Drogocenne drobiazgi - palma...

Palma na lotnisku

Palma - nieodłączny element egipskiego krajobrazu. Rosną wszędzie, a głównie tam gdzie nie trzeba. W tym przypadku akurat na wale kanału, dokładnie w osi "pasa startowego". Wcześniej latałem kilkaset metrów dalej na lądowisku wzdłuż kanału. Było super - długa i szeroka szutrowa droga bez przeszkód na podejściach, co było nie bez znaczenia dla Kruka 106 AS, co prawda samolotu z 1000 konnym silnikiem, ale potrzebującego nieco miejsca do startu i lądowania.

Niestety kanał przesiąkł i nawierzchnia lądowiska przypominała bardziej bajoro niż miejsce przystosowane do startów i lądowań. Szybko znaleziono na kilka dni obok nadający się "na chwilę" 700 metrowy pas startowy. Był tylko jeden problem - palma na linii startu i to jeszcze na 2 metrowym wale.

Cóż było robić? Po oderwaniu na wysokości metra trzeba było wykonać na dobrze załadowanym samolocie manewr ominięcia palmy bokiem mając na uwadze, że jest to drzewko wyjątkowo twarde i ewentualny kontakt bezpośredni nie należałby do najprzyjemniejszych. Po jednym dniu latania przyzwyczaiłem się do obecności tego elementu afrykańskiego krajobrazu i to w mało dogodnym miejscu.

Kolejne lądowanie i szybko pod załadunek. Zostały jeszcze cztery loty i do "domu" na obiadek. Następne auto zatrzymało się na nieruchliwej drodze tuż za samolotem. Ciekawa wszystkiego miejscowa gawiedź z zainteresowaniem odwiedzała lotnisko i przypatrywała się hałaśliwemu urządzeniu.

Robotnik w galabii podłączał wąż do załadunku chemikalii. Kątem oka obserwowałem go, aby czegoś nie "zmajstrował", ale mój wzrok przykuł charakterystyczny krok osobnika zmierzającego od samochodu w moim kierunku.

A niech to! to niemożliwe! to inspektor GILC-u, co on do diabła tu robi!? Na pewno się zaraz do czegoś dopieprzy. Kurcze nie mam żadnych kwitów, latam w samych szortach bez koszuli, w klapkach (przepisy szczegółowo określały co pilot powinien mieć na sobie w trakcie lotów i co zabrać z sobą). Oj będą problemy. A niech to...

Rżnę głupa. Udaję, że go nie widzę i coś piszę. Znam człowieka. Latając na zawodach rajdowo-nawigacyjnych często go spotykałem. Ogólnie lubiany lotnik szybowcowy i samolotowy w stopniu pułkownika rezerwy. Wiele razy rozmawialiśmy ze sobą. Byliśmy w zamierzchłych czasach razem na turnusie szybowcowym na Żarze.

"Dzień dobry" słyszę za plecami. No tak, to teraz mi się oberwie. Udaję zaskoczonego tą nagłą wizytą - "Witam, witam Panie Pułkowniku".

Za wszelką cenę muszę zostać w kabinie. Lepiej nie wyskakiwać z samolotu "na bosaka". Spoglądam na zbiornik w samolocie - już pełny. Ze zmartwioną miną zwracam się do gościa - "Przepraszam ale muszę już lecieć". Jest szansa coś wykombinować. Może powiedzieć, że to ostatni lot i nie wracam. Nie, nie da rady - te matoły rozrobiły już chemikalia na następny oprysk - będzie egipska awantura jak nie wyląduję - odpada. No i trochę głupio tak z marszu dać nogę, będzie wyglądać podpadająco.

"Oczywiście Grzesiu, poczekam" - stał uśmiechnięty pod samolotem. Może nie będzie tak źle?

Zbiornik już pusty i powoli wracam na lądowisko. A tam, niech się dzieje wola nieba. Inspektor stoi oparty o auto i rozmawia z mechanikiem. Jest okazja. Szybko ewakuuję się z kabiny. Może nie zwróci uwagi na moje "przepisowe" obuwie.

Rusza w moim kierunku. "Miło Cię Grzesiu widzieć. Zeszczuplałeś na tej afrykańskiej diecie... Jestem tu służbowo, kontrolujemy przestrzeganie przepisów wykonywania lotów na kontrakcie..." .

No tak nie pomyliłem się. Jest sympatycznie ale, to cisza przed burzą.
"Grzesiu na jakiej wysokości można robić zakręt?".
"Na 50 metrach" - odpowiedziałem bez zastanowienia.
"A ty na jakiej wysokości robisz?"
"Na 50 metrach" - stwierdziłem stanowczo.
"No tak, ale po oderwaniu, żeby nie trafić w tę palmę to robisz zakręt na metrze".
"Jaki zakręt Panie Pułkowniku, ja tylko odchylam się od kierunku..., żeby nie trafić w palmę".


Popatrzył na mnie z uśmiechem. "Grzesiu tylko uważaj, tylko uważaj. Spotkamy się w Damanhurze". Pogroził mi palcem i pomaszerował swoim charakterystycznym krokiem do autka.

