspominając już o nadzorze państwowym. Jest zawsze ta "godzina kapitańska", ale potem są stosy papierów do wypisania, jakby ich już teraz było mało. Czas lecieć! Wreszcie są wszystkie zgody - już nie tylko na papierze, ale i na wieży. Powoli wykołowuję ze stanowiska dokładnie patrząc się na znak Mariusza czy końcówka naszego skrzydła mija innego 737. Kciuk w górze... tak - jest te parę metrów czyli ze dwa... ciasno, ale da sie...

Po starcie na 400 stopach kręcimy po następnym arku, aż do wylotowego radialu z lotniskowego VORa. Tak jak na przylocie, kontrolerzy co chwila pytają się o naszą wysokość, radial i dystans od lotniska. Szybko przechodzimy dookoła paru CBków i wchodzimy na poziom przelotowy FL410. Przed nami zatoka Bengalska. Dobrze że Nagpur jest dokładnie po środku Indii, bo gdybyśmy lecieli na przykład przez Kalkutę, która jest dużo bardziej na północ to musielibyśmy przelecieć przez FIR Bangladeszu, a tam zawsze są kłopoty z radiem. Zresztą nie tylko z radiem.

Parę lat temu wracaliśmy na 757 z Ugandy do Bangkoku. Hinduski kontroler dal nam skrót. Niby dobrze, ale kapitan nie dopatrzył się że biegnie on przez przestrzeń powietrzna kontrolowaną przez Dhake. Niby wszystko tam jest robione proceduralnie (brak kontaktu radarowego), ale po paru tygodniach do firmy przyszedł mandat za przelot przez FIR bez zezwolenia. Bez radaru nie byliby w stanie tego za bardzo sprawdzić... kapitan z bólem serca oddał $2000 z pensji, a dla reszty to była niezła nauczka. Szczęście w nieszczęściu, że kiedy to się działo miałem przerwę i drzemałem w kabinie pasażerskiej.

Pomimo wysokiego poziomu lotu wszędzie trzepie. W chmurach i poza nimi. Zresztą wypadamy z nich tylko na parę sekund i znów jest biało za oknem. Jest to najgorszy rodzaj światła. Bardzo rozproszone, które dostaje się do oczu dosłownie z każdej strony pomimo okularów przeciwsłonecznych. Na radarze tylko zieleń, ale co chwila zmieniamy zasięg i pochylenie anteny, bo a nóź coś będzie szybko się budowało przed nami. Meteo podaje, że przed nami CB maja dochodzić do FL550. Tego nie przeskoczy żaden samolot pasażerski ani nawet bizjet. Wreszcie pomiędzy chmurami, lekko po prawej stronie, na tle niebieskiego nieba chmura, która - wydaje się - że bez końca skierowana w stronę nieba.

Zadzieramy głowy, aby się jej przyjrzeć. Wow... brak słów... Wcześniej tylko raz z kokpitu widziałem chmurę burzową, gdzie jej góra sięgała do FL600 i cieszę się, że to przeżyłem. Tym razem jednak radar nadal pokazuje niewiele. Ruch o tej porze jest niewielki, co bardzo nas cieszy bo znów mamy kłopoty z HFką. No niech to... jesteśmy głusi w takim miejscu... dobrze, że radar działa, ale miło nie jest. Jeszcze pół godziny i łapiemy kontakt z Birmą (Maynamar). Kontrolerzy nie komentują braku wcześniejszego kontaktu radiowego. HFka też ma swoje limitacje i tutaj to się dosyć często zdarza. Po paru chwilach znajomy akcent Thai-English. Sawadee kap Bangkok Control! Lecimy nad Phuket, ale pod nami tylko chmury. Opowiadam jak byłem tam podczas Tsunami w 2004 roku... znów to szczęście... oby mnie szybko nie opuściło... Żegnamy się z Tajlandią i hello Malezja! Krotko się cieszyliśmy kontaktem z ATC, bo znów dali częstotliwość HF, która u nas już na pewno jest "kaput". Na szczęście podają też gdzie - w razie czego - będziemy mogli złapać następny kontakt na VHF. Potem rozmawiamy jeszcze z Singapore Radio i znów to samo. Po głosie kontrolera poznajemy, że wie, że mamy problem z radiem i prowadzi nas jak za "rękę".

Teraz lecimy równolegle do wyspy Borneo. Słońce jest coraz niżej zmieniając kolory chmur na ciepło pomarańczowe. Robimy briefing do podejścia. Jest radar to pewnie będą wektory do ILSa. Z mapy lotniska wynika, że terminal i wszystko "inne" znajduje się po lewej stronie pasa, ale wiem że to nieprawda. Byłem tam wcześniej i dobrze pamiętam hangar, który spokojnie mieści 747 i A340 razem. Wszystko się sprawdza, co do joty. Miła pani daje dobre wektory nad zatoką. Lotnisko widzimy już z daleka. Jasne światła podejścia łatwo odcinają się od pobliskiej dżungli. Pas taki sam jak wszędzie i miło być znów na ziemi.

