Doświadczyłem, przeżyłem, opisałem: „TS-11 i UFO...”

TS-11

Poniżej publikujemy kolejny artykuł z cyklu "Doświadczyłem, przeżyłem, opisałem". Jest nim fragment książki „Pilot doświadczalny” autorstwa Henryka Bronowickiego.
 
13 lipca 1984 roku (piątek) po przerwie obiadowej, przyjechałem do pracy na lotnisko. Miałem wykonać lot TS-11 Iskrą w celu sprawdzenia samolotu po usunięciu usterek występujących w poprzednim locie oraz jego zachowania się w korkociągu. 2 dni wcześniej oblatywałem tę Iskrę, potem wykonałem lot poprawkowy, a ten miał być trzeci. W planie były korkociągi po cztery zwitki w lewo i w prawo. Jeżeli wszystko wypadnie dobrze, miałem podpisać dokument, że samolot nadaje się do eksploatacji, i można go przekazać odbiorcy czyli wojskom lotniczym.
 
Po wyjściu z samochodu zauważyłem, że mechanicy i inne osoby pracujące na starcie stoją przed hangarami, spoglądają w niebo i żywo dyskutują. To, co tam zobaczyłem, trochę mnie zdziwiło - nad lotniskiem znajdował się obiekt w kształcie srebrzystej kuli i mimo wiatru wiejącego z prędkością około 5m/s, czyli 18km/h, był nieruchomy. Gdyby to był balon, uleciałby z wiatrem.
 
Zacytuję fragment z tekstu opublikowanego w codziennej gazecie wojewódzkiej Nowiny nr.178, autorstwa redaktora Anatola Wołoszyna:
 
Tajemniczy i dziwnie się zachowujący obiekt, który pojawił się w piątek 13 lipca br. w godzinach popołudniowych, wywołał duże wrażenie wśród mieszkańców naszego regionu. Przez dłuższy czas obserwowały go tysiące ludzi, zastanawiając się co też to może być.

Widoczny był wyraźnie na czystym, bezchmurnym niebie mniej więcej od godz. 16,30 do późnych godzin popołudniowych.

Obiekt pojawił się nad Rzeszowem nagle i przez dłuższy czas jakby zawisł nieruchomo nad miastem. Później zaczął się powoli przemieszczać w stronę Mielca. Jego ruchowi nie towarzyszyły żadne odgłosy. Przesuwał się jakby płynąc po niebie. Kształtem przypominał sporej wielkości balon, co do wyglądu i rozmiarów panują rozbieżne opinie. A oto kilka wypowiedzi naocznych świadków:
 
Stanisław R.: - mieszkaniec Baranówki: W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś zwyczajny balon, Kiedy jednak zacząłem mu się przyglądać uważniej, zastanowił mnie fakt, że obłoki płynęły po niebie a on wisiał nieruchomo w jednym miejscu, jak przyczepiony. I tak jakoś dziwnie błyszczał w słońcu...

Janusz B.: Na Nowym Mieście obiekt był bardzo wyraźnie widoczny i stąd wnioskowałem, że musi znajdować się niezbyt wysoko.Mógł mieć 2, 3 metry średnicy. Doskonale odbijał promienie słoneczne, jakby był wypolerowany lub powleczony srebrem. { ...} Nie wzbudzał we mnie większych emocji.
 
Tajemniczy balon został zauważony także przez służby naziemne lotniska. Kontroler lotów na rzeszowskim lotnisku w Jasionce  Janusz Szpont stwierdził, że była to jakby kula, od której odbijało się jaskrawe światło. Orientacyjnie mogła się znajdować na wysokości ok. 2 tysięcy m i miała kilka metrów średnicy. Przesuwała się w kierunku Mielca ( moja uwaga: przemieszczała się pod wiatr do Mielca odległego w linii prostej o 50 km). Tu dziwny balon był wyraźnie widoczny i bacznie obserwowany przez służby naziemne lotniska. Pogoda była idealna.

Pełniący wówczas  służbę kierownik lotów Kazimierz Lubertowicz podał dane, jakie wówczas wskazywały przyrządy pomiarowe:

zachmurzenie 6/8 cumulusa, podstawa chmur 1800 m , widzialność 20 km, wiatr 270 stopni , prędkość wiatru 5m/s, ciśnienie 747,8 mm słupa rtęci. Obiekt ten o powierzchni kulistej jakby powleczony folią (Anatol Wołoszyn) znajdował się na południe od mieleckiego lotniska i przesuwał w kierunku zachodnim.
 
Póki co łamiemy sobie głowy, co też mogło znajdować się nad naszymi głowami w dniu 13 lipca br. (Anatol Wołoszyn).
 
