Sebastian Kawa na WGS 2013: Nie szumcie drzewa nam
Wreszcie ciepło, ale każdy ma już dość wiatru i na usta cisną się słowa :-Nie szumcie wierzby nam…Wprawdzie partyzanckie działania mamy raczej już za sobą, bo już chyba naprawiliśmy wszystko co było do naprawienia i uładziliśmy swoje sprawy, lecz deprymujący wiatr nie milknie i zmienia zawody w loterię. Niebo bez skazy, przez większą część dnia depczemy uszy własnego. Błota zmieniły się w pękający czarny beton gdyby nie wiatr, to przy takim nagrzaniu gruntu nawet na bezchmurnej byłoby przyzwoite latanie, ale w koronach drzew parkingu ciągle huczy jak w górach przy wietrze halnym a po wyschniętych polach ścigają się zagony pyłowe.
Przy takiej pogodzie w Polsce nawet podczas zawodów nie zdejmuje się kłódek z wrót hangarów. Chory na nieuleczalny optymizm task setter ciągle wyznacza ambitne trasy i zmiany zadań na starcie stały się codziennym ceremoniałem. Wczoraj starty otwierali piloci klasy światowej i club. Mieli jeszcze w miarę normalne warunki pozwalające na osiąganie wysokości rzędu 800-1200 m nad terenem, ale piloci klasy standard już po odczepieniu bawili się w agrolotników i spuszczali nadmiar balastu. Warunki pogarszały się szybko, bo wiatr od północy porzucał górą cieplejsze powietrze a przy ziemi zwiewał te warstwy, które miały ochotę uformować komin.Pełzali z prędkością turystów rowerowych a o wyniku decydowało przypadkowe trafienie w lepszy komin. Dlatego na zdjęciach wykonanych przez Sebastiana widoczne są pola i kombajny a rzadko pojawia się horyzont.
Dziś jeszcze gorzej. Nasilił się wiatr, nadal bezchmurnie , choć wzdłuż wybrzeża i dzisiejszej trasy ślizga się gigantyczna burza. Miejmy nadzieję ,że jej kowadło nie przykryje obszaru lotów. Czołowi piloci klasy standard szachowali sie wzajemnie, żaden nie miał w tych warunkach ochoty do oddania konkurentom paru minut na wstępie a zawodnicy bierni woleli być prowadzeni przez pola minowe błękitów.Wszyscy zbili się w jeden rój, ale kilkakrotne próby osiągnięcia położonej pod wiatr linii mety i odejścia na trase choćby z 500-600 m sprowadzały się do tego iż przed osiągnięciem linii towarzystwo trafiało w komin w którym krążąc wracali do punktu wyjściowego.
W pewnym momencie Sebastian rzucił nawet hasło, aby nie odchodzić na trasę a z pewnością nikt się nie wychyli. Dopiero bodaj za bodaj 6-tą próbą to wahadło trafiło na komin za linią startu i przekroczyli ją dryfując w krążeniu na wschód z wiatrem.Główni rywale nie odmówili sobie oczywiście możliwości urwania kilku minut na starcie. Gdyby, jak niegdyś, wyznaczano trasy docelowe,lub otwarte piloci mieliby bezpłatny i szybki dolot nad plaże Atlantyku , ale to nie te czasy i czeka ich ciężki powrót pod szalejący wiatr. Podobna sytuacja powstała w klasie światowej , toteż czarno widzę możliwość ich powrotu na lotnisko, bo super komórka burzowa nasila wiatr,a do jej skłębionego centrum dającego szansę na jazdę wzdłuż czarnej ściany,jak to praktykuje się u nas, bo nie ma do niej żadnego dostępu.Nawet nie widać jej pod rozwiewanymi górą pióropuszami, oraz pasmami chmur średnich i niskich, uformowanych wokół jądra tego giganta.
Czytaj całość na stronie www.sebastiankawa.pl
Komentarze