Jesteśmy zmęczeni. Myślimy tylko jak szybko dostaniemy się do hotelu, aby coś zjeść i spać. Pomysł super, ale okazuje się, że to nie koniec naszych problemów. Musimy znaleźć nową HFkę. Bez niej nie będziemy się pchać z powrotem. Rozmawiamy z lokalnymi mechanikami. Super goście i powiedzieli, że coś wytrzasną. Zanim jednak opuścimy samolot, wszystko musi być pod kontrolą. Okazuje się, że tylko jedna kompania telefoniczna ma podpisany kontrakt z Brunei i oczywiście to nie jest telefon załogowy. Na szczęście okazuje się, że szefowa ma zasięg. Czekamy na info kiedy będzie nowy "grat".

Mamy czas porozmawiać z "lokalami". Sułtan ma swoje 747-400 i A340. Sam na nich lata i obydwa czekają w dzień z odpalonymi APU, bo zdarza się, że Sułtan nagle wpada na lotnisko, aby sobie kręgi poćwiczyć - tak dla przyjemności. Dodatkowo jest też całkiem dobrym pilotem śmigłowcowym. Do wyboru ma dwa Blackhawki. Wszystko w środku jest ze szczerego złota. Nawet latarki. Kolega opowiadał, że w jednej z nich wylały baterie. Poszło zamówienie na nową latarkę, ale okazało się, że firma która je produkuje, te ze szczerego złota, robi tylko w zestawie - po dwie... wszystko to po drugiej stronie lotniska wraz z bazą lotnictwa wojskowego. Wszystko to po drugiej stronie widoczne jak na dłoni, ale na mapie próżno tego szukać.

Mija godzina na ziemi, a my nadal nie mamy info co dalej z radiem. Podejmujemy decyzje, że mechanik zostanie w samolocie i wszystko zainstaluje. Jak coś będzie wiedział, to da nam znać. Tylko jak? Mamy tylko jeden działający telefon. Znów lokalny handling oferuje pomoc w postaci telefonu. Wszystko ma wyglądać tak: Mechanik wysyła SMS do szefowej. Ona mnie informuje. Bez dzwonienia, bo cennik pokazuje 20zł za minutę połączenia, a to jest karta prepaid. Jeszcze zostawiam w samolocie kabel do komputera. Bedzie on potrzebny bo wszystkie manuale techniczne są na kompie. Wreszcie możemy udać się do hotelu.

Szybko wsiadamy do busa. 20 minut później wchodzimy do czegoś, co nie bardzo przypomina hotel, a pałac. To jest to! Pokoje jak za najlepszych kolonialnych czasów, a łazienka jest wielkości 2 pokojowego mieszkania w bloku. Niestety restauracje są już pozamykane. Idziemy do morza. Ciepłe fale, chłodny piasek, jasny księżyc i załoga w dobrym humorze. Kąpiemy się i do pokoju. Wszyscy idą spać, a ja staram się dowiedzieć co dalej. Informacje spływają powoli. Staram się dodzwonić do firmy w WAW przez Skypa, ale akurat padł serwer. Po godzinie bateria w moim komputerze zaczyna się kończyć, a kabel jest w samolocie... Wreszcie o 4 nad ranem dostaje info, że za godzinę wszystko będzie ok. Jeszcze organizuję transport dla naszego technika i idę spać. Bardziej padam niż idę wiedząc, że za parę godzin muszę wstać. Jutro, a właściwie już dziś będzie długi dzień, a naszym celem jest lotnisko tajne przez poufne, którego nie ma na żadnej mapie...

ps. Z przeprosinami ze tak długo nic nie pisałem... Latanie i biuro na maksa ograniczyło wolny czas. Plusem tego jest to, że wreszcie widzę rodzinę, ale o nią też trzeba dbać, a czasu potem nie starcza na nic. Filmy z tego lotu też jeszcze nie są dostępne, ale oto link z nocnego podejścia B737. Inne lotnisko, inny kontynent, ale ten sam samolot i też ciemno za oknem...




Mam nadzieję, że niedługo coś sie ruszy i będę mógł pisać częściej. Dziękuję wszystkim, którzy dzielnie czekali na ten wpis. A że to jest pierwszy wpis w tym roku to... HAPPY NEW YEAR!!!

Źródło: Piotr Lipiński
comments powered by Disqus

Komentarze

Kaw OK...

Mistrz

Fajowe przygody.