Na ten temat ukazały się informacje w innych gazetach w Polsce. Kurier Polski nr.136 z 14 lipca 1984 roku zamieścił artykuł pt: Z całą pewnością Ufo!, natomiast w numerze 152 z 4 sierpnia opublikował tekst pt: Ufo w Przemyślu. Kula tkwiła 3 minuty.
 
Głos załogi z 30 lipca rozważał, czy był to Może kosmiczny patrol, a Dziennik Polski nr.166 z 16 lipca informował o Świecącej kuli nad Tarnowem.
 
Wydział Startu
 
Na lotnisku tworzyły dwa hangary, zbudowane tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej. Przy każdym znajdowały się murowane pomieszczenia, w których były biura: kierownictwa Wydziału, cywilnych pilotów doświadczalnych, kontroli technicznej i wojskowej, mechaników i innych służb niezbędnych do funkcjonowania lotniska. Piloci zajmowali kilka pokoi plus pokój do wypoczynku i pomieszczenia z szafkami na osobiste spadochrony i i inny  sprzęt lotniczy.
 
Lotnisko mieleckie miało zgodę na wykonywanie lotów do poziomu FL=80, tj. 2450 m. Ponieważ było położone w środku międzynarodowego korytarza lotniczego (szerokość 15 km) Warszawa- Jędrzejów-Mielec-Starrzawa (granica ZSRR) i dalej na południowy wschód Europy, lot powyżej tego poziomu kierownik lotów musiał uzgadniać z radarową służbą ruchu lotniczego, tzw. Kontrolą Obszaru.

Po krótkiej rozmowie z mechanikami obserwującymi balon poszedłem do biura, żeby zadzwonić do kierownika lotów i zamówić strefę lotów do wysokości 5000 m.
 
Kierownik Kazimierz Lubertowicz na to: Załatwiam ci zgodę w strefie nr.4 do 5000 m . Dodatkowo jest od wszystkich prośba, żebyś podleciał i zobaczył z bliska, co to za obiekt stoi nad lotniskiem. Od około 40 minut  obserwujemy go przez telemetr (potężna lornetka 10x80 z okularami pod kątem 60 stopni, zamocowana na przenośnym stojaku, używana na wieżach lotniczych do obserwowania stanu podwozia lądujących samolotów) i myślimy, że jest  na wysokości ok. 2000  m. Radarzyści z Kontroli Obszaru (kierujący pasażerskim ruchem lotniczym na drogach lotniczych- korytarzach) nie widzą tego obiektu, ale na wszelki wypadek zawiesili wszystkie loty w tym korytarzu, kierując samoloty na inne. Wojskowa Kontrola radarowa w Sandomierzu też nie widzi tego obiektu na swoich radarach.

Po starcie przejdziesz na łączność radiową z Sandomierzem.
 
Dla mnie zastanawiające było to, że wojskowa kontrola radarowa z Sandomierza (ok. 70 km od Mielca), dysponująca wysokiej klasy radarami, sprawującymi nadzór nad wszystkimi rodzajami lotów, nie widzi tego obiektu na ekranach.

Jako obserwator leciał ze mną w drugiej kabinie bardzo lubiany i sympatyczny starszy pan (miał powyżej 50 lat) z kontroli technicznej Henryk Lubera. Hermetyzacja kabiny wcześniej została przeze mnie sprawdzona do 11000 m, lot był planowany do 5000 m, więc nie zabieraliśmy ze sobą masek tlenowych. Po starcie podczas nabierania wysokości, by wejść do strefy nr.4 położonej na wschód od lotniska Mielec, której północna granica biegła przez kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż poligonu wojskowego Dęba, otrzymałem od kierownika lotów informację:
 
Dęba pracuje do 10 000 m. Po zakończeniu zadania w strefie nr.4 nawiąż łączność z kontrolą z Sandomierza.
 
Oznaczało to, że muszę dokładnie utrzymywać się w strefie, żeby nie znaleźć się nad poligonem, ponieważ mogę zostać przypadkowo zestrzelony pociskiem wystrzelonym z działa dalekiego zasięgu.
Działa takie były produkowane w Hucie Stalowa Wola, następnie sprawdzane - przestrzeliwane, a pociski eksplodowały na oddalonym od kilkadziesiąt kilometrów poligonie (właśnie Dęba). Niekiedy przy dobrej pogodzie oglądałem wybuchy tych pocisków.
 
Po wykonaniu prób korkociągowych i sprawdzeniu, czy usunięto usterki, uznałem, że samolot jest dobry i zakończyłem zadanie. Lecąc na wysokości 2000 m w kierunku lotniska, tuż nad chmurami typu cumulus, nawiązałem łączność z radarzystą w Sandomierzu.
 
Powiedział, że mnie widzi i będzie za mną śledził.
 