No tak teraz przylecę do Damanhuru i zbiorę za swoje. Najgorzej, że planowałem załapać się do Sudanu i każda wpadka przy "życzliwym" zaangażowaniu pozostałej części kolegów z "africa korpus" taką możliwość oddalała.

Koniec roboty i trzeba wracać. Po lądowaniu 8 samolotów, które w tym dniu latały, zaproszono pilotów do namiotu. Ustawiono krzesła i dostojni goście z GILC rozpoczęli prezentację uwag z przeprowadzonej kontroli. Po chwili każdy z nas zbiorowo musiał zapoznać się z uwagami inspektorów co do naszej "sztuki pilotażu".

Jakoś tak wypadło, że ułożono prezentację alfabetycznie i moje "S" było na samym końcu. Powoli odzyskiwałem humor. Ciężkie przewinienia miażdżyły początkowe litery alfabetu: lądowanie z wiatrem z zakrętu na 10 metrach, palenie papierosów w kabinie, przelot w odległości 5 metrów od słupa energetycznego na wysokości 1 metra, lot agro pod słońce... Powoli moje ewentualne grzechy nabierały innego wymiaru.

Teraz moja kolej. Pułkownik skierował wzrok w moją stronę. Przez długą chwilę milczał. Czułem, że będzie obszerny wykład na temat wysokości zakrętów w lotach agro, ubioru lotnika i czegoś tam jeszcze. Ale po chwili usłyszałem........"Grzesiu do Ciebie jedno - tylko uważaj, uważaj i nie przeginaj". I to wszystko !!!

Samochody czekały pod namiotem. Pojechaliśmy do hotelu. Nigdy już nie spotkałem Pułkownika. Ale wtedy miałem dylemat. Może faktycznie przeginam, może straciłem poczucie rzeczywistości i latam jak idiota. A tak naprawdę, to po co mi takie latanie - naginanie. Przyjechałem tu zarobić, a nie nabić sobie guza.

Nie wiem czemu słowa te przypominają mi się zawsze kiedy z premedytacją coś chcę "przeskrobać". Taki mały DROBIAZG, a jak dużo dał do myślenia.

Byłem mu wdzięczny. Z jednej strony nie zrobił mi kłopotów... a z drugiej - osiągnął swój cel.

Czasami uwaga, spostrzeżenie wypowiedziane od niechcenia przez kolegę, instruktora czy nawet obserwatora naszych "wyczynów" nie tylko weryfikuje nasz pogląd na temat własnych umiejętności, ale i daje sporo do myślenia. Oczywiście zależy to w dużej mierze od wrażliwości słuchacza i jego "odporności" na argumenty. Czasami zrodzi się niepokój - może faktycznie ma rację? Może trzeba wyhamować? Może…


Powyższy artykuł po raz pierwszy pojawił się na dlapilota.pl 21 października 2011 r. W ramach nowego cyklu, na łamach naszego portalu cyklicznie przybliżamy najciekawsze i najbardziej poczytne teksty z lat ubiegłych.
 

Źródło: unitedsky.eu
comments powered by Disqus

Komentarze

Nie no, bez przesady, to nie opowieść epicka kandydująca do Nobla z literatury. Jak by to wyglądało, gdyby zamiast "rżnę głupa" było napisane "udaję skonfundowanego", a zamiast "dopieprzy" "będzie robił wymówki" i takie tam. "Najładniej" to można pisać listy do ukochanej albo bajki dla dzieci, a tutaj, jak wczesniej wspomniał kolega, najważniejsze jest oddanie realizmu sytuacji, a nie wysławianie się jak prof. Miodek.

Do "anonima" w sprawie czystosci jezykowej: polecam ci film "To ja, zlodziej" z nieprawdopodobna rola Gajosa - w scenie ktora chce przytoczyc pojawia sie rowniez dwoch znakomitych krakowskich aktorow, Globisz i Frycz - a rzecz jest o przeklinaniu. W streszczeniu jeden z panow komentuje, ze jezyk jezykiem, a mezczyzna musi mowic jak mezczyzna...:)

Takich opowiesci nie nalezy wygladzac, bo traca na autentyzmie. Pzdr dla autora

Oglądałem film i znam scenę. OK. Mężczyzna ma mówić jak mężczyzna. W takim razie, nie podobało mi się kurwa, to co Grzegorz napisał. Piszę bez "pan" bo się kurwa znamy i używamy podobnego języka. Ciekawe czy to kurwa opublikują. Słowa użyte w poprzednich zdaniach, uznawane za "nieparlamentarne" użyłem po to żeby podkreślić i wyjaskrawić swoją wypowiedź. Nie piszcie mi, że "te matoły" jest normalnym określeniem wobec ludzi. Też tak mógłbym o Was napisać lub mówić jakbyście zrobili coś, co mnie nie odpowiada, a niekoniecznie jest to coś złego i głupiego.

Myślę, że słowa: "dopieprzy", "te matoły" były zupełnie niepotrzebne i można by je spokojnie zastąpić innymi. Sam na co dzień używam kilkudziesięciu przekleństw, ale w słowie pisanym staram się jak najładniej zawrzeć to co mam na myśli.