Następnie zapytałem, czy widzi obiekt nad lotniskiem w Mielcu. Odpowiedział, że nie... Wróciłem na łączność z wieżą w Mielcu, która dała mi zgodę na lot w kierunku balonu, który - nie zmieniając położenia - nadal wisiał nad lotniskiem od jego południowej strony. Po chwili zobaczyliśmy dużą srebrzystą kulę, która według naszej oceny była wyżej od nas o około 500 metrów, czyli znajdowała się na wysokości 2500 m. Obaj z Henrykiem Luberą uznaliśmy, że jej średnica wynosi ok. 25 m.
 
Skierowałem samolot w jej stronę i z prędkością ok. 500 km/h, nabierając wysokości szybko zbliżałem się do niej. Miałem zamiar podlecieć blisko na kilka metrów. Obaj z obserwatorem stwierdziliśmy, że to nie balon, lecz o tym kształcie jakiś dziwny obiekt, który wiruje wokół pionowej osi. Kierownik lotów w Mielcu, potwierdził przez radio:
 
Widzimy Iskrę i balon, cały czas czas obserwujemy was przez telemetr. Mamy łączność telefoniczną z radarzystą z Sandomierza, który potwierdził, że na radarze u siebie widzi tylko wasz samolot,  balonu nie widzi.

Odpowiedziałem mu: Pozostanę z nim na łączności i spróbuję bliżej podlecieć do tego obiektu. On na to: Dobrze, możesz podlecieć bliżej, cały czas was obserwujemy.
 
Z prędkością ok. 500 km/h zbliżałem się szybko do kuli i kiedy odległość między nami zmalała do ok. 500 m, ta ruszyła  i zaczęła się przesuwać z naszą prędkością, nabierając wysokości i nie pozwalając tym samym zbliżyć się do siebie.

Wznosiliśmy się równocześnie, oddaleni od siebie o ok. 100 m . Byłem zachwycony piękną błyszczącą srebrnym kolorem powłoką odbijającą promienie słoneczne. Obiekt cały czas wirował z dużą prędkością. Był co najmniej dwa razy większy od Iskry. Nie miał kształtu idealnej kuli, był lekko wydłużony. Z bliska zauważyłem, że jest ciemniejszy na dole. W miarę nabierania wysokości, samolot zmniejszał prędkość, także obiekt, który utrzymywał między nami dystans ok. 100 m.
 
Z obserwatorem Henrykiem Luberą, potwierdzaliśmy - wzajemnie się upewniając - nasze obserwacje.  Zjawisko było dziwne, niezrozumiałe i wręcz niesamowite. Nie mieliśmy masek tlenowych, więc kiedy przekroczyliśmy 5000 m, wyjęliśmy węże łączące butlę tlenową z maską i po otwarciu zaworu butli staraliśmy się oddychać tlenem płynącym pod ciśnieniem z węża.

Było to ryzykowne i dość niebezpieczne. Po kilku minutach wznoszenia i osiągnięciu wysokości 7500 m, kiedy obiekt nie pozwalał się do siebie zbliżyć, zgłosiłem do kierownika lotów w Mielcu, że przerywam zadanie i będę schodził do lądowania.

Ten potwierdził, że mogę lądować i że obserwuje i obiekt i mój samolot. Podczas zniżania nie widziałem kuli, jedynie kierownik lotów powiedział nam przez radio, że obiekt podąża za wami, zniżając się razem z wami.

Radarzysta z Sandomierza potwierdził, że na ekranie radaru widzi tylko mój samolot. Po wylądowaniu, podczas kołowania na miejsce postoju, kierownik lotów przekazał nam, że obiekt się zniżył i ponownie wisi w tym samym miejscu,  co przed moim startem.
 
Po opuszczeniu samolotu dalej obserwowaliśmy z ziemi dziwne zjawisko. Po około 20 min. obiekt zaczął się przesuwać z dużą prędkością w kierunku południowo-zachodnim, z kursem na Tarnów,i to pod wiatr wiejący z prędkością 5m /s (18 km /h).
 
Nie jestem specjalistą od Ufo i tego typu zjawisk ale to co widziałem stawia wiele pytań, na które jako inżynier lotniczy i pilot  doświadczalny nie potrafię odpowiedzieć.


Książka „Pilot doświadczalny” dostępna jest w sklepie dlapilota.pl (LINK)


Henryk Bronowicki - przeczytaj notkę biograficzną zamieszczoną na Wikipedii


Dziękujemy wszystkim za dotychczasowe zgłoszenia. Są one ważnym elementem budowania bezpieczeństwa lotniczego i umożliwiają uczenie się na błędach popełnianych przez innych. Doceniając trud włożony w napisanie artykułu, osoby, których teksty zostaną opublikowane na naszym portalu, będą honorowane specjalną koszulką „Aviation Safety Promoter”.


 

Źródło: dlapilota
comments powered by Disqus